Wczasy
No prawie jak wczasy.
Wymyśliliśmy z Magda że możnaby na wczasy do Chorwacji pojechać. I tak od słowa do słowa i zaczęliśmy się przygotowywać.
No i tak:
Na zorganizowane to ja się raczej nie nadaje więc może autem. A to jak autem to może by namioty wziąć. A po co rezerwować wcześniej jakieś lokum – na miejscu się znajdzie (jakby co to zawsze mamy namiot.
A żeby było raźniej zabraliśmy się we czwórkę ze znajomymi.
I tak sobie autkiem na dwa tygodnie do Chorwacji pojechaliśmy.
Na początek Istria. Zatrzymaliliśmy się na polu namiotowym pomiędzy Poreć a Rovinj żeby następnego dnia zacząć zwiedzać.
Na początek Pula ze swoimi ruinami Koloseum
I urocze Rovinj na kolacje. br>
Następnego dnia był już Porec a później uciekliśmy na południe.
Jako bazę wypadową obraliśmy mała miejscowość Promajna skąd robiliśmy sobie jednodniowe wycieczki przeplatające się z nic nie robieniem na kamienistej plaży albo gdzieś przy kawie.
Zdecydowanie warto pojechać było na Hvar:
Choć przyznam że fajnie by było tam dłużej posiedzieć niż obskoczyć w kilka godzin. Cóż będzie gdzie wrócić.
Pozytywnie było również w Splicie i Trogirze. Powiem że Split to mnie nawet zaskoczył in +
Z kolei Dubrovnik choć ładny to strasznie turystyczny że aż męczy.
I tak w powolnym tempie wczasy minęły.
Na takie mogę jeździć
Italia Italia
Wiosenno weekendowy wypad do Italii a dokładnie w okolice Bolonii.
Kilka słonecznych dni nad morzem na podładowanie baterii i sama Bolonia czyli Włochy lekarstwem na zastój.
I ta kuchnia… mmm. Nie wiem co jest takiego w kuchni włoskiej ale jest jedną z moich ulubionych no bo co może pobić pizze z owocami morza i domowym winem…
A propo pizzy hitem wyjazdu dla mnie była pizza sprzedawana na kawałki z małego sklepiku w Bolonii. Trochę złaziliśmy żeby ją znaleźć i już zacząłem Magdzie marudzić że to tylko pizza i chodźmy zjeść byle gdzie, tylko słyszałem że warto i mam się już w końcu zamknąć bo Ona wie co robi i gdzie mnie ciągnie… Noo wiedziała – na najlepszą pizze jaką kiedykolwiek jadłem (a jadłem „pare”).
A no i Bolonia to mięso a przede wszystkim szynka parmeńska i salami – sam smak.
Byłbym zapomniał o najlepszych na świecie sorbetach…
Rok 31
Tak mi się jakoś utarło że wpisy robie gdzieś w okolicy wiosny czemu nie mam pojęcia. Tak czy inaczej minął kolejny rok a ja tu prawie nie zaglądałem. A szkoda bo był to zacny rok.
Po pierwsze stuknęła mi 30tka a z tej okazji kupiłem sobie małe m, co chyba oznacza że na dobre zapuszczam korzenie, ale żeby nie było było też parę ciekawych wyjazdów o których w następnych postach. Teraz tylko nadmienię że była Italia Chorwacja i Iran. A międzyczas spędzałem pomiędzy remontami, pracą i szeroko zakrojoną rodziną.
Tera mam lat 31 i nie wiem jaki to rok będzie ale wiem że będzie równie ciekawy i mam mocne postanowienie częstszych wpisów.
Such a wonderful life
She says:
Napisałeś kiedyś: „Boje sie ze zawiodę tych na których mi zależny. Jestem uzależniony od podróżowania.”
- Prawda – odpowiedziałem
- Zależy Ci na mnie?
To się nie bój i bądż sobą
Bo chcę Cię właśnie takiego
…
„And suddenly he starts to believe.
And he takes her in his arms and he doesn’t know why,
But it thinks that he begins to see.
She says:
Don’t let go
Never give up,
It’s such a wonderful life”
…
Zasłyszane gdzieś w czeluściach muzycznych radiowej 3ki – mojego przewodnika muzycznego. Niby nic nie rozumiem…
… a w moim obecnym stanie psychofizycznym wszystko takie
… jasne
… i jakoś się łzy do oczu cisną
Ecce homo
O tym że w sumie mam dziwne problem z wysławianiem się i artykułowaniem mojego wnętrza Ci co mnie znają to wiedzą.
Dlatego polecam „wywiad w drodze” na stronce internetowego znajomego Szymona @ www.mywayaround.com
Tak jakbym o sobie czytał. Wiadomo inne wspomnienia i przeżycia. Ale spojrzenie na otaczający świat podobne. Podobne marzenia, podobne tęsknoty i to co najważniejsze w życiu takie samo.
Cieszy mnie że nie jestem sam w tym dziwnym świecie. Że nie tylko ja spoglądam na rzeczywistość inaczej.
Zagwostka
Ostatnio pisałem że trzeba będzie zegarek założyć i na kalendarz spoglądać, i co – na zegarek spoglądam żeby się do roboty nie spóźnić i żeby o odpowiedniej porze z niej wyjść, a na kalendarz to ostatnio jakoś zerknąłem i wyszło mi że już dwa miesiące pracuje. Więc póki co nie jest ze mną tak źle. Nie wszystko się zmienia.
Zmieniło się tylko to że zostałem urzędnikiem ![]()
No i w sumie włączył się tryb praca-dom. Później włączyła się konieczność wczesnego snu – bo rano jakoś tak nie bardzo do siebie dochodzę, a w sumie trzeba by jakoś do pracy dojechać, a później dożyć do pierwszej kawy.
Sama robota fajna a towarzystwo jeszcze fajniejsze. I tyle o robocie. Bo nie o tym chciałem.
Wytrzymałem jakiś czas, około trzech czterech miesięcy, a później jakoś tak samo z siebie… Kapłem się że znów jedynym słusznym kanałem jest Travel Chanel, a pierwsze strony oglądane za pośrednictwem www to blogi tych co w trasie. I jakoś tak samo z siebie, podświadomie jakoś znów zacząłem planować, wiercić się i marzyć.
Na pierwszy plan Maroko. Już chyba w październiku. W pierwszej wersji był grudzień, ale jakoś termin się przesunął. Bywa.
Będzie krótko, bo urlop mały, i będzie chilloutowo, tak jak lubię – kawka tu kawka tam.
No właśnie urlop. Mam zagwostkę (takie nowe modne słówko oznaczające że chyba ma się problem i nie ma się zielonego pojęcia na jego rozwiązanie). Jak tu zrobić żeby co roku było ze dwa (tu i tak idę na kompromis z własnym jestestwem) miesiące urlopu w roku i kasa na jedyne słuszne zagospodarowanie tej kasy w różnych klimatycznych krajach? No właśnie jak? Czekam na jakieś pomysły.
You Can’t Always Get What You Want
Kilka slow
… o tym co sie skonczylo
Skonczyl sie kolejny okres w moim zyciu. Latwiej mi liczyc okresy zycia niz lata. Od kilku lat (tych kaledarzowych) okresy zaczynaja sie gdzies na wiosne i trwaja okolo roku. Tak bylo jak przyjechalem ze Szkocji za pierwszym razem. Tak bylo jak pojechalem do Anglii zeby zaraz potem wyjechac do Azji. I pozniej znow Szkocja.
I tak tez bylo w tym roku (okresie). Koniec z Wyspa, Wlochy, Kobieta a pozniej Ameryka. Dzika Wenezuela – lubie takie niezorganizowane klimaty, taka Polska przelomu lat 90tych. Droga Brazylia ze swoimi pysznymi owocami. Dwa krotkie epizody z Paragwajem i Urugwajem. I w koncu Argentyna – kraj w ktorym w sumie moznaby zamieszkac. Piekna stolica na poczatek, pozniej jeden wielki suchar, i w konu widoki nie z tej ziemi na Tierra del Fuego i pograniczu z Chile. Cud.
W Chile kolejne widoki nie z tej ziemi, przepyszne owoce morza, a na koniec troche folkloru w Boliwii.
Ameryka troche mnie rozczarowala jesli chodzi o kuchnie. Spodziewalem sie wiekszej roznorodnosci, a bylo dosc jednolicie. Pomijam oczywiscie wolowine ktora tu jest po prostu przepyszna.
Ciezko mi sie troche mentalnie jezdzilo. Ciezko ze wzgledow osobistych, a takze ze wzgledu na poczucie ze podrozowanie sie konczy i czym blizej konca tym bardziej jakis taki smutek ogarnia. Podrozowanie w sensie bilet w jedna strone, kupe czasu i plecak na plecy.
Wlasnie plecak – kocham i nienawidze zarazem tego wora. Nienawidze bo zawsze za ciezki, zawsze niewygodny, nigdy nie moge tam znalezc czego szukam i zawsze jest spakowany inaczej, nigdy tak samo. Ale kocham bo utozsamia pewna wolnosc. Moja mala szafka ktora pozwala mi byc gdzie chce i ile chce. Kawalek szmaty z szelkam ktory mowi innym ze jestem panem swojego losu i zawsze mozna zaciepnac na pukiel i do widzenia (lub zegnaj).
Zylem przez te okresy. Tak na prawde nie tam jakas egzystencja tylo ZYCIE pelna geba. Spelnianie marzen.
… O tym co bedzie
Teraz bede zyc … inaczej.
Boje sie tego co bedzie, co nadchodzi. Ustatkowac sie czas, rodzina praca – te klimaty. Cholera. Nieznane wody. I boje sie ze gdzies nie dam rady. Boje sie ze zawiode tych na ktorych mi zalezy.
Jestem uzalezniony od podrozowania.
W chwili w ktorej wyladowalem w Caracas uswiadomilem sobie jak bardzo jestem zakochany – w podrozowaniu.
Najbardziej obawiam sie chyba jakiegos zamkniecia. Tej pieprzonej monotonnosci dnia codziennego. Zycia z zegarkiem na reku (na poczatku podrozy po Azji mialem zegarek, pozniej go sciagnalem i nie zalozylem do dnia dzisiejszego – to juz ponad dwa lata i czuje sie z tym faktem swietnie – i co z tego ze sie czasem spozniam;)) i kalendarzem w kieszeni (sic!).
I to nie tak ze ja tego zycia nie chce. Pewnie ze chce. Ale chce tez podrozowac. A tu trzeba bedzie wrzucic plecak na dno szafy, uspic i wyciagac okazyjnie – od urlopu do urlopu (sic!!).
Z drugiej strony, znajduje mase plusow tej przyszlej rzeczywistosci. Bede w koncu mial czas (zywie taka wielka nadzieje) na sprawy ktore nie byly mozliwe jak mnie nie bylo.
W koncu bedzie czas zeby zwiedzic Polske. Zeby spedzic troche czasu z rodzina i przyjaciolmi. Zeby napic sie wodki. Zeby wybrac sie na jagody, poziomki, borowki (i zrobic z nich nalewke;)), a pozniej grzyby (moze w koncu naucze sie je rozrozniac). Uderzyc w kulture ciut wyzszych lotow niz kino (o Gieksie i Minersach nie zapominajac;)). I na projekt o argentynskiej nazwie „motorhome” (wiem nie brzmi argentynsko ale tam sie tak gada). I na motor.
I na kupe innych rzeczy, ktore teraz mi nie przychodza do glowy.
Mam tez dzialke na ktorej bede budowac powoli swoja zen-oaze – miejsce gdzie bede uciekac, zeby pobujac sie w ciszy na hamaku, posaczyc mate i pogapic sie na zamek w oddali.
Wsystko sie okaze. Wiosna nadeszla – nowy okres sie zaczyna. Na pewno bedzie ciekawie.
Czas pokaze.
20 – 24.02 – Buenos Aires i powrot.
Wracam do domu. Wpierw jednak przyjemna podroz do Boskiego Buenos. Tak wyszlo, ze najciekawsze polaczenie mialem autobusem klasy lux – czyli 3 rzedy siedzen, fotele rozkladane na maksa i posilki i napoje. Czemu nasza bogata Europa jakos takiego serwisu nie ma.

W Buenos Aires lalo. Ponoc leje codziennie od miesiaca – kolejny znak, ze jakos pogoda powariowala tego roku.
Mimo deszczu pokrecilem sie po tym cudownym miescie – troche suwenirow sie kupilo dla najblizszych i tradycyjnie kawka tu, kawka tam.
Jakis taki brak apetytu mnie dopadl. Chyba jeszcze po tych przebojach boliwijskich mnie trzymalo. Prawie nic mi nie smakowalo. Poszedlem na bufet pasty i grilowanego miesa – pasta nie doprawiona, mieso tez, a w dodatku same jakies takie tluste i kosciste kawalki.
Wzialem wino do tej wspanialej kolacji – najgorsze wino jakie w zyciu pilem – sam kwas. A wzialem cala butelke – argentynskie to dobre, pomyslalem.
Nastepnego dnia tez. Na steka sie wybralem. Ostatni w Argentynie, ostatni na kontynencie amerykanskim. I zas dupa – naczekalem sie na niego, a jeszcze jakis taki bez smaku byl.
Mecz pilkarski tez odwiedzilem – w koncu pilka argentynska to nie byle co. Tego weekendu w stolicy tylko River Plate gral, wiec poszedlem na river. I bylo naprawde niezle. Juz jak sie podchodzilo pod stadion, z oddali slychac bylo bebny i spiewy, az skora cierpla. Muzyka i glosny doping trwal caly mecz. Ogolnie niezle wydarzenie. szkoda, ze na derby sie nie udalo zalapac – to by bylo.
A pozniej powrot.
Przesiadka w Bogocie, pozniej w Madrycie i Mediolanie. Wszystko gładko i sprawnie. Hmm moze poza strajkami obslugi lotniczej w Europie, gdzie mi sie samolot troche opoznil i prawie omdleniem na lotnisku, jeszcze w Buenos Aires.
Zas sie mnie jakis wirus czepil. I podchodze blady i odretwialy do odprawy, kobieta sie na mnie jakos dziwnie patrzy. Prosze mnie odprawic – mowie. I pomocy medycznej bede potrzebowac. Kobieta na mnie spojzala i od razu zaczela kogos lub czegos szukac.
Najpierw niech mnie pani odprawi – mowie. Musze leciec tym samolotem.
Pozniej dostalem zastrzyk w dupsko i mi sie lepiej zrobilo. Do domu zalecialem juz zdrowy.

