Archive for Maj, 2007

26.-28.05. – Scotland The Great

Dlugi weekend – znowu;) A ze wlasnie jest kilka dni wolnych postanowilismy zrobic sobie wycieczke
do i po Szkocji.
Pierwsza stacja Glasgow – Rutherglen – rezydencja Jani, Soyera i Lysego. Ale zanim tam dojechalismy,
musielismy pokonac 237km Angli i 153km Szkockiego poludniowego uplandu, a ze nie umielismy się zebrac
i wyjechalismy dopiero po 11tej i na M6 były cholerne korki – dotarlismy do Glasgo dopiero kolo 16.
Chopcy juz czekali. Szybka kawka, rzut okiem na mieszkanko (git) i w droge.
Szybko i bez problemu wyjechalismy z Glasgo (nawet pamietalem droge)
i wjechalismy na wyzyne Szkocka. Zaczely się widoczki.
Po minieciu Loch Lomond, odbilismy na zachod w strone wybrzeza,
a dokladnie na Fort William, no i przez nieuwage i zagadanie, bo
atmosfera w autku byla wysmienita, przegapilismy zjazd i na
nasza trasa wydluzyla sie o kilkadziesiat mil, ale widoki zza
okien wynagrodzily wszystko. Szybko dotarlismy do Oban, krotkie
przejscie po miasteczku i dalej w droge do Fortu.
Szybko smignelismy ten odcinek i juz po chwoli jestesmy w Forcie
William.
Jako ze sniadanie bylo dawno temu i to jeszcze w innym kraju, od
pewnego czasu procz smiechow i muzyki, bylo slychac jak nam burczy
w brzuchach trzeba bylo cos znalezc do konsumpcji i to jak naj-
szybciej. Padlo na haggis z frytkami, pyszne pozywne i nie do konca zdrowe – tak jak lubimy.
Po wchlonieciu Szkockiego dania numer jeden, udalismy sie w dalsza droge
na polnoc, a musimy sie spieszyc bo na Skye, czyli punkt docelowy,
jeszcze troche nam zostalo a byla juz 22h na zegarze. Przed wyspa juz
tylko jeden przystanek ale za to jaki – Eilean Donan Castle, czyli chyba
najczesciej fotografowany zamek w Szkocji, no ale nie dziwne, ze jest na
wiekszosci pocztowek skoro jest w takim polozeniu. Dodatkowo mielismy
szczescie bo kasy juz byly zamkniete, za to bramy nie, dopiero robilo sie
ciemno (powoli a bylo juz wpol dwunastej) i w dodatku nie wylaczyli
jeszcze oswietlenia zamku. Po prostu bomba:)
Po spedzeniu kliku ladnych minut na zamku ruszylismy dalej.
Dojechalismy do Kyle of Lochalsh, przed nami juz tylko Skye.
I nocleg. A z tym nieoczekiwanie pojawily sie problemy.
Oczywiscie nie zabukowalismy wczesniej niczego, a nie przyszlo nam do glowy ze z powodu odbywajacego sie na Skye festiwalu muzycznego wszystkie hotele, bed&breakfasty i hostele mog± być pelne. I byly. W koncu kolo polnocy zrobilo sie ciemno i postanowilismy, ze nie ma sensu juz szukac noclegu – dojechalismy do stolicy Skye – Portree i na pierwszym lepszym parkingu wyciagnelismy kopyta w aucie. A, ze peugeot 206 do wielkich aut nie należy to w pieciu w srodku luksusow nie mielismy. Byla godzina 2 i juz powoli zaczelo switac;)(tez mi noc – 2 godziny:))

Chwile po szostej pobudka. Za oknem piekny widoczek, blekitne niebo, zadnej chmurki i o dziwo – nawet
cieplo. Szybko udalismy sie na poranna kawke, a po chwili na sniadanie.
Typowe wyspiarskie – tosty, jajko sadzone, fasolka, angielska kielbaska,
pomidor, plaster bekonu i herbatka. Nawet smaczne, ino ze malo. Chcialem
jeszcze naladowac baterie do aparatu, bo wypstrykalem juz prawie obie,
ale barman sie nie zgodzil nie mialem ichniejszej wtyczki, a jak to
stwierdzil „nie bedzie ryzykowal z ta bo nie chce tu miec pozaru”. Tak ze
z restauracyjki wyszedlem na wpol nasycony i z obawa, ze nie zrobie
wiecej zdjec, bo bateria moze pasc w kazdej chwili.
Po sniadaniu i malych zakupach (woda i maszkety), udalismy sie w dalsza
droge, na polnoc w kierunku The Storr i Starca. Po dotarciu pod gore,
sprawdzilismy ile nam moze zajac wejscie na szczyt. 719 metrow – nie
wiele – idziemy. 719 nie wiele tyle, ze idzie sie praktycznie z poziomu
morza, a po kliku minutach drogi szlak turystyczny sie konczy i wita nas tabliczka „zostales ostrzezony
zeby sie przekraczac tego punktu” oraz dziwne rozwidlenie drog. Wybieramy te najkrotsza. Cos za cos -
najkrotsza znaczy ta najbardziej stroma. Po kilku metrach wspinaczki orietujemy sie, ze to nie szlak tylko
wyschniete koryto, ktorym na codzien splywa sobie woda. Idziemy dalej. Udalo sie. Doszlismy pod samego
Starca. Jania z Lysym zostali sie z tylu i na gore weszlismy juz tylko we trojke ja, Mirek i Soyer. Po
chwili znow trafilismy na szlak który skonczyl sie plotem i kolejna tabliczka z pouczeniem. Na szczescie
pojawil sie pewien anglik i pokazal, ze na gore jednak wiedzie jakis szlak. Poszlismy za nim juz na sam
szczyt The Storr. Widok byl oszalamiajacy. Polnocny wiatr zreszta tez.
Krotka sesja zdjeciowa przy dzwiekach Dickinsona, ktorego zapuscil Soyer,
jeszcze chwilke na widoczki i juz jestesmy na parkingu na dole. Szlak w
sumie dosc prosty, w obie strony szlismy niecale trzy godziny, z tym ze
bylo sucho i sie fajnie szlo. Nie wiem czy po deszczu byloby tak milo.
Ruszamy znow w droge na polnoc, okrazajac wyspe. Po drodze widzimy dwa
zameczki, z czego jeden to kompletna ruina, drugi natomiast prezentuje sie
calkiem niezle. Ale nie wchodzimy – chca 7,5£ za ogladanie, a jak sie
dowiaduje to niewiele tam jest. Zatrzymalismy sie w restauracji na male co
nieco i podladowanie moich baterii – tym razem bez problemu.
Ruszamy dalej – nastepna na trasie jest destylarenia Taliskera – jednej z
bardziej cenionych malt whisky w Szkocji. Niestety okazuje sie zamknita.
Jedziemy dalej. Wracamy do Broadford, gdzie nie udalo nam sie znalezc
zadnego noclegu dzien wczesniej i odbijamy na Elgol. Trasa piekna, a w szczegolnosci sam jej koniec.
I najlepsze, ze podczas calej tej objazdowki mijamy bardzo niewielu turystow – cale piekno widokow mamy
tylko dla siebie. Wracamy do Broadford na obiad. Szef kuchni serwuje jagniecine z ziemniaczkami dla
chlopakow, rybke dla Soyera i owoce morza dla mnie ☺ Szybko wychodzimy z knajpy i pedzimy jeszcze szybciej
do Inverness – musimy dotrzec do 23ej do hostelu, bo zamykaja recepcje, a wizja kolejnego noclegu w aucie nam
sie nie usmiecha.

Mamy przed soba ponad 80 mil. Jeszcze tylko maly przystanek pod Eilean Donan i pedzimy dalej.
80 mil waskimi, kretymi, gorskimi drogami. Gojik pokazal klase – dystans
pokonalismy w godzine pietnascie. Szybko tez odnalezlismy hostel. Bylem
znow glodny i mialem ochote na browar. Na szczescie nie bylem sam jeden.
Z Jania i Mirkiem poszlismy na miasto. Niestety wszystkie puby juz nie
sprzedawaly alkoholu, a chip shopy tez juz byly zamkniete. Udalo nam sie
zalapac na chinszczyzne, ktora zabralismy do hostelu. Po skonsumowaniu
kaczki – nyny.
Rano tak sie grzebalismy ze wstawaniem, ze na sniadanie wyrobil sie tylko
Mirek. Reszta glodna wsiadla do auta. Czas na dalsza droge. Przed nami
Loch Ness i zamek Urquhart. W poniedzialek pogoda juz nie byla tak laskawa
jak w dni poprzednie – czasem pokropilo. Powoli przesuwalismy sie wzdluz
Loch Ness. Nieoczekiwanie pojawila sie nawet budka z hamburgerami, wiec
znalezlismy nasze sniadanko. Po chwili postoju znow na trasie.
Na pietnasta bylismy juz w Glasgow i udalismy sie prosto do dzielnicy pakistanskiej na kebaba, a ja przy okazji moglem kupic przyprawy indyjskie. Kebab jak zwykle wysmienity. Zreszta chyba wlasnie tam
daja najlepsze kebaby jakie w ogole jadlem. Konsumpcja odbyla sie u chlopakow w domu. Przy okazji
moglismy pozgrywac zdjecia. Opuscilem domek z Mirkiem i Lulaszem, ktory mial jeszcze zaliczyc szychte.
Objechalismy Glasgow pokazujac Mirkowi SECC i tunel – przez przypadek, bo mi sie machla droga. Pozniej
troche centrum, gdzie znow spotkalismy Lukasza – okazalo sie, ze jednak nie mial roboty.
Pozegnalismy sie i w droge do Anglii. Tym razem droga poszla szybko i sprawnie i co najwazniejsze bez
korkow.
W domu bylismy na jedenasta wieczor. Bylo zimno i deszczowo.

Weekend

Weekend w końcu. Piękny czas. Czas w którym człowiek pracujšcy się wysypia, czas na porzšdny obiadek
i czas na porzšdne piwko. Na obiadek było penne napoli con carne a’la kwiatek :) A na piwko zaraz się
wybieramy. Wcze¶niej drobne (tym razem) zakupy – wycieczka do Middlewitch do lidla. Zaskakuj±ce ale w
tej dziurze yyy znaczy Crewe nie ma lidla i trzeba dojeżdżać – najbliższy siedem mil.
A teraz do pubu czyli to co każdy szanujšcy się angol robi przez cały weekend.
Pozdro :)

Chwila oddechu

Mieliśmy troche problemów z kompem i dlatego nie było ani mnie na kompie ani żadnego wpisu. Ale się
poprawię.
Mam już dosyć podwójnych szycht. Mam już ich tak dosyć że dziś nie poszedłem do roboty rano.
Zadzwoniłem rano do majstra i do agencji i powiedziałem im że się źle czuje i do roboty nie przyjde.
I nie poszedłem.
Wykańczam się tak. Od poniedziałku już zostaje z jedn± prac± -popołudniow±.
Lepsza robota, lepsza kasa, lepsza ekipa i pod dachem. A ma to znaczenie bo od ponad tydnia leje.
A że jeszcze na dodatek dojeżdżam do pracy na rowerze to mi to dodatkowo nie służy.

W weekend troche z zakupami zaszalałem a poza tym nic sie nie działo. Wreszcie sie wyspałem,
w końcu poż±dne żarcie się zjadło a wieczór zakonczył sie w toważystwie panów Guinnessa i Murphego;)
Niedziela upłynęła na naprawianiu kompa. Tak wła¶ciwie to tylko format c mógłby go uzdrowić ale
właściciel sie na to nie zgadza.
Na szczęście jakoś go uzdrowił – przy najmniej na razie:)

Mam nadzieje że od poniedziałku bedę tu częściej i na bież±co uzupełniał stronke. Także zdjęciami

Slowem wstepu

Witam na stronie KWIATEKDOTCOM
stronka jest poswiecona przedewszystkim mojej osobie, moich zainteresowaniach i
moich podrozach w szczegolnosci:D
Strona dopiero powstaje wiec prosze o cierpliwosci troche;)

W chwili obecnej znajduje sie w Crewe w Anglii i pozostane tu najprawdopodobniej do konca
sierpnia.
A pozniej….
… a pozniej w droge czyli plecak na plecy i na podboj Azji:D

Na razie to moze tyle. Uruchomienie stronki zajelo mi tyle czasu ze skonczyl sie wlasnie
bank holiday czyli trzy wolne dni. Yyy no oczywiscie nie calyczas nad tym siedzialem.
W sobote odsypialem dlugi tydzien (podwojna szychta wyklancza). Niedziela byla poswiecona
na Liverpool, a dzis dopiero nie dawno sie dorwalem do kompa.

O Crewe Liverpoolu i podwojnych szychtach zatem nastepnym razem czyli prawdopodobnie za
tydzien:)))

To tym czasem :)