Archive for Czerwiec, 2007

10(5)

Zaczęło się odliczanie. Zostało mi 5 tygodni pobytu na wyspach, z czego tylko 4 w pracy.
A propo mojej pracy. Nie wszyscy w sumie wiedz± co robię, bo nic o niej nie mówiłem. No to na szybko.
Robię w firmie NightFreight zajmuj±cej się przesyłkami. A moje zadanie polega na rozładowywaniu i
załadowywaniu tirów i ciężarówek. Bardzo często przeyłka waży powyżej 25 kg więc idzie się narobić.
Ale ogólnie nie jest tak Ľle. Więc narzekać nie będę. Zostało mi tam tylko 4 tygodnie więc Ľle nie ma.

PóĽniej wracam do Polski, gdzie czeka mnie latanie od biura, do biura, od jednego lekarza, do drugiego,
od ambasady, do ambasady.
Cel jest jeden. Za 10 tygodni jestem umówiony z kolej± transsyberyjsk±, która zabierze mnie prosto do
Japonii. No prawie prosto – muszę jeszcze prom złapać.
Po Japonii, będzie Korea Południowa i Chiny. No a potem jeszcze kilka krajów Azji połudiowo wschodniej.
Plan ambitny – zobaczymy jak wyjdzie.
¦piewniki już s±

Reszta już niedługo.

Koszty

Koszty

Bilet lotniczy AlItalia ………………….. 2400 zl

Autobus lotnisko dworzec kolejowy New Delhi …. 50 R
Rikszarz ………………………………… 100 R
Hotel …………………………………… 150 R
Hotel …………………………………… 150 R
Golenie z masażem ………………………… 120 R
Bilet Delhi – Agra ……………………….. 81 R

Riksza ………………………………….. 30 R
Taj Mahal ……………………………….. 750 R
Przewodnik ………………………………. 100 R
Chapati z ziemniakami, herbatka ……………. 28 R
Hotel …………………………………… 215 R
Śniadanie ……………………………….. 13 R
Agra Fort ……………………………….. 250 R
Himad ud Daulah ………………………….. 110 R
Kolacja …………………………………. 80 R
Bilet Agra – Varanasi …………………….. 253 R

Hotel …………………………………… 120 R
Riksza ………………………………….. 25 R
orzeszki ………………………………… 5 R
Masaż …………………………………… 15 R
„Błogosławiństwo” ………………………… 10 R
Przewodnik ………………………………. 10 R
Woda mineralna …………………………… 18 R
Kolacja …………………………………. 73 R
Wycieczka łodzią i po świątyniach ………….. 100 R
Napiwek dla szefa łódki …………………… 10 R
Śniadanie ……………………………….. 20 R
Special Lassi ……………………………. 20 R
Riksza ………………………………….. 20 R
Thali …………………………………… 40 R
Bilet Varanasi – Lucknow ………………….. 102 R

Lekarz ……………………………….. 2 x 30 R
Bilet Lucknow – Jhansi ……………………. 152 R

Bilet Jhansi – Khajuroaho …………………. 95 R
Hotel …………………………………… 100 R
Kolacja …………………………………. 70 R
Śwątynie ………………………………… 250 R
Obiad …………………………………… 150 R
Obiad …………………………………… 100 R
Bilet Khajuroaho – Jhansi …………………. 100 R
Jhansi Fort ……………………………… 150 R
Bilet Jhansi – Jaipur …………………….. 300 R

Hotel …………………………………… 200 R
Iswar Minar ……………………………… 15 R
Hawa Mahal ………………………………. 35 R
City Palace ……………………………… 180 R
Kolacja (Laal Manas) ……………………… 200 R
Śniadanie ……………………………….. 10 R
Owoce …………………………………… 35 R
Fort ……………………………………. 35 R
Lassi …………………………………… 15 R
Wysłanie kilku kartek do Polski ……………. 72 R
Chowmin …………………………………. 14 R
Thali …………………………………… 30 R
Bilet Jaipur – Delhi ……………………… 250 R

Hotel …………………………………… 120 R
Śniadanie ……………………………….. 10 R
Lunch z wołu …………………………….. 10 R
Red Fort ………………………………… 100 R
Obiad z wołu …………………………….. 30 R
Kebab …………………………………… 5 R
Owoce …………………………………… 35 R
Metro …………………………………… 8 R
Meczet ……………………………… 150 + 20 R
Kolacja z wołu …………………………… 10 R
Autobus do Noidy …………………………. 10 R
Autobus z Noidy ………………………….. 5 R
Metro …………………………………… 14 R
Wołowinka ……………………………….. 17 R
Autobus na lotnisko …………………… 50 + 10 R

Razem :
Przejazdy ……………………… 1488 R
Hotele ………………………… 1055 R

New Delhi – powrót.

16.12. 2005- Delhi

Przedostatni dzień, tej jakże krótkiej wyprawy, zaczął się bardzo zimno. Całą drogę piździało. Całe szczęście, że wziąłem ze sobą kurtkę do autobusu, a wahałem się czy to zrobić.
Przeczekałem do 8ej i w drogę. Przystanek jest przy samym India Gate. Stamtąd poszedłem na Conaught Place (centralnym rondzie w mieście), do hoteliku, wskazanego prze przewodnik.
Chwilę się zdrzemnąłem i wyruszam na podbój miasta. Muszę powiedzieć, że od południowej strony Delhi jest całkiem przyjemnym miejscem. Dziś w planie mam Old Delhi, czyli to czego nie udało mi się obejrzeć pierwszego dnia. Na stare miasto wszedłem tą samą ulicą co ostatnio, tym razem jednak było jasno, więc mogę zajść dalej. Po zaczerpnięciu języka, dochodzę do Jamu Masjid, największego meczetu w Indiach. Rzeczywiście wielki i piękny zarazem. Próbuję wejść do środka. Za późno, zaraz się zaczynają modlitwy. Przyjdę poźniej. Pod samym meczetem coś się smaży. Wołowina! No tego się w Indiach nie spodziewałem. Biorę – pycha. Dokładka.
Idę do fortu. Red Fort jest chyba jedną z większych atrakcji Delhi, bo turystów tu pełno. Po zwiedzeniu, dość rozległego i po krótkim wylegiwaniu się na trawce, wracam do meczetu. Znowu za późno. Znowu modlitwy. Zatapiam się w uliczki odchodzące od meczetu. Raj dla mięsożerców. Wchodzę do knajpki, kosztuje dwóch potraw z wołowiny. Przepyszne. Wychodzę najedzony. Jeszcze tylko dobiję się małym kebabem i ananasem. No właśnie tak sobie wyobrażałem swoje podróże.
Wracam zmęczony do hoteliku. Po drodze, jeszcze kilka owoców kupuję, na później. Gorący przysznic – w końcu.
I o to mi właśnie chodziło, tam mają wyglądać moje przyszłe wojaże. I nawet samotność nie doskwiera, choć chciało by się z kimś pogadać.

17.12. – Delhi

Dzień powrotu. Już za chwile Święta i jak sobie o tym pomyśle, to mi się lepiej robi.
Około 10tej zadzwonił do mnie Manu (kumpel z wesela – chyba nie ma tak na imię, ale Sanjai do niego tak mówił). Umówiliśmy się na szesnastą do jakiejś świątyni. Zastanawiam się co wymyślił, bo takiej świątyni w mój przewodniku nie przewiduje. Zobaczymy.
Najpierw jednak lecę obejrzeć meczet. Trzecie podejście – może się w końcu uda. Wpadam na pomysł, żeby podjechać sobie metrem. Strzał w dziesiątkę. Szybko, cicho, czysto i tanio. Jednak jest już po 11tej i nie wiem czy mi się uda. Przyspieszam kroku. Udaje się. Na bramce daje się wrobić w bilet na wniesienie aparatu, za 150 rupi (ciekawe czy ktoś poza mną zapłacił). Koleś chce mnie jeszcze naciągnąć na przechowanie butów za 50, ale nie daje się tym razem. Meczet jest ogromny i bardzo ładny. Udaje sie na minaret. Widok prawie na całe centrum Delhi jest super. Czas kończyć zbliża się godzina modlitw.
Po meczecie czas na wołowinkę. Wcinam ją zawinięta w roti w drodze do India Gate. Po obejrzeniu łuku, wypoczywam na trace – mam jeszcze trochę czasu do spotkania z Manu. Umówiłem się z nim, w czymś zwanym Noida, później się dowiaduję, że Noida to już inna miejscowość, a na dodatek jeszcze w innym stanie. Docieram tam zatłoczonym, miejskim autobusem. Znajdujemy się z Manu i udajemy się do tej świątyni. Po dotarciu osłupiałem. Świątynia Akshardham już z daleka robi ogromne wrażenie. Po przejściu przez sito kontroli bezpieczeństwa, bramek do wykrywania metali, wchodzimy na teren świątyni. Akshardham jest niesamowita, nie mogę wyjść z zachwytu. Wygląda jak wszystko co widziałem dotychczas – w jednym. Nawet Taj Mahal wydaje mi się niespecjalny. Obchodzimy cały kopleks dość szybko, ze względu na mój ograniczony czas. Do Delhi znów wracam miejskim busem. Z przyjemnością spędziłbym tam cały dzień.
Po dotarciu na Connaugh Place wskakuje, szybko w metro i lece jeszcze po moją wołowinkę z roti. Mało się nie spóźniłem na autobus na lotnisko. W drodze, w autobusie poznaje jeszcze synka z Guadelupy. Rozmawiamy trochę, a po dotarciu na lotnisko rozstajemy się.
Czekanie na samolot też okazało się męczące. Zaraz po wejściu na pokład boeinga zasnąłem i przespałem start.

Jaipur

14.12.2005 – Jaipur

Docieramy o czasie. W nocy choć było wygodnie, to wcale nie spałem. Cały czas trzęsło.
Po dotarciu, udaję się na dworzec autobusowy. Kupuję bilet do Delhi i wchodzę do informacji turystycznej. Tam udaje mi się załatwić nocleg. Hotelik, zbytnio nie polecany przez przewodnik, a nie wiem dlaczego. Jest całkiem dobry.
Idę na miasto. Już na samym początku dają mi się we znaki rikszarze. Po zjedzeniu pysznej „parathy”, na śniadanie, wchdzę na starówkę. Odwiedzam kolejno wieżę Iswar Minar, skąd jest piękny widok na całe miasto, przepiękny pałac Hawa Mahal i kompleks City Palace. Tam daję się namówić na wejście do sklepu, a tam z koleji na zakup, tego czego nie kupiłem w Varanasi i to za dużo niższą cenę. Tak więc prezenty świąteczne mam z głowy. Po City Palace idę jeszcze obejrzeć Central Museum i do hotelu.
W drodze do hotelu zatrzymuję się jeszcze na kolację, w Cooper Chimney, wspomnianym przez śpiewnik, na lokalną potrawę Laal Manas. Jagnięcina w ostrym sosie. Lokal jest dość drogi więc bezżadnych specjałów, Laal plus woda cytrynowa. Jagnięcina pyszna, choć mało i strasznie ostra (aż się popłakałem).
Z lekkim niedosytem idę się wyspać. Gorąca woda znów nie taka gorąca, ale udaje mi się w końcu pożądnie wykąpać.
Kima

15.12. – Jaipur

Budzę się trochę zmarznięty. Zasuwam zasłony, wskakuję w śpiwór i przedłużam spanie jak tylko można. Wstaję po 10tej.
Na śniadanie cos w rodzaju samosy. Następnie udaję się wprost do Tiger Fortu. Wpierw jednak wymieniam kasę i wysyłam kartki.
Do fortu wiedzie kręta, stroma droga, na której tylko ludzie. Żadnych rikszarzy. Drogę uprzykrzają mi jednak dzieciaki – żebraki. Nic tylko „halo, ten rupi”, albo „ball pen”. Albo chcą moje owoce. Staram się nie reagować, ignorować i zrozumieć zarazem, ale są naprawdę uprzykrzający. I co tu takiemu zrobić. Sam fort jest ogromny. Mury wiją się i wiją. Do zwiedzania jest co prawda jeden ciekawy budynek, ale chodzenie po murach i widoki na miasto w zupełności wystarczają.
Po forcie umyśliłem sobie, że pójdę do pałacu na wodzie „Jal Mahal”. Pałac reczywiście śliczny. Szkoda tylko, że jezioro na którym jest pałac jest takie brudne.
Wcinam owoce i wracm. Już po zmroku. Po drodze zatrzymuję się na pogawędkę z jakimś kolesiem, któremu podobają się moje galoty i chciałby też trochę dowiedzieć o Polsce. Przystanek kolejny na „chowmin”, zjadam dwie porcję, przyglądając się jak się to robi. Kolejny koleś mnie zatrzymuje. Rozmawiamy o turystyce, pierdołach, a w końcu o zakupach. No i znowu okazuje się, że koleś ma sklep i to wszystko, ta cała rozmowa to taka gra wstępna. Ale koleś bardzo miły. Daje się namówić na wejście do sklepu i daje się też namówić (znowu) na zakup kolejnego prezentu świątecznego. A i tak miałem to zrobić.
W drodze do hotelu jeszcze tylko wstąpiłem na thali.

Khajuraho

11.12.2005 – Khajuraho

Prawie nic nie spałem, non stop otwierałem oko, żeby sprawdzić czy bagaż jest ok. Do Jhansi pociąg przyjechał dość wcześnie, bo przed 6tą rano. Wszystko było pozamykane. Do ósmej przesiedziałem na ławce, a później spróbowałem się czegoś dowiedzieć o pociągu do Jaipuru. Jeden koleś mi mówi, że do Jaipuru bezpośrednich pociągów nie ma, ale wie skąd jadą autobusy i że mnie tam zawiezie. Prywatne biuro podróży, a właściwie pokój z biurkiem i telewizorem, czyli miejsce przed jakim przestrzega śpiewnik. Koleś zapewnił, że autobusy jeżdżą codziennie. Kupuję – zobaczymy. Zaraz powyjściu z biura, przed jego drzwi podjechał właśnie autobus z Jaipuru. Oglądam, wygląda solidnie, więc chyba będzie ok.
Udaję się do biura informacji turystycznej. Zamknięte, otwierają dopiero o 10tej. Po chwile namysłu, udaję się na wcześniejszy autobus do Khajuraho, prywatny. I to, jak się później okazało, było moim błędem. Autobus jeszcze ok, coprawda był ścisk niesamowity, ale siedziałem i nawet się kimnąłem. Zatrzymujemy się w jakimś miasteczku, 40 km od Khajuraho. Kierowca kiwa do mnie, że mam się przesiąść. Oprowadza mnie po całym dworcu autobusowym i w końcu znajduje mi przewoźnika na dalszą drogę. Okazało się, że dalszą drogę przejadę w dżipie, pewnie tak miało być. Wsiadam do dżipa i czekam. I czekam. Po chyba pół godziny kierowca, a raczej jego szef, zdecydował się coś zrobić i dorzucił jeszcze kilku ludzi. Kilku czyli 18 (słownie osiemnastu), w tym dwoje dzieci, plus ja i kierowca. W jednym dżipie. Jak dla mnie, to chyba rekord. Ścisk niesamowity. A chyba tylko dlatego, że nie chciałem się przesunąć dalej, bo tak właściwie nie było gdzie, nie dorzucono jeszcze kilku osób.
Jakoś jedziemy. Kierowca co jakiś czas staje, a to po to żeby coś sprawdzić, a to wymienić pasażerów, a to by po prostu (no tak po ludzku) z kimś pogadać. Zaczyna mi działać na nerwy. Mam już naprawde dosyć. Na ostatnich kilometrach zaczyna ze mną gadać jakiś koleś. Jest mi już wszystko jedno, byle czas szybciej płynął. Po krótkim wypytaniu kim i skąd jestem, przedstawił się jako właściciel hotelu. Ciepła woda, 100 rupi. No dobra. Prowadź. Pokój w sumie ok, biore.
Samo Khajuraho okazuje się być małym miasteczkiem, żyjącym tylko w sezonie turystycznym. Dowiaduję się, że jest jeszcze w mieście festiwal tańca. Więc się tam udam.
Ale najpierw coś zjeść, ciągle jestem na herbatnikach i ciągle nienajlepiej się czuję. Zamawiam coś lekkiego i na słodko: gorącą czekoladę i ciastko z dżemem. Hmm. Czekolada okazuje się być rozwodnionym kakao, a ciastko to zwykły naleśnik. Ale za to smakował naprawde nieźle.
Po przekąsce udaję sie na wspomniany już wcześniej festiwal. Przedstawienie interesujące, choć momentami nudnawe. Wieczorem zrobio się zimno. Czekam, aż się skończy jeden taniec i spadam. Wydaje mi się, że to końca nie ma. Taniec, a właściwie pozycje gimnastyczne młodych joginów, non stop sa przedlużane.
W drodze powrotnej, co chwila mnie ktoś zaczepia, żeby pogadać. Przyplątał się jakiś „nauczyciel” z wioski. Namawia mnie na wycieczkę do wioski i nad wodospad. Mówi, że koniecznie muszę poznać prawdziwą kulturę. Pieprzy tak z piętnaście minut. Cały się trzęsę z zimna. Ok mówię, umówimy się tu jutro i pójdziemy. Ok. Nareszcie się odczepił. Na szczęście do hotelu trafiam bez problemu.

12.12. – Khajuraho

Dziś dzień świątyń. Na początek, największa Zachodnia Grupa. Są naprawde niesamowite. Mam ochotę tu przesiedzieć cały dzień. Nagle, zza płotu wyłania się jakiś koleś i krzyczy „hi Polish man”. Cholera to ten nauczyciel, pewnie znowu się doczepi. Na szczęście daje mi spokój.
Znowu ból brzucha… tym razem to głód, więc chyba wszystko już po staremu. Opuszczam świątynie i ide jeść. Ide do tej samej knajpki co wczoraj. Zamawiam kurczaka i ryż. Dużo ryżu. W końcu się nażarłem.
Teraz mogę iść oglądać wschodnie świątynie. Oddalone są trochę od miasteczka, ale za to w ogóle bez turystów. Zresztą w ogóle niewielu turystów jest w Khajuraho. Całą drogę spędzam w towarzystwie jakiegoś hindusa. Przyczepił się i idzie. W sumie, robi mi za przewodnika, bez niego musiałbym się pytać o drogę. Same świątynie, nie są już tak imponujące, ale też mają swój urok.
Po powrocie do Khajuraho, zaprowadza mnie do swojego sklepu, a jakże. Oglądam chwilę, dziękuję za towazystwo i żegnamy się. Był trochę rozczarowany, że nic nie kupiłem i bez skrępowania powiedział, żebym mu postawił piwo, za oprowadzanie. Na odchodne życzył mi, żebym zabrał pieniądze do następnego życia. Cokolwiek to znaczy.
Dziś też jest festiwal, więc też się tam udaję, ale nie siedzę już tak długo. Wracam w towarzystwie właściciela hotelu, który tak naprawdę okazał się być bratankiem właściciela. Zaprasza mnie na herbatę. Gadamy chwilę i idę do pokoju. Upragniony prysznic – nie działa. Grr. Idę spać.

13.12. – Khajuraho – Jhansi

Kolejny dzień cały w drodze. No prawie cały. Znowu zatłoczony autobus. Dobrze, że tym razem tylko autobus. Na szczęście nie było dżipa. Siedzę koło dziewczyny z Izraela i starszego małżeństwa, chyba ze Szwecji. Siedziałem obok nich na festiwalu i nawet zostałem poczęstowany cukierkiem. Prawie wcale nie gadamy, tak tylko zapoznawczo. Chyba wszyscy chcemy jakoś przemęczeć tę drogę.
Docieramy w końcu do Jhansi. Zaraz po wyjściu z autobusu, obskakują nas rikszarze. W końcu nie wytrzymałem i podniosłem znacznie głos. Dotarło do nich, bo poszli sobie. Za to Izraelce się to chyba nie spodobało. Powiedziała tylko cześc i poszła z jednym z rikszarzy. Po wyjściu z dworca, udałem się do Jhansi Fortu, który okazał się wart wycieczki. Na miejsce, podwiozło mnie dwóch kolesi na motorze. Fort był nieduży, ale fajny i wart zobaczenia.
Następnie obiadokolacja. Nie wiedziałem co wziąć wieć padło na „special thali”. Strzał w dziesiątkę – najlepsze thali jakie jadłem. Po kolacji na autobus. Ten już stał. Autobus z kuszetkami.
Dobiłem żołądek papają i w drogę.

Lucknow – cd.

5.12.2005 – Lucknow

Powrót do Lucknow był długi i męczący, dale dotarliśmy. Nos mam czerwony, jak ten od renifera-Rudolfa i non stop się z niego leje. Raju daje mi jakąś miksture na katar (mieszanka miodu, pieprzu, imbiru i ghi) i ide spać.
Budze się, jest godzina siódma, w domu nic szczególnego się nie dzieje. W końcu mam okazję poznać Rachnę. Zamieniamy kilka słów, trochę się śmiejemy, w towarzystwie sióstr. Wpadam na pomysł, żeby zrobić grzane piwo. Jest piwo, są goździki – do roboty. Grzaniec okazał się wielką atrakcją. Musiałem nawet dorobić, bo zainteresowanie było ogromne. Polskiego lekarstwa (tak było przedstawiane), spróbowali prawie wszyscy w domu, z siostrami na czele. Nawet rodzice skosztowali. Smakować za bardzo im nie smakowało, ale dali się przekonać, że to lekarstwo. Było przy tym kupę zabawy. Kilka osób pytało się mnie nawet o przepis, a ja go podając musiałem jakoś ukryć, że składnikiem jest piwo – nie piją alkoholu.

6.12. – Lucknow

Kolejny dzień zaślubin, uroczystość powitania pani młodej.
Z rana nic się nie dzieje. Wszyscy odsypiają dzień wcześniejszy.
Po południu Raju zabiera mnie na salę, gdzie odbywać się będzie uroczystość, budynek szkolny, w którym zajęte będą dwie duże sale. Później wracamy do domu. I tak kilka razy. Trzeba wszystkiego dopilnować.
Na imprezę zaczynamy się zbierać około godziny osiemnastej. Na miejscu, na środku podwyższonej sceny, usadowiona jest para młoda i przyjmują prezenty od wszystkich gości oraz pozują do zdjęć. Kilka razy zrobili sobię przerwę, żeby potańczyć. I w sumie to wszystko. Około północy cała rodzina, z kilkoma przyjaciółmi Snajego i ze mną, poszliśmy na kolację. Po niej jeszcze trochę potańczyliśmy i około pierwszej pojechliśmy do domu.

7.12. – Lucknow

Znów późna pobudka, znowu wszyscy odsypiają. Cały dzień leniwy. Kilka partii szachów z Rajem, rozmowy z głową rodziny i Sanją (kuzynką Sanjego) i tak do wieczora.
Weieczora, w którym zostałem zaproszony przez Rahula i Raja na „NonVeg”. Mała knajpka gdzieś z dala od domu. Specjalnością są kurczaki na klika sposobów. Mmm, tego mi było trzeba. Najpierw „cream chicken”, następnie „tomato chicken”, a na koniec „rosted chicken”. A to wszystko z roti (bardzo cieńkie chapati), cebulką i pysznymi sosami. Pyyycha.
Ze szczęśliwym podniebieniem wracam do domu.
Na koniec dnia, późnym wieczorem, cała rodzinka (bez rodziców) zbiera się w jednym pokoju, żeby sobie pośpiewać. Zabawa trwała do pierwszej, z minutami.

8.12. – Lucknow

Żołądek mi całkiem wysiadł, cały dzień odczuwam bóle, nieraz odwiedzając toaletę. Prawie nic nie jem.
W połowie dnia jedziemy do centrum handlowego, gdzie Sanjai kupuje kilka rzeczy, Rachna jakieś ciuszki, itp. Następnie udajemy się na kawe z ciastkiem. Ja biorę herbatkę z cytryną. W knajpie poznajemy holenderską rodzinkę. Żona postanowiła się pouczyć hindi, więc przyjechali sobie tu na kilka miesięcy. Ot tak.
Po powrocie do domu, do biegunki dochodzą wymioty. Po którejś wizycie w kiblu, daję się namówić na wizytę u lekarza. Przepisał mi kilka pigułek i powinno być lepiej.
Wracam do domu i idę prosto spać. Zażywam piguły. Zamieniam też w końcu kilka zdań z Sanjim. W końcu, bo w sumie przez te wszystkie dni, nie wiele czasu mieliśmy, żeby pogadać. No, ale to zrozumiałe, w końcu synek się żenił i miał kilka ważniejszych spraw na głowie, niż zabawianie mnie.
Chyba piguły pomogą, zobaczymy.

9.12. – Lucknow

Pomogły, bo czuję się lepiej, chociaż w ogóle nie mam apetytu. Na śniadanie herbatniki, lanczu tylko troszeczkę mi się udało zjeść.
W domu kszątanina. Młodzi Pandeyowie już spakowani. Jeszcze tylko kilka rzeczy.
Udaję się z Sanjim na dworzec zarezerwować bilet. Rezerwacja na jutro. Cnyba nawet lepiej bo wydobrzeje. Z brzuchem ciągle coś nie tak. A właściwe bardzo nie tak. Znowu muszę iść do lekarza. Tym razem wizyta odbywa się na telefon, bo go już w biurze nie bylo. Przepisał kolejne prochy – zobaczymy.
Po powrocie zarzywam piguły i kładę sie spać, w niemałych bólach.
Wcześniej jeszcze pożegnałem się z Sanjim i Rachną, mieli samolot o 19tej oraz z Kamlesh – pojechała do domu szwagra i będzie tam kilka dni.

10.12. – Lucknow

Nadszedł dzień mojego wyjazdu z Lucknow. Jak się czuję? Chyba lepiej, bo nawet jeść mogę. Nie forsuję się z tym, ale coś wchodzi. Szczególnie „chowmin” (makaron smażony z warzywami)
Cały dzień się w sumie nudzę. Nie ma za wiele co robić. Kilka partyjek szachów z małymi Pandeyami, spacerek na dworzec, po potwierdzenie rezerwacji, które w sumie otrzymuję połowicznie, bo muszę jeszcze raz potwierdzić koło 10tej.
Do wieczora nic się nie dzieje.Tuż przed moim wyjazdem Raju odwozi Reinu z dzieciakami do jej domu.
Później moja kolej. Gorące pożegnanie z zaprosinami na kolejne odwiedziny, prezencik w postaci pieniędzy (Raju mówi, że u nich to taka tradycja i odmówić nie mogę). Ostatni uścisk dłoni głowy rodziny. I na dworzec. Bracik Sanjego dopilnował wszystkiego, łącznie z tym, że mnie posadził na moim miejscu w pociągu. Kilka ostatnich słów, podziękowania i pożegnanie.
W drogę

Lucknow.

2.12.2005 – Lucknow.

Pociąg już na mnie czekał. Wskoczyłem i w drogę. Na miejscu znowu zostałem obudzony, tym razem przez sprzedawców gazet (ostatnio, w Varanasi obudziły mnie dzieciaki).
Sanjai już chyba na mnie czekał. Od razu wsiedliśmy na jego motor i do domu. Po drodze zatrzymaliśmy się w jego ulubionym miejscu, gdzie przychodzi zakurzyć. Zaczynam poznawać jego kumpli. Świetna ekipa.
W domu rodzina już czeka, wszyscy witają z uśmiechem. Poznaję po kolei siostry Sanjaia: Kamlesz, Rainu, Ranjanę i Vandanę oraz braci Rahula i Raja, a także ich rodziców, mężów, żony i dzieci, kuzynostwo i innych zanjomych rodzinki. Wszyscy wykazują ogormną radość i zainteresowanie moją osobą. Aż się nieswojo czuję. Popołudnie spędzam na zakupach, na rozległym targowisku. Sanjai sobie ubzdurał, że mi kupi ciuchy, na jego ślub i nie miałem wyjścia. Z początku nalegał na tradycyjny hinduski strój i nawet już go kupiliśmy, ale zrezygnowałem z niego. Źle bym się w nim czuł. Stanęło na koszuli, galotach i butach. I tak się głupio czuję, że mi to kupił, ale On już taki jest.
Po powrocie kolacja i spanko, tym razem bez komarów, bo Sanjai włączył jakiegoś komarobija.

3.12. – Lucknow

Dzień zaczynam od wycieczki z Direszem (kumplem Sanjego), który ma mnie obwieźć po okolicy i pokazać prawdziwe Lucknow. Diresz sobie też przypomniał, że musi rozwieść zaproszenia dla rodziny i znajomych. I tak minął prwie cały czas. Poznałem przy okazji, prawie całą jego rodzinę (oczywiście zapominając wszystkich imon).
Po południu ma się odbyć ceremonia błogosławieństwa (czy coś), na której Sanjai ma być cały wysmarowany kurkumą. Ceremonia opóźniła się o dobrą godzinę, a w międzyczasie jestem rozpieszczany przez rodzinkę. Poza tym zaczął mnie boleć brzuch i muszę coś z tym zrobić koniecznie bo ślub już jutro.
Sama ceremonia wyglądała tak, że rodzice się modlili z hinduksiędzem, a w innych pomieszczeniach trwają tańce i ogólne zabawy. Po zakończeniu rytułału, kiedy rzeczywiście doszczętnie wysmarowany, a póżniej umyty w zimnej wodzie, Sanjai pozbierał się do kupy, udaliśmy się na pięterko na małe conieco. Ja zamawiam pieprzówkę na żołądek.
I spać

4.12. – Lucknow – Kanpur – Dzień ślubu

Polskie lekarstwo z indyjską wódką działa. Czuję się lepiej. Jeszcze może nie do końca super, ale zdecydowanie lepiej. Za to, z nosa mi cieknie. Wszyscy się o mnie martwią.
Powoli sprawy związane z ceremonią zostają zapinane na ostatni guzik (bardzo powoli). W sumie schodzę jako pierwszy, wyszykowany i gotowy do drogi. W końcu, po ponad godzinnym opóźnienu, ruszamy do Kanpur.
Droga minęła sprawnie. Po krótkim postoju, w domu przeznaczonym na odpoczynek, ruszamy do miejsca przeznaczenia.
Droę przebywamy piechty, w oświetlonym dookoła korowodzie. W środku impreza na całego. Wszyscy tańczą, klaszczą, a ci co bogatsi rozrzucają pieniądze. Długo nie dałem się prosić i wciągnęły mnie tańce. A co, jak się bawić, to się bawić. Moje wykonanie tańcy wzbudziło (trochę dziwny dla mnie) zachwyt i prwie każdy chciał ze mną tańczyć.
W ogóle, moja osoba wzbudziła powszechne zainetresowanie. Mnóstwo ludzi podchodziło pogadać, zapytać choćby skąd pochodzę (kąpletnie nie wiedząc gdzie leży Polska i lokując ją gdzieś w Wielkiej Brytanii).
Sama ceremonia, rozpoczeła się od modlitw pary młodej, przed domem weselnym. Pózniej, po jakimś czasie, została wprowadzona Pani młoda. Rachna w swoim sari wyglądała ślicznie
Młodzi zostali usadowieni w fotelach, w centralnym punkcie sali. Następnie, podniesieni wysoko przez znajomych, zarzucili na siebie kwiatowe wieńce. Potem nastąpiła sesja zdjęciowa, a w innej części sali trwały tańce. Po zdjęciach para młoda mogła się w końcu posycić (ja też). W międzyczasie orkiestra się zmyła i jak się później okazało był to koniec tańców. Po kolacji, była przerwa przed główną ceremonią.
Rytułał zaślubin zaczął sie na dobre. Ksiądz, razem ze starszyzną, rozpoczął modły, w otoczeniu rodzin pary młodej. Po długim (bardzo długim) rytuale, na którym każdy przysypiał, z Sanjim na czele, młody wstał i złożyl przysięgę małżeńską, obchodząc słup modlitewny siedem razy.
Następnie, para udała się na krótki odpoczynek, po którym nastąpiła jeszcze jedna, krótka ceremonia. Sanjai z Rachną, pojechali gdzieś do świątyni, a po powrocie Rachna została opłakiwana przez swoją rodzinę.
Na zakończenie, para młoda wsiadła do nowego samochodu Sanjego (suzuki maruti – prezent od rodziców Rachny) i odjechała do Lucknow. Rachna musiała ze sobą zabrać cały swój dobytek, ponieważ po ślubie pani młoda już nie wraca do swojego domu, tylko przenosi się do domu swojego męża.
I to w sumie był już poranek następnego dnia.

Varanasi.

30.11.2005 – Varanasi

Pociąg się spisał. Klasa sleeper (kuszetki bez przedziałów i bez klimy), też wporzo. Jadąc znów zastanawiałem się jakie to Varanasi będzie, miałem obawy.
Po wyjściu z pociągu, udaję się do biura informacji (UP tourism znajduje się na dworcu więc kłopotów nie ma). Tam poznaję pewną parkę. Ona Australijka, on Nowozelandczyk. Czekając na swoją kolej, podpytałem ich o hotel i bezpieczeństwo. W sumie i tak wybrałem inny hotel (znowu przypadkiem). Zarezerwowałem bilet, no to do hotelu. Oczywiście rikszarze już czekają. Zgodnie z radami, mówię, że chce jechać na główny Ghat(schody do Gangesu). No to ok i i stargowałem cenę do 25 rupi i w drogę. Nie wiem do końca jak to wyszło, ale koleś poprosił, żebym mu pokazał mapę. No to mu pokazuję. Miałem tam zapisaną nazwę hoteliku, Vishnu Rest House. Koleś zobaczył i mówi, że za tą samą cenę zawiezie mnie tam. Nic o przepełnieniu, czy spaleniu. Spytałem jeszcze, czy jest to przy Pandey Ghat. No tak – owszem. To w drogę. Po chwili docieramy. Hotelik miły, nie drogi, z knajpką i tarasem na dachu. Więc biorę. Zjadłem jeszcze sniadanie (czyt. lunch): chapati i veg stuf paratha(nadziewane ważywami chapati) i uderzam w miasto.
Wychodzę na ghaty. Najbliższa nazywa się Shivalo i właśnie palą na niej zwłoki. Podchodzi do mnie koleś i zaczyna opowiadać o ceremonii, zapraszając do małej świątynii z której lepiej widać. Rozmowa sobie płynie. Pyta się mnie, gdzie się zatrzymałem. To mu mówię, że w Vishnu. A on mi na to, że to nie jest prawdziwe Vishnu Rest House, a Pandey Ghat jest kilka Ghatów dalej. Cholera znowu dałem się wykiwać, ale może nie będzie źle, bo pokój nie drogi i całkiem niezły. Ide dalej.
Przy głównym ghacie – Desawuatha, podchodzi do mnie koleś i zaczyna mi robić masaż rąk. Mówię, nie dzięki. On mi na to, że masaż głowy karku i całej reszty tylko 10R. No to jak tylko 10 to dawaj, może być nieźle. Wow, było. Ino, że w pewnej chwili, masujący mi mówi, że jeśli ja happy to i on happy. Hola hola, mówię mu, że mowa była o 10 rupiach, a on mi na to, że on robi masaż, a ja się zastanowię. Kończy masaż i się mnie pyta, czy ja happy. Mówię, że ok.
- No to jak happy, to minimum 200 rupi
- Wow – mówie – gadane było 10 rupi
- Nie, 200
- Nie, 10
- Nie, 200
- Było mówione 10, więc jest 10. Bierzesz, czy nie!
- Nie
- Ok.- I ide. Nie to nie. Nie kazałem mu. Tym razem, w przeciwieństwie do przewodnika z Taj Mahal, żal mi nie było.
Główny ghat, swoją drogą jest naprawde ładny.
Idę dalej. Zaraz powinien być ghat, na który odbywa się najwięcej kremacji. Dochodzę, właśnie kogoś palą. Podchodzi do mnie jakiś synek i zaprasza na taras. Mówi, że to nie biznes, że kasy nie chce. To gitara. Prowadź. Z tarasu widać wszystko, cały obrzęd palenia. Po chwili zaprasza mnie do jakiejś babci. To ide.
- Żyj długo…. bla bla, zbieramy na drewno, żeby biedni mogli być spaleni. Kilo drewna kosztuje 150 rupi.
I jak tu się nie wkurwić. Daję 10. Babka się patrzy jak na idiotę. Wstaję i odchodzę. Koleś idzie z mną i mówi, że za opowiadanie i dla rodziny, co łaska. Kurwa. Moja łaska opiewa na 10 rupi.
- A czemu nie 20?
Ech. Odchodzę. Przynajmniej mam kilka fotek i filmik (coś czego nie wolno robić, bo dusza nie pójdzie do nieba). Wracam do hotelu, z myślą czy go w ogóle znajdę. Jeszcze na chwilę siadam na głównym ghacie. Chłonę atmosferę. Podchodzi do mnie jakiś kolejny człowiek. Z początku go nie poznaję, za to on mnie tak. „Are you happy?” Skubańce mają świetną pamięć. I znowu to samo – on 200, ja – 10. Tym razem już wyciąga rękę. Masz ino wydaj resztę. Reszty do końca nie miał. Stanęło na 15 rupiach. A niech ci bedzie. Wracam. Po drodze kto idzie – Melanie i Richard – parka z dworca. Gdzie byłeś, co widziałeś i takie tam. Napomknęli coś o kolacji, więc sie spytałem, czy się mogę do nich dołączyć, bo w sumie, też nic nie jadłem. Poszliśmy do knajpki, do której mieli wcześniej zamiar iść, ale jakoś im wyszło inaczej. Melanie zamówiła jakąś zupę, Richard chole (cieciorka) z jakimś nadmuchiwanym chapati, a ja Thali Extra: ryż, daal (soczewica), rajta (sałatka), chapati i jakieś jeszcze coś z ważywami. Gitara. Siedzimy, jemy, opowiadamy i smiejemy się. Wszyscy się na nas gapią, z kelnerami na czele. Jest super.
Odprowadzają mnie jeszcze do ghata i się żegnamy.
Do hotelu trafiam bez problemu. Włściciel oferuje ranną wycieczkę łodzią po Gangesie, a później po świątyniach. Troszkę z niepewnością, ale zgadzam się. Pytam się jeszcze Sebastiena – francuza który też „przez przypadek” trafił do tego hoteliku, czy też się udaje. Że będzie bezpieczniej.
Mam nadzieję, że nie będziemy tą dwójką turystów, która od czasu do czasu, ginie bez śladu w Varanasi.

1.12. – Varanasi

… Pobudka, godzina 5.20. Łupanie do drzwi. Otwieram oczy (choć właściwie nie wiem, jak mi się to udało, bo do 2-3 zrzerały mnie komary). Otwierają się uszy. Wszędzie słyszę nawoływania muezinów, dźwięki trąbek, talerzy, bębnów i Bóg (a raczej cała plejada bogów) wie czego jeszcze. Wstaję i ubieram się szybko, oszołomiony tym co słyszę zza okien. Schodze na dół, gdzie Sebastien już czekał. Po chiwli wychodzi szef, wita się z wszystkimi i woła kogoś. Przeyszedł kolega i zabiera nas. Wychodzimy, wszędzie ciemno, dźwięki powoli ustają. Przeciskamy się wąskimi, mrocznymi zaułkami, aż dochodzimy do ghatu. Tam odbiera nas następny kolega, ktoy okazał się być szefem łódki. Wchodzimy i w drogę. Ze strony Gangesu ghaty wyglądają niesamowicie. Schodzą się ludzie, a niektórzy już tu są i albo wyśpiewują modły, albo medytują w ciszy. W wodzie niektórzy zażywają już porannej kąpieli. Lub robią pranie. Powoli dopływamy do ghatu, gdzie się odbywają kremacje. Robię kilka zdjęć (choć oczywiście nie wolno, Sebastien też pstrykal, więc chyba tak właściwie, to my europejczycy w ogóle, mamy inne religie w dupie). Zaczynamy wracać. W drodze powrotnej widzimy już kompletnie inny obraz. Ghaty już się zapełniły wienymi. Słychać wszechobecną muzykę, śpiewy i nawoływania. Woda też już pełna ludzi, tych rytułalnie się obmywających i tych co się im przyglądają z łódek. Doływamy do mety. Łódkarz oczywiście wyciąga łapę po napiwek. Mówimy, jaka kasa, wszystko zostało ustalone i zapłacone w hotelu i żadnej kasy. Znowu słyszę: „sir you happy, me happy”. Mówimy zgodnie, nie. Aten nam wyjeżdża z: „you no good people”. No to pojechał nam po ambicji i troche chyba po sumieniu. Masz po dysze. Wracamy do hotelu.
Śniadanko i wyruszamy do świątyń. Zabiera nas gościu, który wygląda na szefa tego biznesu. Oglądamy trzy świątynie Munumar Manoli (boga małp), Tulsi Manas i Durga. Wyglądają imponująco. Następny na trasie był przejazd do dzielnicy muzułmańskiej, gdzie wyrabiają jedwabne sari, chusty i inne tego typu rzeczy. Są naprawde ekstra i mam ochotę nawet klika wziąć, ale się powstrzymuję. Budżet mógłby nie wytrzymać. Zabrałem wizytówkę, żeby być przygotowanym na raz następny.
Powrót do hotelu. Wycieczkę zaliczam do bardzo udanych.
Następnie udajemy się do złotej świątyni. Jest ukryta w centrum, a innowiercą na teren świątynny wchodzić nie wolno. Dochodzimy. Stary sprzedawca sari mówi nam, że jak nie beziemy mieli żadnego urządzenia elektrycznego, to możemy wejść. Wchodzimy pojedynczo. Świątynia okazuje się graniczyć z wielkim meczetem, którego z ulicy nie widać. Granicą jest płot z drutu kolczastego, a dookoła jest pełno straży. Po ostatnim morderstwie jakiegoś polityka, dwa dni temu, straży jest wszędzie pełno.
Po wyjściu Seba chce kupić trochę haszyszu. Spotyka jakiegoś dealera i idziemy do niego do mieszkania. Francuz ubił targ – 10g za 400rupi. Kolejnie udajemy się na mała przekąskę i na tajemnicze „special lassi” w barze „Lolita”. Krążymy trochę po uliczkach pełnych sprzedawców sari, owoców, warzyw i różnego rodzaju pamiątek. W końcu znajdujemy „lolitę”. Witają nas dzieciaki. Zamawiamy lassi, którego nieoficjalną nazwą jest „bang lassi”. Dołącza do nas właściciel Lukie, brat Lolity. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, popijając lassi. Idziemy na ghaty. Po dojściu do głównego ghatu frencziego dopadają masażyści, ci sami co mnie wczoraj. I chyba nawet mnie poznali, bo żaden nie podszedł. Dookoła nas trwają codzienne rytuały i ceremonie. „Special Lolita Lassi” zaczęło działać. Czas stanął w miejscu. Jedynie kable zwisające przypominają o czasach współczesnych. Oraz z wolna przechodzący turyści. Otaczają nas dźwięki, pieśni, modły, piszczałki, bębenki, dzwonki. Od czasu do czasu jakaś krowa zajrzy na ceremonię. Niesamowite przeżycie.
Po jakimś czasie, nawet nie wiem ile go minęło, udaliśmy się do hotelu. Zabieram plecak i udaję się na dworzec. Sebastien stwierdził, że przejedzie się ze mną, bo i tak musi zarezerwować bilet. Na miejsce docieramy zwariowaną rikszą. Czułem się jak na czymś co, możnaby określić mianem Street Riksza Rafting. Frenczi zarezerwował bilet i udaliśmy się na kolację. Thali w typowej hinduskiej knajpie. Pełno miejscowych i żadnego turysty. Thali wyśmienite. Miejscowi próbowali prezentować dania, z dumą podkreślając o indyjskości potraw. Sprawiali wrażenie bardzo zadowolonych.
Po kolacji roztaliśmy się. Seba wrócił do hotelu, ja udałem się na peron.

Agra

28.11.2005 – Agra

Wyjechałem z Delhi, z pewnym niesmakiem, żeby nie powiedziec ze zniechęceniem. Delhi mnie rozczarowało, choc właściwie go nie poznałem. Bałem się trochę, że z Agrą i całą resztą może być podobnie.
Pociąg Delhi – Agra spisal się nieźle, choć było ciasno i zimno, bo sie okna nie domykały. W Agrze zaraz po przyjeździe, poszedłem zarezerwować bilet do Varanasi, ale po 20 minutach stania w kolejce, zrezygnowałem. Udałem się więc do Info Turism, przy okazji dajac się namówić na rikszę (tym razem bez ekscesów). W Info miły pan, sprawdził mi cenę biletu, pokazał gdzie jest bank (musiałem wymienic kase), a nawet zadzwonił do dwóch hotelików, żeby sprawdzić cenę i spytać się czy są wolne miejsca. Wylądowałem co prawda w całkiem innym pensjonacie, ale to był przypadek. Siedząc w kolejce w banku, przeglądałem śpiewnik i tam natrafiłem na Turist Guest Home, gdzie właśnie się znajduję. Po dotarciu, zamówiłem pokój oraz całkiem smaczny obiadek (kashmir birjani – smażony ryż z ważywami i bananem oraz chapati). Później chwilka drzemki.
Nadszedł czas na Taj Mahal. Na miejsce dotarłem piechty, po drodze ignorując setki wołających rikszarzy. Przy bramie głównej podszedł do mnie, jak się później okazało, przewodnik. Pomógł zakupić bilet, no i się przedstawił. Podziękowałem grzecznie, a ten swoje: zapłacisz po zakończeniu, jak ci sie będzie podobać, bla bla, wedle uznania, itp. Odpowiadam, że nie dam mu 370 rupi, za oprowadzenie z wykladem. A ten zaś to samo. W koncu dałem za wygraną, wedle uznania to wedle uznania. No i weszliśmy. Ha i to bez kolejki – ta była dość spora. Taj jest przepiękny. Można by tam spędzić cały dzień po prostu się gapiąc na niego. Tyle tylko, że mój przewodnik troszkę gonił i podziwianie troszkę osłabło. Starał się, nie powiem, pokazał mi kilka rzeczy, na które bym nie wpadł chodząc samemu. Tyle, że gonił. Podziękowałem mu dając, wedle uznania – 100 rupi. Zrobił rozczarowaną minę, twierdząc, że to nawet nie połowa. No to mu powiedziałem, że od początku mówiłem, że całości mu nie dam. Podalismy sobie ręce i się rozstaliśmy (chciałem jeszcze troche sie pogapić na Taj). Przewodnik stwierdził jeszcze, że poczeka na mnie przy wyjściu, bo chce mi jeszcze coś pokazać. Pochodziłem jeszcze po kompeksie, cykłem kilka fotek i jak się już ściemniło wyszedłem. Ku mojemu zaskoczeniu koleś rzeczywiście czekał. To co chciał mi jeszcze pokazać to – sklepik z pamiątkami. Wow, a jakże inaczej. Po drodze się go spytałem ilu turystów ma dziennie? Jednego – czyli dziś akurat mnie. Mają jakiś system i rozdzielają po osobie na dzień. Zrobiło mi się troche głupio, bo w sumie był spoko, starał się i takie tam. Ale cóż, jak nie my ich, to oni nas.
Po wyjściu z murów Taj Mahal, udałem się na dworzec, zrobić w końcu rezerwację, unikając tych sępów na kółkach. Właściwie to już sam nie wiem, czy zarezerwowałem bilet czy nie. Rano muszę się jeszcze stawić i potwierdzić rezerwację. Zobaczymy. Wracając już do pokoiku, zjadłem jeszcze kolację u przydrożnych sprzedawców. Chapati z ziemniaczkami i herbatka. Bardzo smaczne nie powiem. I tanio.
A teraz mnie komary wpieprzają

29.11. – Agra

Drugi dzień w mieście minął równie dobrze. Obudziłem się, a właściwie obudził mnie właściciel, ok 11tej. „Dzieńdobry jest godzina jedenasta, a wypisanie z pokoju jest o dziesiątej. Zosatje pan dzień dłużej czy nie?” Odpowiadam mu, że właściwie to nie wiem, bo muszę potwierdzić rezerwację pociągu. Spojrzał na mój bilet. – Rezerwacja jest na 110%.
No to ok. Czy mogę tu zostawić bagaż.
Po chwili jestem juz w drodze na dworzec (tak na wszelki wypadek) i do Agra Fortu.
Bilet pewny, tak jak mi mówił właściciel. Idę zatem do Fortu. Po drodze jeszcze tylko chapati u znajomego sprzedawcy.
Tuż przed bramą fortu, zobaczyłem idący kondukt pogrzebowy, więc poszedłem za nimi. Po jakimś czasie stwierdziłem, że i tak nie będę mógł zdjęc robić, więc wróciłem.
Agra Fort jest piękny. Zrobił na mnie chyba nawet większe wrażenie, niż sam Taj. Może dlatego, że jest wiekszy, a może dlatego, że Taj jest pokazywany w każdym programie i folderze o Indiach i jest troche oklepany. A może to ja jestem dziwny. W forcie spotykam pierwszą Polkę. Bardzo sympatyczna dziewczyna. Chwilę gadamy, trochę po polsku, a trochę po angielsku, z uwagi na jej męża Rogera (chyba Francuz, ale gadał cały czas po angielsku). I rozstajemy się. Jeszcze trochę szlajam się po forcie, próbując wejść tam gdzie inni nawet nie próbują i kończę powoli z fortem.
Następnie udaję się do Himad-ud-Daulah – mauzoleum jednego wazira (coś jakby premier) z lat 1620tych, zwane także małym Tajem. Bardzo ładny budyneczek, rzeczywiście, ciut (ale bez przesady) nasuwający skojarzenia z Taj Mahal. A przede wszystkim wcale nie odwiedzany prze turystów. Cisza, spokój.
Po powrocie do hoteliku, kolacja w towarzystwie francuza i na peron.
Do Varanasi.

New Delhi

26.11.2005 – Delhi

„Szachrajstwa Delhi” – tak w sumie mógłbym nazwać pierwsze godziny w tym mieście. Ale po kolei.
Podróż samolotem minęła bardzo szybko i sprawnie. Po wylądowaniu, złapałem pierwszego stresa, bo mi sie gdzies plecak zapodział. Jak się kapłem, że czekam na niego przy przylotach z Bangkoku – sprawa się wyjaśniła i plecak się oczywiście znalazł. Później zakup waluty lokalnej i na podbój Indii.
Szachrajstwa Delhi to nagłówek wielkiej tabeli w śpiewniku, ostrzegający przed oszustwami naciągaczy taksówkowych i innych im podobnych.
Na lotnisku aż roi się od taksiarzy, którzy oferują swą niezbędną pomoc – tych olałem. O tym jeszcze pamiętałem – z tabeli. Dojechałem do głównego dworca autobusem – starym jak świat, swoją drogą – ale dotarł. Tam się zaczęło. Podjechał rikszarz i zaoferował podwóz do Paharganj (okolica najtańszych noclegów) za 10 rupi. Niedrogo myślę sobie więc wsiadam. Docieramy do jakiegoś syfu, a tam stoi koleś i mówi, że po ostatnim zamachu cały rejon jest zniszczony, i że tam się noclegu nie znajdzie [cytat z tabeli:"naciągacze mogą próbować wmówić przybyszowi, że w Delhi wybuchły zamieszki i próbować zawieść go do pozornie bezpiecznej dzielnicy"], no to już łykłem (no co tu ciągle coś wybucha, a ostatnio wiadomości nie śledze). Zabrał mnie do „informacji turystycznej” ["naiwny przybysz trafia wówczas do biura"]. Tam właściciel stwierdził, że rzeczywiście ta okolica jest zniszczona i tam noclegu nie znajdę. Zaproponował mi, zatem wycieczkę do Agry z przejazdem do Lucknow za 120 dolców. Hehe, nawet nie wiem czy tyle mam. Zaoferował także kilka hoteli, które okazały sie być niewiele tańsze od tej wycieczki ["szybko znajduje miejsce w innym hotelu, od którego zarówno on jak i kierowca otrzymują prowizje"]. Koleś z info zdradził się jednak, że podał inną datę wybuchów w Delhi i że zginęło dużo turystów. Na to się już nie nabrałem, taki naiwny to już nie jestem. Przemiłemu panu z biura odpowiedziałem, że na całe trzy tydnie mam tylko 3000 rupi i musze coś innego wykombinować. Zaśmiał mi się w twarz (drugi raz zresztą – pierwszym razem to gdy mu powiedziałem, że to nie moja pierwsza wizyta w Indiach. Może pomyślał sobie, że naiwność turystów nie zna granic. Hmm – coś w tym jest). Wyszedłem z biura i powiedziałem rikszarzowi, żeby zawiózł mnie na dworzec skąd mnie zabrał. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze kilka hoteli po 80 dolarów za noc i prze cały czas wysłuchiwałem jak to w Delhi jest niebezpiecznie i że dworce wogóle są pozamykane. Na koniec, jak już mnie odwiózł na dworzec główny, wysępił ode mnie 100 rupi (już mi się nie chciało kłócić). Dworzec, oczywiście zamknięty nie był, wyglądał nocą troche strasznie. Setki, jeżeli nie tysiące ludzi, leżą na wszystkich peronach, poprzykrywani tylko kocami. Niezbyt sympatyczny widok.
Po drugiej stronie dworca jest ów strasznie zniszczony Paharganj. Trochę syfu to może jest, ale bomba to to na pewno nie była. W drodze do hostelu odprowadzało mnie dwóch naganiaczy, wmawiając mi, że wszystkie otwarte hoteliki z wolnymi miejscami, są zamknięte i bez wolnych miejsc.
W końcu doszedłem do jednego (oczywiście zamkniętego). Otwiera koleś:
- Po ile noc?
- 200 rupi
- Czyli 150? – pytam
- Nie 200 – odpowiada
- To dowidzenia
- Eee zaczekaj
- Czyli 150? – ponawiam pytanie
- No – strasznie cicho, ale odpowiedział
I tak w końcu leżę na wygodnym łóżeczku. Jest kablówka i mecz NBA na ESPN (zawsze chciałem mieć ten kanał ☺ )

27.11. – Delhi

I znowu dałem się naciągnąć. Zaraz po wyjściu z wyra udałem się na dworzec zarezerwować sobie bilet na jutro do Agry. Tam jakis koleś powiedział, że biuro na dworcu jest nieczynne (istotnie pisali, że w niedziele może być zamknięte) ["na stacji New Delhi mogą oni zniechecac do rezerwacji w international tourist bureau(I piętro), kierując do agencji po drugiej stronie ulicy"] i zaprowadził mnie do innego, gdzie koleś gdzieś zadzwonił i okazało się, że tam miejsc też już nie ma i że muszę jechać tym droższym (a jakże) Wyszedłem więc i wróciłem na dworzec. Na miejscu drugi kolo powiedział mi, że biuro jest czynne, ale wkrótce zamykają. Po chwili mi powiedziano, że pociąg oczywiście jest i bez problemu zarezerwowałem sobie miejsce. Następnie chciałem wrócić do pokoju i opłacić kolejną noc. Chciałem, bo powrót nie okazał się rzeczą prostą. Nie dość, że zapomniałem nazwy,to jeszcze kompletnie myliły mi się uliczki. W końcu po około godzinie chodzenia w kółko – znalazłem. Następnie udałem się do golibrody. Samo golenie niedrogie i całkiem przyjemne (pierwszy raz ktoś inny mnie golił), ale nie wiedząc czemu, dałem sie namówic na masaż twarzy, który choć jeszcze przyjemniejszy to za to pieć razy droższy.
Potem jeszcze spacer po mieście – niesamowicie brudnym. Co jakiś czas ktoś podchodził, pytając skąd jestem i gdzie jadę dalej, itd. Najlepsza była gromadka dzieciaków, co chwile pytająca gdzie moja żona oraz „kiss kiss”.
Po godzinie szóstej zrobiło się ciemno, więc wróciłem do pokoju.