Archive for Lipiec, 2007

W domu.

W końcu w domu. Już od kilku dni właściwie. To może po kolei.
Zeszły tydzień minął szybko miło i dość przyjemnie, nawet w robocie. Ciężko nie było, no może w czwartek, ale bardziej mentalnie niż fizycznie. Piątek to już lajt. Wcześniej zakupiłem jeszcze baterie marki guinness, na wieczór. Na filmy – nie poszedłem spać, żeby czasem nie zaspać. Spakowałem się już praktycznie we czwartek. Musiałem porobić przymiarki, czy aby nie mam za ciężko. Po co dopłacać na lotnisku. A właśnie wracałem samolotem. Fieroch mógł nie mieć kursu w tym tygodniu a ja nie mam ani kasy, ani czasu do tracenia, ani ochoty siedzieć dłużej w anglyji. Dlatego szybko zabookowałem bilet lotniczy. I tu mała niespodzianka – najtańszy okazał się być z Glasgow. I to ten sam lot co Jani, więc przez przypadek wracam razem. I dobrze pomoże mi przy bagażach, bo mam ich trochę.
Przy okazji przepraszam Przemka i Kubę, że się teraz nie zobaczymy.
Do soboty rano dotarłem przy piwku i filmach (next – polecam i pathfinder – nie polecam, najbardziej naiwny film jaki ostatnio zdarzyło mi się obejrzeć)
Nadeszła pora wjazdu, ale został mi jeden problem do rozwiązania – obudzić Mirka. Ma mnie zawieść na dworzec. Trochę czasu minęło zanim się zebrał, ale w sumie nie było z tym najgorzej;)
Dojechaliśmy szybciutko, zabrałem moje toboły (trzy miesiące życia), pożegnaliśmy się i w drogę.
Kimło mi się trochę podczas tej 3 i pół godzinnej jazdy. Do Glasgow dojechałem głodny. Szybki sausage roll z „blue lagoon”, zjedzony nad brzegiem Clyde. Na tej samej ławce co 3 lata temu z Witkiem.
Później przechadka po centrum – St Enoch Square, Buchannan street, Modern Art Galerry, St George Square. Gdzie zasiliłem się guinnesikiem.
Posiedziałem tak praiwe do około wpół pierwszej, wspominając to miasto, jego klimat i plusy mieszkania w Glasgow. Minusów nie wspominałem – bo po co. Następnie zebrałem się na dworzec. Po chwili dotarł też Jania. Pobiegliśmy szybko na pociąg i po 45 minutach już byliśmy na lotnisku.
Po dotarciu czas się było przepakowac. Do wagi podchodziłem z pięć razy, sprawdzajęc dokładnie, żeby czasem nie przekroczyć limitów. Udało się – miałem 10 deko luzu;).
W samolocie znowu kima. Ale nie na długo bo jakiś dzieciak sie wydzierał, a jego tatuś uciszał go jakąś cholerna piszczałką. Juz sam nie wiem co było gorsze – płacz czy piszczałka (chyba jeszcze nie jestem gotowy na dziecko)
Po wylądowaniu do auta – Łukasza tata już czekał i szybciutko do domu.
Niespodzianka się udała – nikt sie mnie w domu nie spodziewał;)
Niedziele wypoczywałem z rodzinką. A od poniedziałku czas zacząć przygotowania do wyjazdu.
Misja Azja 2007 rozpoczyna się
Punkt pierwszy szczepienia – zaliczny. Szczepinki na WZW A i B, polio i dur brzuszny – przyjęte. 450 zł nie moje, a do tego ręce miałem jak początkujacy narkoman.
Do końca tego tygodnia pasowałoby rozpocząć składanie wniosów wizowych. Będzie trochę biegania po urzędach i wizyta w Wawie oraz w Krakowie. Ale to już chyba w następnym tygodniu.

Brytyjska stolica curry

Ale sie nazarlem.
Weekend spedzilem w Glasgow, pojechem w sobote rano odwiedzic chlopakow. W podroz wybralem sie autobusem linii national express, za jedyne 10 funciakow z powrotnym, z tym tylko ze z Manchesteru. Do Glasgow dotarlem po 4tej i po przejsciu przez centrum wsiadlem w 267 jadace do rutherglen gdzie miezkaja Jania, Soyer i Lysy. Zastanawialismy sie jak spedzic wieczor – bylo kilka opcji: kino, pub lub pozostanie w domu. W kinie w sumie nic ciekawego nie puszczali, poza transformersami, na ktore chcial isc Jania i wlasciwie tylko on, wiec pomysl upadl. Z pubu tez nie skorzystalismy. Zostal dom ale czabylo cos kupic i do picia i do jedzenia. Szybki wypad do sklepu i zapas velweta uzupelniony. Zostalo wybrac cos do jedzenia. „To moze se cos zamowimy z dowozem do domu”. Padlo na najlepszy bar curry w miescie „chicken hut”. Chlopaki wyciagneli ulotke i zaczelismy wybierac. Trwalo to troche. I bylo tego troche – w sumie na 45 funtow. Chyba nie czesto im sie zdarza dostawac takie zamowienia, bo przyslali kolesia zeby potwierdzil. „Impreza co?” „Nie po prostu glodni jestesmy.” Po godzinie, w koncu przyjechalo nasze jedzenie. Takiej ilosci to chyba sami zesmy sie nie spodziewali. Wszystko pyszne i ostre jak diabli. Nazarlismy sie jak swinie, az nawet nam sie juz wodki nie chcialo otwierac. Puscilismy sobie jeszcze film, ktorego konca doczekalem tylko ja. Chlopaki musieli rano wstawac do roboty.
Niedziela zaczela mi sie niezwykle pozno. Wstalem kolo 13tej. Dojadlem reszte pizzy „spicy meat lovers” i juz wrocil Lukasz. Wczesniej mialem plany gdzies sie przejsc, ale cuz nie wyszlo. Przekasilismy cos jeszcze, obejrzelismy GP europy w F1 i zebralismy sie do Sanjego w odwiedziny. Jeszcze przed dotarciem zrobilismy maly zakup dla swiezo upieczonych rodzicow. U Sanjego bylismy kolo godziny 18tej. Mala jest super, zdrowa i spokojna. Podczas rozmowy ciagle sie zajadalismy hinduskimi smakolykami przygotowanymi przez Rachne, a na koniec Sanjai zamowil kolacje kolejne curry z kurczaka i smazony ryz. Ledwo co zjedlismy kurczaka, ryzu zostalo duzo. Z wypchanymi zoladkami pozegnalismy sie z panstwem Pandeyow i udalismy sie na autobus powrotny. W domu bylismy grubo po pierwszej. Dlugo zesmy jeszcze z Lukaszem rozmawiali, az w koncu czas bylo zasnac.
Autobus powrotny mialem o osmej rano. Sniadania nie jadlem, czulem jeszcze kurczaka. Nie dziwno, ze Glasgow nazywaja brytyjska stolica curry.
W chwile po przekroczeniu granicy szkocko – angielskiej rozpadal sie deszcz. Wczesniej od soboty byla ladna pogoda. W Crewe lalo. A moze to jest brytyjska stolica deszczu – juz sam nie wiem.

Walia w dwóch odsłonach

7.-8.07- Walia w dwóch odsłonach

W końcu po czterech tygodniach deszczu, prognoza zapowiedziała, że w weekend deszczu spadnie znacznie mniej.
Długo się nie zastanawialiśmy – w drogę, tym razem odwiedzamy Walię.
Jak zwykle, jednak wybraliśmy się później niż planowaliśmy.
Pierwszy przystanek – Conwy. Nieduże miasteczko otoczone murami zamku. Krótka przechadzka po murach, chwila na oglądanie zamku i jedziemy dalej. Kolejne na trasie było Llandudno. Miejscowość wypoczynkowa nad morzem. Bardzo fajnie ale w sumie nic wielkiego. Kołobrzeg to to nie jest.
Nsatępnie udaliśmy się na sam kraniec Walii do Holyhead, na rybkę. Miasteczko niezbyt ciekawe i właściwie nie ma w nim niczego godnego uwagi. Gdzies za granicami Holyhead ponoć są jakieś ruiny, pozostałości po rzymianach, my jednak wybraliśmy klify i tam właśnie na skałach wpałaszowaliśmy sobie fish&chipsa.
Dalej na trasie kolejne nadmorskie miasteczko – Cearnarfon. Centrum miasteczka otoczone murami, a w
śroku… diabelski młyn. Za namową Mirka dałem się skusic na karasola i powiem tylko, że się swietnie
bawiłem, widoki z góry super i warto było. Później obeszliśmy jeszcze miastko dookoła i dalej w drogę.
Kolejne miasteczko na naszej trasie to Criccieth. Mała mieścina z zameczkiem i pięknym widokiem na zatokę.
Chwilę kontemplacji miejsca i widoków i w trasę. Do Harlech. Podobnie jak Criccieth małe maisteczko z
zameczkiem, położone jest jednak na stromej górce. Widoczek ze szczytu na zamek i otaczające góry – super.
Słoneczko już zachodziło więc czas podjąć decyzję czy śpimy na trasie czy wracamy do domu na noc.
Wybraliśmy to drugie. W domu byliśmy koło pierwszej w nocy. Po drodze minęliśmy jeszcze kilka bardzo
ładnych miasteczek, z których Barmouth, Dolgelau i Bala są zdecydowanie godne polecenia.

Niedzielę musieliśmy zacząć znów wcześnie i znów nie poszło nam to zgodnie z wcześniej ustalonym planem.
Szybkie śniadanie i już jesteśmy na M6 na południe w kierunku Cardiff. Granicę Walii przekroczyliśmy
około godziny 14tej.
Pierwszy przystanek zrobiliśmy sobie na plaży nad zatoczką Oxwich. Super plaża w super miejscu. Chwile
się zatrzymaliśmy po czym udaliśmy się obejrzeć pobliski zameczek i dalej w trasę, na zachód.
Kolejny przystanek w Newgale w St. Bride’s Bay. Przepiękna zatoczka i nie zatrzymaliśmy się tam na dłużej tylko dlatego, że byliśmy już potwornie głodni, a miejscowa knajpka nic ciekawego nie miała.
Udaliśmy się więc dalej zatrzymując się w poszukiwaniu obiadokolacji w Solvie, bardzo fajnym miasteczku,
a następnie w St. David’s. No tam już się udało zjeść. Ja wziąłem jakąś Walijską specjalność – potrawa
z ziemniakami i jagnięciną, a Mirek lasagne z frytkami.
Po zasileniu baterii poszliśmy obejrzeć miejscowe ruiny pałacu biskupiego z czasów średniowiecznych.
Pałac i kościół zupełnie nie pasował do miasteczka swoimi rozmiarami. Pałac był ogromny.
Jedziemy dalej. Następny przystanek, na chwilkę dosłownie w Newport. Bardzo ładny widok na zatoczkę.
Dalej na trasie znależliśmy się w Aberystwyth. Nie mieliśmy zamiaru się tam zatrzymywać, bo było już
późno, jednak jakoś źle skręciliśmy i wylądowaliśmy nad samym morzem. I bingo znaleźliśmy walijski
kołobrzeg, a nawet ładniejsze miasteczko od naszego polskiego kurortu. Chwilę przeszliśmy się promenadą i musieliśmy ruszać dalej.
Powrót był dokładnie tą samą trasą przez te same miasteczka – Dolgellau i Bala.
W domu byliśmy o 3 w nocy.
Podsumowując – Walia północna wywarła na nas większe wrażenie. Ładniejsze miasteczka, większe zamki i lepsze widoczki. No może z wyjątkami Oxwich i St. Bride’s Bay.