Archive for Wrzesień, 2007

27-30.09 Nikko, Kamakura, Hakone i Nagoja

27.09
Dojezdzam do Nikko o czasie i to bez przesiadek. Znow rzeczywistosc okazala sie byc lepsza niz plan ze strony internetowej. Wysiadam, zostawiam plecak w szafce na dworcu i ide zwiedzac. Niestety zwiedzac tego dnia juz nie ma co, bo wszystkie swiatynie juz pozamykane. Rownie dobrze moglem zostac jeszcze jeden dzien w Tokio. Krzatam sie troche po miasteczku i ide cos zjesc. W koncu, bo wlasciwie nie jadlem caly dzien. Po pysznym posilku kieruje sie poza miasteczko, w strone jeziora nad ktorym moznaby sie rozbic. Po godzinnym marszu, dowiaduje sie, ze do jeziora jeszcze 15 km. Rezygnuje z dalszej drogi. Znajduje sciezke i podazam nia nad rzeke, gdzie rozbijam pseudo oboz i zasypiam.

28.09
Wstaje kolo 9tej i ruszam prosto do swiatyn. Swiatynie i chramy Nikko sa przepiekne. Niesamowicie zdobione budza prawdziwy podziw. Nie ma ich jednak na tyle zeby spedzac tu caly dzien. Troche zle to rozegralem. Trzabylo zabookowac sobie jeszcze jeden nocleg w Tokio i przyjechac tu tylko na chwile.
Wsiadam w pociag i znow do Tokio. Tu postanawiam isc na chwile jeszcze do palacu cesarskiego, ktorego ogrody ostatnio byly zamkniete. Docieram na miejsce i co slysze – przykro mi w poniedzialki i piatki ogrod jest zamkniety. Wracam na dworzec i jade pociagiem do Kamakury – starej stolicy Japonii. Na miejsce docieram juz po zmroku, chociaz to dopiero w pol do siodmej. Ide cos zjesc, zostawiam plecak w szafce i wyruszam w miasteczko. Probuje znalezc laznie publiczna, lecz obie, ktore udaje mi sie znalezc, sa juz zamkniete. Ide na plaze. Wypijam piwko i ide spac.

29.09
Wstaje budzony przez deszcz. Nie zadna ulewa, taka se mrzawka, ale przeszkadza w calonocnym plazowaniu. Ide ogladac swiatynie. Po drodze szukam jakiegos sniadania. Po ogladnieciu kilkunastu wystaw barowych, z jedzeniem i cenami, decyduje sie na zakup czegos ze spozywczaka. Jakies sushi, kilka slodkich bulek, 5 bananow, cos do poiicia – zielona herbata z automatu i juz 800 jenow nie moje. Swiatynie juz nie tak ladne jak w Nikko, niektore wrecz rozczarywuja. Jest tez jedenasto metrowy Budda z brazu. Najwieksze wrazenie zrobila na mnie swiatynia Kenchji – duza i ladna, ale najlepszy byl nieduzy, ale przesliczny ogrod zen. Moglbym tam przesiedziec caly dzien. Ale kilka minut musi mi wystarczyc. Trzeba isc dalej. Sposrod kilkudziesieciu swiatyn buddyjskich i chramow shinto wybieram tylko kilka. Na wiecej nie mam ani czasu, ani ochoty, ani pieniedzy. A te ida w niesamowitym tepie. Ide na dworzec, biore plecak z szafki i szybko wskakuje do pociagu. Dwie godziny i tysiac jenow pozniej jestem juz w Hakone – takie japonskie Zakopene, ino zamiast Giewontu maja Fuji. Caly dzien siapi z gory. Nie ma nawet mysli o spaniu na placu. Ide sie spytac o nocleg. Oba hostele maja juz kaplet. Najtansza opcja to ryokan za 7700 z posilkami. Szybki rachunek w myslach – jak wezme bez posilkow to i tak tyle samo, jak nie wiecej wydam na miescie – ok biore. Dzis bedzie rekord. Hotelik dosc przyzwoity, maja onsen wiec jest super bo i tak mialem isc sie wymoczyc w goracych zrodlach. Po rozpakowaniu sie w pokoju ide sie kapac. Tego mi bylo trzeba. Kolacja. Dostalem duzy polmisek wazyw i mies do samodzielnego usmazenia, do tego miska ryzu i jeszcze jakies salatki. W koncu pojadlem. Jest mala satysfakcja z dokonanego wyboru. Jednak musze jakims sposobem wlaczyc taryfe oszczednosciowa bo mnie Japonia zrujnuje, jak tak dalej pojdzie.

30.09
Wstaje na sniadanie dosc ciezko, ale z nadzieja, ze se tak pojem jak wieczorem. Niestety, az tak nie pojadlem, a nawet po raz pierwszy w Japonii dostalem do jedzenia cos co mi nie smakowalo. Jakies ohydne kulki. Reszta spoko. Po sniadaniu jeszcze szybka wizyta w onsenie. Na dworze dosc chlodno i leje, a ja sie grzeje w goracej wodzie.
Nie ma sesu, zebym tu zostawal dluzej i wypatrywal Fuji. Niebo jest cale zachmurzone i niewiele widac. Ze stopa tez rezygnuje. Jade pociagiem do Nagoji.
W Nagoji jestem juz kolo czwartej po poludniu. Zostawiam plecak w szafce i ide sie pokrecic po miescie. Zanim sie jednak zebralem, zdazyli juz zamknac zamek, nawet do ogrodow wejsc nie mozna. Krece sie bez wyraznego celu. Chce po drodze znalezc citibank i internet. Citibank dlatego, z jest to jedna z niewielu instytucji obslugujacych miedzynarodowe karty platnicze. Dostrzegam zalety wielkich korporacji. Sa pozyteczne. Chcesz kase – jest Citi (choc rownie dobrze moglby to byc HSBC czy Royal Bank of Scotland). Chcesz zjesc cos normalnego restauracji do wyboru. Chcesz sie napic pozadnej kawy (za czym w Japonii trzeba polazic) – Starbucks i McDonalds sluza. W tym drugim przypadku trzeba jednak glosno krzyczec, ze chce sie kawe na goraco. Ja tylko powiedzielem kawe, a do pol litrowego kubka nasypali mi kilo lodu i zalali zimna kawa. I tak sie wlasnie szlajalem od maca gdzie mial byc wifi i ciepla kawa (wifi byl tylko glab za lada nie wiedzial, ze haslo jest potrzebne i mi go nie dal- wiec i z jednego i z drugiego nici), do citibanku, ktory byl tylko jeden w Nagoji i trza go bylo znalezc. Az zglodnialem. Znalazlem, w celu zaspokojenia tego pozadania, niezla knajpke. Serwuja obfite zarcie z mozliwoscia dokladania sobie ryzu (z czego skozystalem dwukrotnie), za jedyne 620 jenow. W koncu sie zmeczylem i wrocilem na dworzec skad pierwszym mozliwym pociagiem jade do Ise.

23-27.09 Tokyo

23.09
Tokyo powitalo mnie deszczykiem. Wychodze, zostawiam plecak w szafce metra i ide poznawac Shinjuku – rozrywkowo biznesowa dzielnice stolicy. Miasto ktore mialo nigdy nie zasypiac, drzemie smacznie. Od czasu do czasu przejedzie taksowka pusta. Inni taksiarze spia w autach. Gdzieniegdzie w drapaczach chmur pali sie jakies pojedyncze swiatlo. Przechodze przecznice dalej, tam dobiega mnie lekki jazz wydobywajacy sie z jakiegos pubu. Jakis podchmielony biznesmen wraca, albo moze lepiej idzie w blizej nieokreslonym kierunku. Przechodze dalej. Moze masaz – podchodzi do mnie jakas babka. Wszedlem do dzielnicy uciech. Naganiacze stoja na kazdym rogu. Najpiekniejsze japonki w miescie, to moze filipinke. Oddalam sie. W tle jazz miesza sie z j-popem. Przechodze przez ulice wielkich biurowcow. Ide do parku, klade sie na lawce, jest 4ta nad ranem. Wstaje o wpoldo siodmej. Shinjuku.

24.09.
Ide do banku wyciagnac kase z karty, na szczescie udaje sie. Przez chwile sie obawialem, ze moge nie znalezc bankomatu obslugujacego karty inne niz japonskie. Nastepny przystanek – centrum Tokyo. Z shinjuku jedzie sie ekspresem ladne pare minut. Krotka wizyta w informacji turystycznej i wsiadam do metra, linii Ginza, jadacego do dzielnicy gdzie mam nocowac. Zostawiam plecak i ruszam zwiedzac miasto.
Zaczalem od Asakusy i swiatyni Senso-ji. Duzy kompleks swiatynny w samym centrum dzielnicy. Ladna piecio pietrowa pagoda i setki ludzi. Do swiatyni prowadzi pasaz, na ktorym mozna kupic wszystko, od paleczek po kopie mieczy japonskich.
Nastepnie jade do Akihabary dzielnicy elektroniki. Palesam sie po sklepach, niektore male sklepiki inne wielkie kilkupietrowe gmachy, gdzie na kazdym pietrze inny rodzaj sprzetu. Ceny nie powalaja. Porownywalne z tymi, ktore widzialem w internecie. Choc przyznam, ze niektory sprzet robi wrazenie. Nic nie kupilem.
Po Akihabarze udaje sie do Shibuyi, metrem kolejne 20 minut. Dzielnica sklepow, barow i mlodych ludzi. Starszych sie jakos nie zauwaza. Zaraz po wyjsciu ze stacji wchodzi sie na skrzyzowanie pieciu ulic. Na chodniku gromadza sie tysiace ludzi, zeby za chwile na jeden sygnal wlaczylo sie zielone swiatlo dla wszystkich. Tlum rusza we wszystkich kierunkach, wpadacjac na siebie. Opisac sie tego nie da, trzeba to widziec. Krece sie chwile po dzielnicy neonow i jade do hostelu – kolejne pol godziny w metrze. Miasto jest ogromne. Zmeczony udaje sie jeszcze do baru na darmowego drinka dla gosci hostelu. Tam poznaje Briana z Kanady oraz Sharit z Izraela. Przegadalismy kilka godzin, umawiajac sie na nastepny dzien, na wspolne zwiedzanie.

25.09
Rowno o 11tej wyruszylismy w miasto. Moi towarzysze poszli jeszcze ze mna do nowego hostelu i moglismy smialo wyruszyc. Wpierw sniadanko i kawa. Nastepnie palac cesarski. Po obejsciu parku przy palacu chcielismy wejsc do samego ogrodu, ale niestety okazal sie byc zamkniety. Musielismy sie zastanowic co dalej, bo zostalismy wytraceni z planu. Postanowilismy przejsc sie so Tokyo Tower – wiezy tkijskiej, gdzie pierwszy balkon widokowy jest na 150 metrze. Wejscie na wieze cholernie drogie i w sumie gdyby nie Brian i Sharit nie poszedlbym tam. Ale widoczek naprawde niezly. Na wiezy dolaczyla do nas Ashley, tez z Kanady. Wspolnie udalismy sie w kierunku Roppongow, dzielnicy sklepowo- barowej, gdzie skorzystalismy z tej drugiej opcji. Po kilku piwach udalismy sie jeszcze do Shibuyi, kolejnej dzielnicy glownie modszej czesci spolecznosci Tokio. Tam wyglodniali posanowilismy poszukac sushi, serwowanego na ruchomej tasmie. Po zjedzeniu kilkunastu porcji, pokrecilismy sie jeszcze troche po Shibuyi, odwiedzajac miedzy innymi kilku pietrowy salon gier automatycznych. Probowalem zrozumiec na czym poega gra Pachinko, ktora japonczycy wrecz uwielbiaja, ale nie do konca ta sztuka mi sie udala. Po chwili wrocilismy do hostelu, a wlasciwie do baru hostelowego. Po spozyciu kilku drinkow Brian wyciagnal mnie jeszcze do baru karaoke. Tam pijac i spiewajac z japonczykami przesiedzielismy do czwartej nad ranem.

26.09
Rano umowilem sie znowu z Brianem na kolejny dzien zmagan z Tokio. Mielismy isc do miejscowego onsenu, czyli lazni publicznej z goracymi zrodlami. Wpierw jednak znowu musialem zmienic hostel. I cos zjesc popijajac kawa. Kawa byla niezbedna dla nas obu, bo ciagle spalismy. Laznia byla w dzielnicy Ueno, przy parku pelnego muzeow oraz zoo. Dotarlismy do onsenu, ktory po raz kolejny okazal sie byc zamkniety. Na szczescie tylko do wpol do czwartej. Na zabicie czasu poszlismy do zoo. Zoo jak to zoo, poza tym ze drogie, to jest tam kilka stworzen, ktore widzialem po raz pierwszy w zyciu. W koncu onsen byl otwarty i moglismy sie oddac kapieli. Po wyszorowaniu ciala, do basenu z goraca woda. Niestety woda byla tak goraca, ze nie szlo tam wejsc. Chwilowe wsadzenie nogi skutkowalo oparzeniem. Niezadowoleni wyszlismy z lazni. Roztalismy sie do wieczora. Brian musial jechac do hostelu, a ja chcialem zobaczyc jeszcze jedna swiatynie – ponoc najpiekniejsza w miescie. I co – znow zamknieta. Ogrod niedaleko od niej tez. Niech to szlag.
Poszedlem cos zjesc, a nastepnie udalem sie na czterdzieste piate pietro budynku wladz metropolitarnych, skad rozciaga sie przepiekna panorama miasta, zdecydowanie lepsza niz z Tokyo Tower, a na dodatek za darmo. Po powrocie Brian znow mnie wyciagnal do baru i na karaoke. Znow spac poszedlem o 4tej.

27.09

Oczywiscie wstalem pozniej niz powinienem. Dzis jade do Nikko, a musze jeszcze z kompa skozystac i zabookowac nocleg w Kyoto. Nie chce, zeby sie powtorzyla sytuacja z Tokio, ze co rano musze zmieniac hostel.
Glodny szybko wsiadam do pociagu. Tokio jest ogormne. Z dzielnicy Asakusa, w ktorej mieszkalem i ktora wydaje sie byc juz na krancach Tokio jedzie sie jeszcze ponad pol godziny, zeby mozna bylo powiedziec, ze to juz nie miasto.
Na Tokio trzeba przeznaczyc duzo wiecej czasu, niz 3 dni, jak ja. I duzo pieniedzy.

22-23.09 Matsumoto

22.09
20 moze 30 minut stania z lapa wyciagnieta zajelo mi zlapanie pierwszego stopa w Japonii. Mlode malzenstwo podrzucilo mnie do Hirayu 30km od Takayamy. Koles troszke gadal po angielsku, wiec udalo sie zamienic kilka zdan. Wysadzili mnie na parkingu wylotowym w strone Matsumoto, gdzie nie minelo nawet 5 minut, a juz siedzialem w drugim autku, prosto do celu. Tym razem zabralo mnie malzenstwo w wieku srednim (jak to sie ladnie mowi). Po angielsku nic. Zawiezli mnie pod sam dworzec w Matsumoto, skad udalem sie do turist info znalezc nocleg. Maly hotelik o rzut kamieniem od zamku. Zostawilem plecak i prosto na zamek, gdzie mial sie odbywac jakis koncert. I rzeczywiscie byl – usiadlem na trwce przed zamkiem I rozkoszowalem sie jego pieknem oraz japonska muzyka ludowa.
Okolo 20tej do wykonawcow muzyki dolaczyl jeszcze moj zoladek. Poszedlem czegos poszukac i po zlazeniu miasta dookola udalem sie do knajpki poleconej przez pewnego murzyna. Koles z Ghany, zaczepil mnie by zaproponowac prace jako szofer weselny. Ponoc szukaja bialych do tej roboty. Podziekowalem i poszedlem jesc. Lokal dosc tani jak na japonie, wiec zamowilem dwa dania (no co glodny bylem) – ryz i makaron z dodatkami owocow morza.
Po kolacji spacerkiem poszedlem do hoteliku. Jeszcze tylko filizanek kilka zielonej herbaty i spac.

23.09
Pobodka troche pozniej niz planowalem. Sie rozpadalo i deszcz stukajacy o parapet zmusil mnie do wysilku umyslowego, co doprowadzilo do zmiany planu. Zamiast stania z paluchem wyciagnietym, kupilem bilet autobusowy do Tokyo. Jade poznym wieczorem i bede w Tokyo w nocy. A na teraz, zwiedzanie zamku Matsumoto. Zamek w srodku juz nie robi takiego wrazenia jak na zewnatrz. A na dodatek strasznie tloczno.
Po zamku udalem sie jeszcze pokrecic po miescie, posluchac znowu koncertu na zamku. Pod wieczor spakowany juz i z plecakiem, poszedlem na kolacje, a pozniej szybko na autobus.

20-22.09 Takayama

20.09
W Takayamie bylem juz poznym wieczorem. Biuro informacji turystycznej dawno juz zamnkniete.Podszedlem do mapy miasteczka, bo moze jest napisane co i gdzie ze spaniem, albo cos. Podchodzi do mnie koles i ze mnie do hostelu zaprowadzi. Dziekuje mu, ale mowie ze wpierw chcialbym cos zjesc, w sumie na odczep sie. A on mi, ze zna dobra knajpke i ze tam tanio mozna zjesc. No to ok. Zaprowadza mnie tam i nawet pomaga zamowic danie – ryz z kurczakiem zapiekane w jajku. Calkiem niezle. Wcinam sobie spokojnie, a ktos mnie po plecach poklepuje. Z trudem ale jakos sie porozumiewam z czworka japonczykow. Jeden z nich stawia mi piwo, a pozniej miske makaronu – ramen. Po chwili do knajpki wchodzi dziesieciu rozbawionych podchmielonych japonskich biznesmenow. Troche gadamy. Smiejemy sie. Pytaja sie mnie gdzie sie zatrzymalem. Ja, ze jeszcze nie wiem (byla 22ga). A ten co mi postawil piwo i ramen, ze zaprasza mnie na noc do siebie do domu. Wow tego sie nie spodziewalem. Nie odmawialem nawet przez chwile. Po skonczeniu bardzo obfitej kolacji, za ktora w calosci zaplacil, udalismy sie do jego domu. Tam czekalo mnie jeszcze kilka piw i rozmowa do polnocy z panstwem Kanayama (zona w angielskim sobie lepiej radzila niz pan domu). Jeszcze cieply prysznic i do spania.

21.09
Rano pyszne typome japonskie sniadanko – ryz, ziemniaki zapiekane z serem, kielbaski i jeszcze kilka innych skladnikow ktorych nazw nie znam.
Po sniadaniu podwiezli mnie do centrum i tam sie rozstalismy.
W info polecili mi nocleg w schronisku przyswiatynnym. Udalem sie tam, zostawilem plecak i poszedlem zwiedzac Takayame. Na pierwszy rzut poszla Takayama Jinya – historyczny budynek rzadowy. Wiele ciekawych eksponatow, miedzy innymi makieta zamku Takayamajo, z ktorego nawet ruiny nie zostaly. Nastepnie w trakcie pieszej wedrowki odwiedzilem kila swiatyn – buddyjskich, jak i shinto. Wrocilem do hosteliku – swiatyni, wzialem prysznic i udalem sie jeszcze szybko cos zjesc. Tym razem padlo na miejscowa specjalnosc Hoba Miso Beafsteak. Cholernie drogie i malo tego bylo, ale za to pyszne. Niedojedzony wrocilem spac

22.09
Wstalem znow wczesniej i po szybkim sniadaniu, kawa i tosty z jajkiem, znow nie pojedzony poszedlem skozystac z inernetu do ratusza, gdzie byl za free. Po godzinie zabawy na kompie ujrzalem kartke mowiaca, ze kozystac mozna tylko przez 15 minut, ale na szczescie nikogo nie bylo i nikt sie nie rzucal. Po skonczeniu szybko udalem sie z plecakiem na droge numer 158, gdzie zaczalem kciukiem lapac transport do Matsumoto.

19.09 Japonia, Kanazawa

Japonia przywitala mnie bezchmurnym niebem i trzydziestoma stopniami. Na lodce zgadalem sie z Wiktorem, ze jego znajoma podrzuci mnie na dworzec w Toyamie, to troche oddalona miejscowosc od portu i najwieksze miasto regionu, stolica prefekturey Toyama-ken. Takze punkt startowy dla mnie, bo z dworca udaje sie prosto do Kanazawy – miasta slynnego z jednego z trzech najpiekniejszych ogrodow w Japonii. A jako, ze ja mam ostatnio hopla na punkcie wschodnich ogrodow, nie moge przegapic i tego.
Znajoma Wiktora (rosjanka pracujaca z pakistanczykami w japonii) podrzuca mnie na dworzec, a jej kumpel z roboty, pakistanczyk kupuje mi nawet bilet. Pociag przyjechal punktualnie i punktualnie dojechal do Kanazawy. W biurze informacji turystycznej polecili mi najtanszy nocleg w miescie (a wlasciwie juz poza nim) za jedyne 3700 jenow, czyli bagatela 33 dolce. Za drogo mi bylo w Rosji to teraz mam za swoje;) Do hostelu nie bylo juz tak latwo sie dostac (znaczy bylo, ale nie dla mnie). Wsiadlem w, jak sie wydawalo wlasciwy autobus i jade. Jedziemy juz troche dlugo a ja nie slysze nazwy swojego przystanku. Podchodze do kierowcy i w slicznym japonskim sie go pytam, czy mi powie kiedy moj przystanek. A on mi cos, ze to nie to i skrecil na parking, gdzie autobus konczy bieg. Powiedzial mi jeszcze, ze moj hostel jest dosc daleko stad. Ale mam sie nie martwic i kazal usiasc. Za chwile przychodzi z telefonem i daje mi go. Po drugiej stronie koles z hostelu, ze po mnie juz przyjezdza. Oplacalo sie robic rezerwacje w info. Okazalo sie, ze sa dwa autobusy o tym samym numerze.
Po zostawieniu rzeczy w pokoju, udalem sie jeszcze na chwilke na miasto. Mimo, ze byla dopiero 19ta bylo juz ciemno. Polazilem troche po miescie (znalazlem hot spota ale moja strona znow sie nie otwiera, chyba czas zmienic hosta) i powrot do hostelu gdzie czekala na mnie laznia i piwko.

Czwartek zaczal sie wczesnego ranka. Trzabylo wczesniej wstac skoro, slonce zachodzi tez wczesniej. Wstalem, umylem sie i wyszedlem zwiedzac Kanazawe. W planie ogrod Kenroku-en i park zamkowy. Na wiecej i tak czasu nie starczy.

Ogrod jest istotnie piekny, wielki i jeszcze raz piekny. Warto tu bylo przyjechac tylko dla niego. Spedzilem w nim ponad dwie godziny, a nastepnie udalem sie cos zjesc, bo juz mi w brzuchu burczalo. Padlo na niewielka restauracyjke niedaleko ogrodu. Zamowilem, niezle na zdjeciu wygladajace, danie – happosai. Gesta zupa z mnostwem dodatkow, warzyw i mies. Nie zawiodlem sie. Po sniadanku/lanczu wstapilem do dwoch swiatyn shinto Ishiura Jinja i Oyama Jinja, a nastepnie do parku zamkowego. Zblizal sie czas wyjazdu wiec musialem szybko wrocic do hostelu po plecak i na dworzec. W kierunku Takayamy. Zgodnie z internetowym rozkladem jazdy, dojechalem do Toyamy, a nastepnie do Inotani, gdzie mialem spedzic nocke, bo juz mialo nie byc daleszych polaczen. Okazalo sie jednak, ze polaczenie bylo i to bezposrednio do Takayamy (na rozkladzie bylo, ze musialbym sie jeszcze przesiasc). Tak wiec znow sie udalo.

14-17.09 Wladywostok

14.09
W koncu zajechalem. Tym razem podroz byla nudna. Po wyjsciu z pociagu we Wladim udalem sie zostawic bagaz w przechowalni, a nastepnie wybadac sytuacje z promem. Prom ze mna na pokladzie odplywa do Japonii, w poniedzialek wieczor. Koszt nie maly bo 360 dolarow + 400 rubli razem jakies 375 dolcow. Drogo jak cholera, ale cuz sie chcialo to sie ma.
Nastepne kroki skierowalem ku kafejce internetowej, jest kolo dworca na poczcie. Dosc tanio, bo 36 r i mozna podlaczyc usb. Niestety moja strona dalej nie dziala, a na dodatek gdzies mi sie zapodzial dysk, wiec fotek tez se nie skopiowalem.
Teraz trzeba znalezc kantor i jakis pokoj na noc. Jedyne kantory sa w bankach, a kurs dolara cos strasznie niski, ale musze. A ze spaniem moga byc problemy. Jakas babcia mi powiedziala, ze wieczorem kolo dworca beda sie krecic babuszki z ofertami kwater. Z koleji w biurze gdzie mieli polecac tanie zakwaterowanie, najtansza oferta to 50 dolarow za noc. Tak ze noc chyba na swiezym (no nie do konca) powietrzu.
Jakis kolo sie przyplatal, ze niby tu panuje ruska mafia i turystow nie bija. Pod warunkiem zaplaty oczywiscie. Odmowilem najgrzeczniej jak umialem i odeszlem z miejsca. Nie wiem czy kolo tak na prawde, czy tylko naiwnych turystow naciaga. Tak czy inaczej troche stracha mi napedzil.
Poszedlem jeszcze raz sprawdzic, czy moze babuszki jakies sa. Niestety caly czas ta sama. Probowalem sie troche potargowac, ale twarda sztuka – chce 1000 rubli, za nocke, za pokoj dwuosobowy. Sciemniam jak moge. Ze biedny student, ze 1000 rubli to ja mam w ogole, ze mlody i glupi. W koncu zaczepila jakas inna babcie i tak mam nocleg. Mialo byc 500 r za noc i na 3 dni, a bedzie 450 i na dwa. Zawsze cos;) Igora juz nie bylo

15.09
Caly dzien siapilo z nieba. Mimo to wyszedlem z mieszkania na spacer po miescie. Sam Wladywostok ma zadatki na bycie ladnym miastem, polozony na kilku wzgorzach nad morzem, niestety miastem ladnym raczej nie jest. Tak na jednodniowa wizyte. Co bede robil jutro nie mam pojecia. Pokrecilem sie wiec troche po miescie, zachaczajac o wzgorze z fajnym punktem widokowym. Mozna wjechac kolejka na gore za szesc rubli, ale sa tez schody – z czego ja skozystalem. Dzieki silnemu zachmurzeniu widok byl mocno ograniczony, ale fajny.
Nastepnie wrocilem do domu, bylem i tak juz mokry i reszte dnia spedzilem na przygotowaniach do japonskiej czesci mojej podrozy.

16.09
Obudzilem sie jak na moje zdolnosci dosc wczesnie, bo wspomnialo mi sie, ze dzis bede trzeci dzien we Wladku, a czeka mnie jeszcze jeden, wiec pojawia sie problem rejestracji (dotyczy kazdego turysty zamierzajacego spedzic trzy i wiecej dni w jednym miejscu). Po zaczerpnieciu jeszcze zdania u Moniki, szybko sie spakowalem i wyszedlem poszukac jakiejs opcji ominiecia prypiski, czyli najprosciej w swiecie – wyjazdu z miasta. Wpierw poszedlem sprawdzic promy na pobliskie wyspy – Popov i Ruskij (wlascicielki mieszkania ostrzegly mnie jednak, ze juz bedzie za pozno). Prom na przystani juz stal. Kilka pytan do szefa lajby – gdzie i za ile bilet, udalem sie do kasy. W drzwiach minalem sie z Igorem (tym cwaniaczkiem z mafii) – bez slow, ja udalem, ze go nie znam i on udal (nieporadnie, bo zrobil troche zaskoczona mine), ze mnie tez nie zna. Kupilem szybko bilet i na prom. Wiecej opcji unikniecia rejestracji nie sprawdzalem.
Wyspa skojazyla mi sie z tropikami – byla piekna pogoda, slonce sie lsnilo we wodzie a ja doplywam do zalesionych wysepek. I w sumie gdyby nie radziecka architektura – obrzydliwie szpetne bloki i jakies stare fabryki, wrazenie by zostalo do konca. Obralem sobie cel – plaza. Troche sie nalazilem zeby znalezc taka ktora bylaby czysta i niezatloczona, ale w koncu udalo sie. Sliczna zatoczka i poza kilkoma ludzmi tylko ja. Posiedzialem tak do wieczora, kapiac sie i opalajac. Nastepnie udalem sie na moja kwatere – zobaczony wczesniej stary opuszczony budynek. A ze w srodku bylo czysto – rozwinalem karimatke i udalem sie w kimono.

17.09
Nawet sie wyspalem. W nocy jakies cos lazilo po okolicy, ale do mnie nie przyszlo. Zastsnawiajac sie co to moglo byc, przerobilem chyba cala faune tutejszych terenow, wlacznie z wilkami, niedzwiedziami i tygrysem syberyjskim (skad by sie niby mial tu wziasc nie mam pojecia), ale nic nie przyszlo, wiec sie nie dowiem.
Wstalem, umylem zabki i poszedlem na prom powrotny. Po dotarciu do Wladka udalem sie do agencji, potwierdzic rezerwacje i zaplacic za dowiezienie mojej osoby na lad japonski. Po wyjsciu jakis koles powiedzial mi gdzie moge znalezc darmowego hotspota, ale niestety znow stronki otworzyc nie moge. Posiedzialem na murku ze dwie godzinki, przegladajac rozne stronki, a potem poszedlem do kafejki. Tam skopiowalem na dysk wszystkie fotki i inne bzdety porobilem. Czas zlecial.
Kolo 18tej poszedlem wszamac ostatnie ruskie pierozki i udalem sie do odprawy celnej. Zanim celnicy sie zebrali do odprawiania minela ponad godzinka, ale pozniej poszlo juz sprawnie. Nikt sie o nic tym razem nie czepial.
Na promie zostalem zaprowadzony do swojej kajuty (czteroosobowej ale jestem w niej sam) i po dwoch godzinkach opuscilem Rosje.

Musze przyznac, ze Rosja mnie zaskoczyla. Nie spodziewalem sie, ze ludzie sa az tak przyjazni, ze okolice Bajkalu sa takie sliczne, ze przyroda syberyjska jest taka piekna, ze prikrasne Rossijskie dziewuszki sa takie prikrasne (mmm a jak sie poruszaja), a Rosjanie pija az tyle (znaczy sie slyszalo sie to i owo, ale zobaczyc na wlasne oczy to co innego) i ze jest tu w sumie drogo. I pomimo incydentu w Igorem jest tu bardzo bezpiecznie. Spodobala mi sie Rosja;)

11-14.09 Transsybir 2

11.09
Pociag podjechal – wsiadam. Moj bilet sie nie za bardzo spodobal, blad w numerze paszportu. Ale jade. Mam chyba najgorsze miejsce z mozliwych – zaraz na wejsciu do wagonu, w przejsciu, na szczescie na gorze. Pociag jest troche gorszej klasy, niz ten do Irkucka. A pasazerowie poki co nawet w polowie nie sa tacy, jak poprzednio. No coz nie mozna miec wszystkiego. Poza tym to dopiero pierwszy dzien, wiec moze sie troche jeszcze rozkreci. Pode mna spi wiecznie narabany Alexander. Juz nawet dostal ostrzzenie, ze jak sie nie uspokoji to opusci pociag.
Jest tez jeden syneczek, pol szkot, pol iranczyk. Spoko synek, jezdzi non stop po Azji, dorabiajac to tu, to tam – np sprzedajac przewodniki LonelyPlanet. Wlasnie po przewodniku poznalem go.
Poznym wieczorem dokonalem wielkiej sztuki. Poszedlem do kibla i moj widok samego mnie przestraszyl. Postanowilem wiec sie ogolic. Niby nic, nie. Taa, a probowal ktos w ciagle bujajacym, podskakujacym, rozklekotanym pociagu? W kazdym badz razie mnie sie ta sztuka udala i wyszedlem calkowicie bez szwanku;)

12.09
Pozno wstaje, wszyscy juz na nogach, Alexander juz zdazyl sie zbabic. Wcinam chlebek z kielbasa, popijam herbatka.
Wychodze do restauracyjnego, na kawke. Bufet prawie pusty. Jakas mama z dzieckiem i dwoch chopow. Przy kawie spedzam czas potrzebny do zaladowania baterii. W telewizorze ruska muzyka, lat 80tych. Przyplatal sie pijany fan tych szlagrow.
Opuszczam restauracyjny wagon.
W moim nic sie nie dzieje. Siadam i wpatruje sie w okno. Teren na zewnatrz pagorkowaty, a wszystko sie zloci i lsni w sloncu. Piekna wczesna jesien. Udaje mi sie zrobic kilka fotek. W kiblu i na koncu wagonu, byly okna otwarte.
Z kolega pol szkotem (zapomnialem jak ma na imie) juz w sumie nie gadalem, pozyczyl mi ino przewodnik po Rosji, co bym chociaz neta we Wladku umial znalezc. Ze spaniem bedzie nie tyle ciezko, co drogo. Wracajac do pol szkota, to jest on chyba jeszcze mniej rozmowny niz ja. Wieczorem tez mial swoja stacje, dalej ma sie udac do Jakucka.
Pozostaly czas spedzam na sluchaniu lekcji japonskiego – trzeba sie zaczynac przygotowywac.
13.09
Znow wstaje jako ostatni, znow Alexander juz nawalony. Nuuudyy. Nic sie nie dzieje. Biore znow kilka lekcji japonskiego, slucham troche muzyki, wieczorem ide spac. Nudy.
14.09
O piatej rano czasu moskiewskiego docieramy do Wladywostoku. Wagon juz prawie pusty, wiekszosc zdazyla wysiasc wcesniej.

9-10.9 Bajkal

Po wyjsciu z pociagu pojechalem z Monika do jej znajomego ksiedza, u ktorego sie ma zatrzymac na kilka dni. Ksiedza jednak nie bylo, wiec po chwili czekania postanowilismy jechac do Listwianki – wsi kurortu nad samym bajkalem.
Na miejscu juz, poszlismy sie rozejrzec jak wyglada baza noclegowa. Po kilku domkch, ktore byly za drogie jak dla mnie, ludzie skierowali nas do turbazy, gdzie mialo byc najtaniej. Mialo bo schronisko okazalo sie byc zamkniete. No to czas cos zjesc. Na obiadek szaszlyk i smazony ryz, do tego kawa z termosu.
Chwile pozniej spotykamy nasza trojke francuzow z pociagu. Wymyslili (wyczytali w lonelyplanet), ze w Listwiance jest jurta do wynajecia. To czemu nie. Jurte znalezlismy w sumie bez problemu i po krotkim targowaniu, wzielismy na jedna noc.

Zaraz pozniej sie rozstalismy. Ja z Monika poszlismy do muzeum Bajkalu, a francuzi poszli jesc. Za czym zaszlismy do muzeum, co chwile zatrzymujac sie i rozkoszujac widokami Bajkalu, byla juz 7 wieczor i muzeum zamkneli. W tym miejscu tez, rozstalem sie z Monika, umawiajac jednoczesnie na dzien nastepny w Irkucku.
Chwile po powrocie czekala juz na nas bania czyli rosyjska sauna. Po krotkim objasnieniu co, z czym i jak, zaczalem, wraz z francuzami rozkoszowac sie urokami bani. Po wyjsciu z sauny, zimna woda byla zbawieniem.
Nastepnie chlopaki przygotowali kolacje – makaron z parowkami, po ktorej jeszcze przy piwku rozegralismy kilka partyjek pokera. I kima.

Nastepnego dnia z samego ranka chlopaki sie zmyli, pojechali zobaczyc wyspe na bajkale. Ja wstalem znacznie pozniej. Spakowalem sie podziekowalem gosodarzom i poszedlem nad bajkal. Nic mi sie nie chcialo ani jesc, ani kapac sie w bajkale, ani czytac. Posiedzialem jakis czas na plazy i zmusilem sie do poszukania jakiegos sniadanka. Padlo na wedzona rybke – po utargowaniu 30 rubli. Rybka smakowala. I odrazu tez zachcialo mi sie jednak wskoczyc do Bajkalu. Znalazlem ustronna plaze i chyb. Brr woda zimna jak diabli, ale poplywac szlo.
Po kapieli posiedzialem jescze chwile i udalem sie w kierunku busika na Irkuck.
W Irkucku wysiadlem, w sumie nie wiem gdzie, wygladalo na same centrum. Dalem znac Monice gdzie jestem i usiadlem czekac na nia. Minelo troche czasu zanim przyjechala. Ja w miedzyczasie troche czytalem, troche polazilem, a troche pogadalem z miejscowymi. Po dotarciu Monika zdazyla odwiezc mnie tylko na dworzec i juz musiala uciekac na spotkanie z biskupem Irkucka. Ja udalem sie na drobny zakup, cos przekasic i spoczalem na dworcu. Minelo troche czasu, podchodzi do mnie jakis synek: ruski? – pyta. Nie. A polak moze? I w ten sposob poznalem Marka z Lubina. Przyjechal na kilka tygodni nad Bajkal.
Przegadalismy cala nocke, a z rana on udal sie na podboj Irkucka, a ja do kolejnego pociagu – relacji Irkuck – Wladywostok.

5.09 – 9.09 Transsyberia

5.09
Pociag numer 10 BAJKAL ruszyl punktualnie. Juz w chwile po odjezdzie uswiadomilem sobie, ze zaczal sie wlasciwy czas mojej podrozy. Jeszcze na peronie poznalem parke z Nowej Zelandi, jadaca na rowerach z Londynu, do domu. Po wejsciu do swojego wagonu przywitalem sie ze wspoltowazyszami podrozy, po czym zostalem poczestowany wodka, a jako zapitke dostalem nalewke o dumnej nazwie KWAS oraz ogorka i pomidorka (ktory to zostawil slady swojej bytnosci na mojej bialej koszulce). Chwile sie jeszcze posmialiscmy po czym wszyscy udali sie spac.

6.09
Pierwszy caly dzien w pociagu. Niewile sie dzialo. Kilka rozmow ze wspolpasazerami, troche czytania sluchania muzyki, winko. Za oknem las, niebo bezchmurne.
7.09
Drugi pelny dzien podrozy koleja. Z poczatku nudy jak dzien wczesnej. W poludnie wybralem sie do wagonu restauracyjnego, na kawe. Tyle co siadlem, dolaczyli do mnie Nigel i Sonya, z Nowej Zelandii. Przegadalismy kilka godzin, w trakcie ktorych dowiedzialem sie, ze w wagonie naszym jedzie Polka i w dodatku z Mikolowa, wiec swoja dziolszka. Po wypiciu kawy i suplementu w postaci piwa, wrocilismy do naszego wagonu. Poszedlem sie jeszcze przywitac z Monika i zamienic z nia kilka slow.
Za oknami coraz mniej drzew, pogoda sie urozmaicila o kilka chmurek. Dzien skrocil sie o 2-3 godziny
8.09
Jutro ostatni dzien podrozy koleja.
Wstalem z wyra na pierwszej stacji. Nawet nie wiem, ktora byla godzina. Na stacji zaczepili mnie poznani rowniez dzien wczesnej, w restauracji Polacy – Ania, Gosia i Piotrek. Ja jeszcze spalem dlatego ich przegapilem. Umowilismy sie, ze przyjda do naszego wagonu. Po wejsciu spowrotem, zostalem zaproszony na wodke, przez rosjan z poczatku wagonu. Wiele tego nie bylo wiec zaoferowalem sie, ze ja dokupie nastepna. Nie minela chwila jak dolaczyla do nas trojka Polakow z kolejna flaszka. Zabawa sie rozkrecila. Na kolejnej stacji do wagonu wsiedli Gruzini ze swoim specjalem – wodka z winogron. Impreza siegnela zenitu. W ogromnie wymieszanym miedzynarodowo skladzie, przy suto zastawionych stolikach, spedzilismy kilka niezlych godzin. Az nas prowadniczka nie rozgonila
9.09 Irkuck
Do stacji docelowej dotarlismy z samego rana – 4 czasu moskiewskiego, 9 lokalnego.
Na chwile obecna wiem jedno – przesadzilem wczoraj.
Jeszcze w pociagu Monika poznala jakiegos goscia dysponujacego busikiem i chetnego nas podwiezc do jej znajomego. Na szybko sie spakowalem i szybko wybieglismy z pociagu. Na chwile jeszcze wrocilem sie pozegnac z wszystkimi i ruszylem z Monika w Irkuck.
W tym miejscu naleza sie ogromne podziekowania dla moich towarzyszy tej podrozy, bez ktorych bylaby nieporownywalnie dluzsza i nudniejsza, zeby nie powiedziec bezbarwna.
A wiec Monika, Ania, Gosia, Piotrek – dziekuje.
Special greetings for Sonya and Nigel for unforgetable journey.

3.09 – 5.09 Moskwa

Do Moskwy zajechalem bardzo szybko i sprawnie.
Wczesniej był krotki pobyt we Lwowie, gdzie na dworcu w poczekalni spedziłem noc, bylem tez sie na chwile przejsc, ale jakos noca Lwow nie robi jakos nadzwyczajnego wrazenia.
Pociag moj ruszal o osmej rano i w sumie zaraz padlem, zreszta nie sam.
Do Moskwy zajechalem na rano, dnia nastepnego. W trakcie drogi mijalismy granice ukrainksko-ruska no i oczywiście celnikom nie spodobal sie moj paszport. Na szczescie wzieli go tylko na chwile i pociag mogl ruszyc dalej.
W Moskwie zaraz po dojezdzie udalem sie szybko zakupic bilety na dalsza podroz. Zrezygnowalem ze stania w kolejkach na dworcu i udalem sie do agencji, ktora miala niby pobierac tylko 2 dolary prowizji – wiec czemu nie. W agencji udalo mi sie porozumiec troche po angielsku, troche po rusku, a troche po polsku, ale efekt mnie satysfakcjonowal. A wiec – piatego mam pociag do Irkucka, gdzie mam byc dziewiatego. Z Irkucka ruszam dalej do Wladywostoku 11tego. Cena w sumie 5071 rubli i oczywiscie prowizja okazala sie wieksza i zaplacilem jej nie dwa dolary, a 10 dolców.
Po biletach czas zalatwić spanie – kuria kosciola katolickiego – bez problemu.
Chwile po tym jak sie rozplaszczylem, uderzylem w miasto. Dzien pierwszy w moskwie to w sumie tylko plac czerwony. Chwile posiedzialem, wypilem piwko i juz byl wieczor i czas wracac.
Dzien drugi zaczalem rowniez od placu czerwonego i katedry św. Bazylego, ktor dzien wczesniej byla juz zamknieta, a ktora strasznie kojazy mi sie z wielka porcja lodow. W srodku w sumie nic specjalnego.
Nastepnie czas zwiedzania metra. Niby nic, ino metro- ale nie w Moskwie. Obejrzenie wszystkiego co warte (a warte), zajelo mi ponad 3 godziny. Moskiewskie metro budowane za czasow Stalina, to piekny obraz budowniczych socjalizmu. Ale przyznac trzeba, ze stacje sa sliczne i robia duze wrazenie. Zmeczony i zglodnialy poszedlem cos przekasic i napic sie przed plac czerwony, gdzie znalezienie jakiegokolwiek miejsca do siedzenia, z oparciem, zajelo mi dobre parenascie minut.
Na farze bylem juz po 10tej i zeby wejsc musialem pobudzic kilku ludzi.
Dzien ostatni w Moskwie, zaczalem bardzo leniwie. Pozno wstalem i po spakowaniu sie, udalem sie na internet. Cena 200 rubli za 2 godziny – a niech ich szlag. I nie dosc ze drogo, to w dodatku bez USB, a co gorsza nie otwiera sie strona mojego hosta (cenzura w Rosji ciagle dziala), wiec wlasciwie po sprawdzeniu maili nic do roboty nie mialem.

Pod wieczor udalem sie powoli na dworzec Jaroslawski skad za kilka godzin odjezdzam pociagiem BAJKAL do Irkucka.