Archive for Październik, 2007

23-25.10 Chiny – Dandong, Chengde, Tianjin.

23.10
Z samego rana dnia 23ego pazdziernika, roku panskiego 2007ego, lajba zawinela do portu Dandong, ktory jak mi sie pozniej przyszlo dowiedziec od Dandong jest oddalony o jakies 40 kilometrow. Wlasciwie to nawet nie byl port, a jakis opuszczony dok. Chwile po zacumowaniu, podjechaly autobusy i zabraly cala zgraje chinczykow, koreanczykow i jednego bialasa-polaka do terminalu. Odprawa przeszla bez zadnych problemow.
Wychodze z terminalu, obskoczylo mnie kilku taksiarzy. Nie dziekuje – ide dalej. Tylko gdzie tu dalej isc. Dookola same pola i doki. W koncu dcyduje sie na busika/taksowke. Koles chce 80 juanow – chyba oszalal. Prubuje negocjowac – bez rezultatow. Jednoczesnie musialem mu jakos wytlumaczyc, ze tak wlasciwie nie mam ani jednego chinskiego grosza (fena) przy sobie. I to wszystko po chinsku. Jakos zalapal. Jedziemy. Dojezdzamy do miasta, nastepnie do banku. Wonow nie przyjmujemy – obwiescila pani w okienku. Taksiarz (dobrze, ze byl ze mna) wypytal gdzie moge zamienic i zaprowadzi mnie do knajpy gdzie z pod stolika babka wyciagnela kasa i wymienila moje wony na juany. Dziekuje kolesiowi i juz chce placic, a on mi cos ze to nie to, i ze mnie na dworzec. Ok. Jedziemy i jedziemy. Po ponad pol godziny dojezdzamy w koncu na dworzec kolejowy w Dandong. Koles do mnie ze za wszystko w sumie 150 juanow. Ja w smiech (a nie bylo mi zbytnio do smiechu), po kilku chwilach on w smiech. Stanelo na stowie. Te dodatkowe dwie dychy to za podwoz pod bank. W sumie po zastanowieniu zasluzyl sobie. Zabral mnie na dworzec i juz chcial kupowac mi bilet do Pekinu, kiedy podchodzi do mnie koles, z pytaniem czy nie potrzebuje pomocy. Zaczynamy gadac. Koles, Near, pochodzi z Hawajow, a wlasciwie z Palau (blisko nieprawdaz) i podrozuje po Chinach od szesciu miesiecy, niezle sobie radzac po Chinsku. W koncu decyduje sie z nim jechac do Chengde. Przekonal mnie, pokazujac zdjecia, ze na pobliskie ruiny muru chinskiego nie warto jechac. Drogo wychodzi dojazd, a jest tam tylko sterta kamieni, za ktora dodatkowo kaza placic za wejscie. Troche szkoda bo to sam koniec muru chinskiego, przy samej granicy z Korea Polnocna, ale cuz trzeba czasem podejmowac takie decyzje i rezygnowac z niektorych zeczy.
Pokrecilismy sie troche po okolicy, odwiedzajac kafejke internetowa i po poludniu bylismy spowrotem na dworcu.
Pociag, kalsa hard seater (zwykle miejsca siedzace), 17 godzin drogi przed nami. W wagonie bylismy jedna z glownych atrakcji, ale bez zadnych nachalnosci. Udalo sie nawet zdrzemnac.

24.10
Okolo czwartej rano wysiedlismy z pociagu. Ciemno, mglisto, pizdzi i wlasciwie nie mamy gdzie isc. Taksowka do najblizszej kafejki internetowej (pozniej sie okazalo ze najblizsza byla nie pol godziny jazdy, a 100 metrow od dworca – no co ciemno bylo) gdzie przesiedzielismy do dziewiatej. Godzina netu 1 juan – wiec mozna siedziec, a przy okazji moglem wrzucic zdjecia z Korei do galerii.
Nastepnie udalem sie w koncu zgolic glowe. Juz nie moglem patrzec na moje wlosy. Ciecie szybko sprawnie i za jedyne 5 juanow. Kolejno udalem sie (sam bo Near byl zmeczony i wrocil do kafejki internetowej na drzemke) obejrzec park cesarski. Wjazd 6 dych, nie szlo wysepic zadnych znizek, a dookola dwumetrowy mur. Park bardzo atrakcyjny, bardzo duzo w nim pawilonorw, kilka swiatyn i pagod, ogolnie warto (choc cena moglaby byc nizsza).
Po obejsciu wrocilem po Neara i poszlismy cos zjesc. Na kolacje smazony ryz i pierozki. Nazarlem sie do syta i to za jedyne 7 juanow (w koncu sie doczekalem dobrego zarcia za dobra cene). Wieczorem pojechalismy na dworzec, zeby nocnym pociagiem zajechac do Tianjin. Tym razem wzielismy klase sleeper (kuszetka). Tak jak sie polozylem tak zasnalem.

25.10
W Tianjinie bylismy nad ranem. Szybkie sniadanko w jakims pobliskim barze i udalismy sie, do kasy biletowej, zebyzakupic dalszy przejazd – ja do Pekinu, Near do Qingdao. Ja dostalem bilet bez problemu. Pociagi do Pekinu odjezdzaja prawie co dwie godziny, nowym wygodnym skladem. Po bilet Neara musielismy sie udac na drugi koniec miasta na dworzec autobusowy.
Po zakupie biletu udalismy sie na stare miasto. Bardzo ladne nastrojowe uliczki. Nastepnie poszlismy w kierunku meczetu majac nadzieje na jakies muzulmanski stragany z jedzeniem. Po drodze zatrzymalismy sie na chwile przy starym meczecie. Przesliczny budynek, ale strasznie zaniedbany. Przy glownym meczecie udalo nam sie znalezc kilka straganow z szaszlykami. Pojedzeni wsiedlismy szybko w taksowke na dworzec kolejowy. Nie przewidzielismy tylko jednego, ze jest to duze miasto i sa straszne korki. A na dodatek po jakims czasie kaplismy sie ze koles nas wozi troche dookola. Oczywiscie sie spoznilem. Wkurzeni wysiedlismy z taksowki i udalismy sie po nowy bilet. Na szczescie nie byl konieczny. Wystarczylo zamienic na aktualny i wsio.
Jako ze mielismy jeszcze troche czasu poszlismy jescze na kawe, a nastepnie juz o czasie na dworzec. Tam sie pozegnalismy i ja wsiadlem do pociagu, a Near pojechal na dworzec autobusowy.
W pekinie bylem godzine pozniej.

18-22.10 Jeonju, Seul

18.10
Do Jeonju zajechalem dosc sprawnie. Wysiadlem z autobusu i … no wlasnie co tu robic. Gdzies tam od kogos uslyszalem, ze jest tu ladnie, ze to stara stolica i takie tam. Poszedlem do biura informacji a tam mnie od razu wyslali do starej wioski Jeonju Hanok Village, tak jakby to bylo jedyne miejsce godne uwagi. Pytam sie jeszcze o jakis tani nocleg. Brak. Ok to ide zobaczyc Hanok. W sumie nic specjalnego, kilka starych budynkow, reszta odnowiona, bardzo ladna brama wjazdowa. Polazilem troche, az zrobilo sie ciemno. Trzebaby postanowic co tu dalej robic, gdzie spac, no i cos zjesc. Wpadlem na pomysl zeby dzien wczesniej uderzyc do Seulu. Poszedlem na dworzec autobusowy i okazalo sie ze sa jeszcze bilety. Gitara. Poszedlem na kolacje i najedzony wsiadlem w autobus do stolicy korei.
Po przyjezdzie odnalazlem jimjibong (saune z mozliwoscia nocowania) i po wymoczeniu sie w basenie, poszedlem spac.
19.10
Wstalem kolo 10tej, na zewnatrz leje. Wsiadlem w metro i prosto do guest hausu zabukowanego dzien wczesniej. Na miejscu wypilem dwie kawki, posiedzialem na necie i kolo 4tej poszedlem sie przejsc po miescie. Centrum robi wrazenie. Ladne, duze, zywe miasto. Kupe straganow z jedzeniem. Pokrecilem sie do wieczora, az mi sie zimno zrobilo, poszedlem zasilic zoladek ulicznym jedzonkiem, prubujac po trochu z kilku straganow i wrocilem do hostelu.
20.10
Znow pozna pobudka, kawa, kilka drozdzowek, znow na dworze pizdzi. Na dzis zaplanowalem sobie troche zwiedzania – do zobaczenia wybralem dwa palace i muzeum wojny. Ale zanim sie zebralem bylo juz popoludnie. Doszedlem do palacu Changdeokgung i nie wszedlem do srodka. Mozna tylko z grupa i przewodnikiem. A nastepna wchodzi o 15.30, wiec mialem jeszcze godzine. Poszedlem zatem do drugiego palacu, tam to samo. Pokrecilem sie troche po okolice, odnajdujac jednoczesnie ambasade Polski i wrocilem, zeby zalapac sie na grupe. Na teren palacu weszlismy dosc liczna grupa i nastepnie podazalismy grzecznie za przewodniczka. Czulem sie jak na wycieczce szkolnej. Kompleks swoja droga bardzo ciekawy, kilka ladnych pawilonow, rownie ladny ogrod (choc do japonskich sie nie umywa – po prostu inny). Wycieczka sknczyla obchod palacu juz po 17tej wiec nic wiecej tego dnia nie zobaczylem. Spotkalem natomiast trojke polakow. Wchodzili ta sama grupa do palacu. Mimo, ze bylem spragniony rozmowy w rodzimym jezyku, jakos nie podszedlem do nich zagadac. Nie wiem czemu ale jakos mi nie wygladali na zainteresowanych.
Po palacu, zmarzniety (dobrze, ze zdecydowalem sie zalozyc kurtke), obszedlem kilka straganow z jedzeniem. Na jednym dostalem tak pikantnego szaszlyka, ze mnie pozadnie wypalil. Odwyklem od ostrego jedzenia. Sprzedawcy mieli ubaw widzac jak mi lzy ciekna. Po kilku innych straganach wrocilem do hostelu, wipilem kika herbat i kaw, posiedzialem troche na kompie i poszedlem spac.
21.10
Dzien wyborow. I znow kawa i drozdzowki- od jakiegos czasu moje ulubione sniadanie. Udalem sie do palacu Gyeongbokgung, pominietego dzien wczesniej. Tutaj tez mozna bylo zwiedzac z przewodnikiem, choc nie trzeba. Dzien wczesnie zle spojrzalem na godziny oprowadzania darmowego przewodnika i mialem godzine czasu do wejscia. Poszedlem wiec spelnic moj demokratyczny obowiazek i udalem sie do ambasady oddac glos. W ambasadzie nie bylo wielu ludzi, jak sie pozniej dowiedzialem w Seulu do glosowania zglosilo sie jedynie 98 osob. Chwile zamienilem kilka slow z kilkoma osobami, pracujacymi dla samsunga i przywitalem sie z jakas szycha, moze nawet samym ambasadorem. Jak wszedl to od razu skupil cale zainteresowanie wszystkich na sobie. Podalem mu reke przedstawilem sie grzecznie i wyszedlem, na dalsze zwiedzanie.
W koncu udalo sie wejsc na teren palacu. Tym razem grupa liczyla 6 osob. Przewodniczka orowadzila nas po calym kompleksie, a pozniej jeszcze samemu troche polazilem, wchodzac miedzy innymi do, znajdujacego sie na terenie palacu, muzeum etnograficznego. Kilka ciekawych eksponatow historycznych oraz kulinarnych – pokazany byl caly proces wyrobu kimczi wraz ze skladnikami potrzebnymi do przygotowania tej narodowej potrawy.
Z palacu udalem sie szybkim krokiem do muzeum wojny. I szkoda, ze zaszedlem tam tak pozno bo jest co ogladac. Niby mialem cala godzine na obejscie, co normalnie starcza, ale nie w tym przypadku. Mase eksponatow i projekcji z wojny polnocy z poludniem z 1950tego roku, ale rowniez innych historycznych wojen koreanskich. A przed muzeum na dziedzincu wystawione sa czolgi, mysliwce, bombowce i inny sprzet bioracy udzial w wojnie z polowy ubieglego wieku. Naprawde warto tam spedzic czas.
Z muzeum juz metrem, nie piechty wrocilem do hostelu. Jeszcze tylko kilka straganow zaliczyc i mozna isc spac.
22.10
Dzis ostatni dzien w Korei. Po opuszczeniu hostelu, wsiadam w metro prosto do Incheon, skad odplywaja promy do Chin. I znow, podobnie jak w Shimonoseki w Japonii, przybywam za piec minut odjazd – dokladnie za pol godziny. Kasjerka nawet powiedziala zamiast have a nice day – please hurry up. Szybka odprawa i jestem na promie. Chyba ostatni prom w mojej podrozy, chyba ze mi cos jeszcze do lba wpadnie. I chyba najgorszy, biorac pod uwage cene, czas plyniecia i komfort.
Jutro rano Dandonng w Chinach

12-17.10 Gwangju

12.10
W rytmie comy zajechalem do Gwangju gdzie Brian juz na mnie czekal. Po rozpakowaniu i prysznicu uderzylismy w miasto. Wpierw poszlismy do kumpla Briana – Stu, a po chwili poszlismy na kolacje – tradycyjny koreanski gril – pycha ale troche malo. Po zasileniu zoladkow, lazilismy od baru do baru, gdzie poza koreanskimi browarami, poznawalem coraz to kolejnych znajomych Briana. Do domu wrocilismy nad ranem.
13.10
Leniwie wstajemy i po sniadaniu udajemy sie do sauny. Koreanskie sauny to cala instytucja. Jest ich pelno, sa tanie i czesto zatloczone (nasza na szczescie byla pusta). Wchodzi sie do budynku sauny, zostawia wszystkie rzeczy i ciuchy w szafce i idzie sie do wlasciwego pomieszczenia z sauna. Z tym, ze tam jest nie tylko sauna, a wlasciwie powinienem powiedziec, ze typowa sauna to tylko jedna czesc. Po wejsciu trzeba sie dokladnie umyc, a nastepnie zaczac delektowac kilkoma rodzajami basenow, biczow wodnych, masazy no i sauna (kilka osobnych pomieszczen z roznymi temperaturami). Bylo super.
Po saunie pojechalismy na festiwal latarni do Jinjoo, dwie godzinki autobusem od Gwangju. Dojechalismy okolo 19tej. Na miejscu czekala juz reszta ekipy. W sumie bylo nas 14, towarzystwo mieszane narodowosciowo z przewaga anglosasow. Sam festiwal odbywal sie nad rzeka gdzie plywaly kolorowe, latarnie. Po chwili ogladania latarni, uderzylismy cala paczka do restauracji, na swinie z rusztu. Bylo smacznie, choc malo tego bylo. Na dokladke sprobowalem wraz z kilkoma innym (nie wszyscy sie odwazyli) miesa wieloryba. Nic specjalnego. Posiedzielismy kilka browarkow dluzej. Ja w miedzyczasie probowalem poznawac wszystkich, zamieniajac z kazdym kilka slow. Co jakis czas tylko ktos opuszczal towarzystwo. Po jakims czasie udalismy sie na karaoke. I znow musze przyznac ze bylo zarabiscie. Zabawa skonczyla sie kolo czwartej. Rozeszlismy sie do moteli. Ja z Brianem nie mielismy zadnego noclegu jeszcze, ale zostalismy zaproszeni na ogladanie polfinalu mistrzostw swiata w rugby – Anglia kontra Francja. Mecz wytrzymalem tylko do polowy, pozniej padlem. Zreszta nie tylko ja, wszyscy padli, procz Briana, on ogladal do konca.
14.10
Wstalismy kolo osmej i poszlismy prosto na autobus do Gwangju. Po przyjezdzie poszlismy spac. Ja w sumie nie zasnalem, ogladalem telewizje – jakies filmy i fusbal oraz basebal. Niedziela byla leniwa. Nic w planie nie bylo, na nic nie mielismy ochoty. Wieczorem spotkalismy sie ze Stu i Julie i poszlismy razem na szabu-szabu. Potrawa w sumie japonska, ale w koreanskim wydaniu. Pycha i nawet nie drogo. Po powrocie puscilismy sobie jeszcze mecz hokeja NHL.
15.10
Po szybkim sniadanku, udalem sie z Brianem do jego szkoly. Budynek wcisniety gdzies miedzy bloki, ciezko znalezc. Szkola prywatna, niewielkie klasy. Zajecia prowadzone z ksiazki, wlasciwie nie potrzeba do tego nativ speakerow, ale widocznie tak ma byc – lepiej dla dzieciakow. I dla nauczycieli takich jak Brian i Stu – prosta robota i niezla kasa. Dzieciaki jak dzieciaki, rozwrzeszczane, jedne mniej, inne bardziej bystre.
Posiedzialem chwile i pojechalem na krotka wycieczke zobaczyc cmetarz ofiar demokratycznego powstania z 18 maja 1980 roku. Protest studentow przeciw autokratycznym rzadom przyniosl wiele ofiar, ktore bez rozpoznania i godnego pochowku zostaly wywiezione poza miasto. Cmetarz jest dosc kawalek poza miastem. Zlapalem busa i po chwili (dluzszej chwili) bylem na miejscu. Miejsce dosc rozlegle i robiace wrazenie. Spedzilem tam troche czasu i wrocilem do miasta. Bilet kosztuje 1000 wonow, a ja mialem cala dyche. Daje kolesiowi i zaznaczam ze to dycha. On ok, ale reszty mi nie daje. Ja mu na to, po koreansku, ja dalem 10000, ty mi 9000 prosze dac. A on mi wyciaga kartke i daje jakis numer, zebym zadzwonil. No to powtarzam to samo, pomagajac sobie gestykulacja i kartka papieru. W koncu zalapal. I co zrobil, wyciagnal i dal mi cala dyche, nie chcac reszty. Wszystko sie odbywalo przy pelnym autobusie, na przystanku i w dobrej atmosferze z usmiechem (choc przyznam ze z poczatku nie bylo mi do smiechu). Brian zlapal mnie po drodze i poszlismy do baru, gdzie wczesniej siedzial ze znajomymi.

16.10
Kolejny dzien w Gwangju. Wstaje dosc wczesnie, bo kolo 9tej i jade do swiatyn Unjusa, jakies 40 km od miasta. Nie jest to typowe miejsce ze swiatyniami, jest to wlasciwie park z setkami kamiennych pagod i posagow budd. Na miejscu przywitalo mnie kilkaset dzieciakow. Bylem tam jedyna atrakcja. Obskoczyly mnie ze wszystkich stron. Niektore zadawaly proste pytania po angielsku, typu jak masz na imie, skad jestes, itp. Nie umialy tez sie nadziwic dlaczego mam takie owlosione rece (choc wcale az tak bardzo owlosione nie sa). Sam park byl bardzo ciekawym miejscem. Kiedy udalo mi sie oddalic od dzieciakow, wszedlem na szlak, prowadzacy na gore skad rozciaga sie piekny widok na kompleks. Polazilem troche i wsiadlem w busa powrotnego do miasta. Dzis bez przygod, choc malo co bym nie przespal przystanku. Wieczorem udalem sie jeszcze Brianem na bilard. Wrocilismy pozno, lekko wstawieni.
17.10
Dzis pobudka pozno, wlasciwie juz popoludniu. Wypilem kawe i udalem sie na miasto. W planie stadion z mistrzostw. W drodze na stadion pomylilem autobus i zamiast na poludnie pojechalem do zachodniej czesci miasta, a jest ono dosc spore. Stadion nie jest duzy ale bardzo ladny. Udalo mi sie nawet dostac na plyte – jedna brama byla otwarta. Po stadionie pospacerowalem do parku 18 maja (upamietniajacego te same wydarzenia co cmetarz odwiedzony przeze mnie dwa dni wczesniej). W parku jest kilka swiatyn i trzypietrowy pawilon z ktorego jest bardzo ladny widok na czesc miasta.
Z parku pojechalem prosto do domu. Dolaczyl do nas Stu i przy pizzy (nie do wiary jak przez te poltora miesiaca stesknilem sie za pizza) obejrzelismy sobie kolejna rozgrywke NHL.
Jutro z rana zbieram sie do nastepnego miasta, opuszczajac tym samym Briana. Dobrze mi tu, podladowalem baterie i nie moge sie juz doczekac Chin. Innym powodem (poza odpoczynkiem i podladowaniem baterii) bylo zahaczenie sie w jednym miejscu i zaczekanie na niedziele 21.10 – czyli dzien wyborow w Najjasnieszej Rzeczpospolitej. Tak 21go jestem umowiony z urna wyborcza w ambasadzie RP w Seulu. Tym razem nie przegapie wyborow i nie odpuszcze co poniektorym, korzystajac z tego przywileju jaki demokracja daje (mam nadziej ze nie traci to zbytnio populizmem i ciekim patosem)

10-12.10 Korea – Busan, Gyeongju

10.10
Z biletem na prom nie bylo zadnych problemow. Wsiadlem cieszac miche tak samo jak wtedy we Wladydostoku. Nie to zebym sie cieszyl, ze opuszczam Japonie, ale raczej swiadomosc rozpoczecia kolejnego etapu, tak mnie ucieszyla. Na promie bez ekscesow. Ostatnie jeny wydalem na piwo. Szybko poszedlem spac.
Z kraju krzaczkow przenioslem sie do kraju kwdaratow, kolek i kresek. Po przybyciu do Busan udalem sie prosto do biura informacji turystycznej, a nastepnie do hostelu. Zostawilem rzeczy, wypilem herbate i udalem sie cos zjesc. Ze zdjecia w knajpie wybralem jakas potrawe, ktora pozniej okazala sie byc makaronem z owocami morza w sosie paprykowym. Ostro. Nawet bardzo. Ostatnio odwyklem troszke od ostrego jedzenia – w Japonii nawet musialem sobie doprawiac niektore potrawy. Ale smaczne i tanie. Jedyny problem to metalowe paleczki, wszystko sie wyslizguje. Trzeba sie bedzie nauczyc.
Nastepnie wybralem sie na spacer po Busan. Z mapy wydawalo sie calkiem niedaleko, w rzeczywistosci przez wieksza czesc drogi w ogole nie wiedzialem gdzie jestem. Celem miala byc plaza, z widokiem na most podobny do tego z San Francisco. Po tym jak sie gdzies potracilem, w jakis sposob udalo mi sie znalezc droge. Ludzie mi raczej w tym nie pomagali, nikt z zapytanych o droge nic nie rozumial i ani troche nie gadal po angielsku. W koncu po ladnych kilku kilometrach dotarlem do mostu. Busan jest dosc bardzo rozleglym miastem, na dodatek poprzecinanym gorami i kanalami. Do plazy zostalo mi jeszcze jakies dwa kilometry na ktore kompletnie nie mialem ochoty. Chwile popatrzylem, wskoczylem w metro i prosto do hostelu.

11.10
Wstalem zrobilem se tosty, kawe, dokonczylem galerie zdjec z Japonii i byla juz 12ta. Nie chcialo mi sie nic robic. Ani lazic po Busan, ani jechac dalej. W koncu zmusilem sie do pojscia na targ rybny. W Busan jest najwiekszy w calej Korei. I istotnie jest duzy. Jest tam chyba wszystko co morze dac moze. Polazilem pomiedzy straganami z najrozniejszymi rybami, wegorzami, osmiornicami, krabami, krewetkami, matwami, malzami itp, wszystko swiezutkie – albo jeszcze plywa, albo juz nie, albo wlasnie sie wykrwawia, w konu zdecydowalem sie na specjalnosc Busan – wegorza z grila. Calkiem niezly. W koncu wsiadlem w metro i busa do Gyeongju. Miatso bylo kiedys stolica jakiegos krolestwa i jest niby tym dla Korei, czym Kioto dla Japonii.
Po dojezdzie okazalo sie niewielkim miastem z rozrzuconym swiatyniami i gobowcami po okolicy. Jakos mam juz przesyt swiatyn i nie mam zamiaru odwiedzac wszystkich. Wybieram te najwazniejsza i zostawiam ja na nastepny dzien. Dzis szwedam sie po okolicy hostelu. Nic specjalnego. Zdjec tez mi sie juz nie chce robic. Wyrazny spadek formy. Wczodze obejrzec trzy stare pawilony i staw i ide na jakas koacje. Padlo na kregoslup wolowy w zupie, a dodatkowo dostalem ryz, kimczi i kilka innych przystawek. W sumie najadlem sie.

12.10
Wstaje dosc wczesnie, czeka mnie wyjazd do swiatyni Bulguksa, oddalonej o kilka kilometrow od centrum, a pozniej przejazd do Gwangju gdzie ma na mnie czekac Brian. Wsiadam w autobus miejski i jade, i jade w autobusie pelnym dzieciakow, wsrod wrzaskow czasem przypominajacymi te zaslyszane w hentaiach. W koncu pytam sie kolesia gdzie ta swiatynia. Okazalo sie, zesmy juz ja dawno przejechali i wlasnie wracamy do miasta. Na szczescie stracilem tylko czas (ktorego na nieszczescie za wiele nie mam), koles okazal sie na tyle spoko, ze zaprowadzil mnie do nastepnego autobusu, powiedzial kierowcy, ze ja juz placilem i zeby mi powiedzial gdzie wysiasc. Druga proba, okazala sie juz udana. Na teren swiatyni wchodze w asyscie kilkuset dzieciakow. Na miejscu kolejne kilka tysiecy bachorow. Co trzeci do mnie macha i wola hello. Na szczescie mam lepszy humor i mi to nie przeszkadza. Laze szybko dookola, robie szybkie foty. W pewnym momecie jakis dzieciak, oburzony, zwraca mi uwage na napis no foto. Ok, tyle ze w swiatyni obok przy takim samym napisie urzadzaja sobie cale sesje zdjeciowe. Nic spadam. Wsiadam w busa, dojezdzam do miasta i wiadam w nastepnego busa do Gwangju.

7-9.10 – Himeji, Okayama, Hiroshima i Shimonoseki

7.10
Do Himeji docieram z samego rana. Udaje sie prosto na zamek. Kupuje bilet laczony na zamek i ogrody, zostawiam plecak w szafce i wchodze. Jakos nie mam najlepszego dnia. Zamiast cieszyc sie widokiem zamku wkurzam sie, ze tyle kasy na wszystko idzie, a przyeciez jeszcze kilka dni w Japonii zostalo. Denerwuje mnie to ciagle przeliczanie i wydawanie kasy w tysiacach jenow. Oczywiscie naiwnym byloby wczesniejsze myslenie, ze bedzie inaczej. Mimo to wkurza mnie to.
Zamek swoja droga jest ogromny i przepiekny. Obchodze go dookola, wchodze do srodka. Wewnatrz za duzo do ogladania nie ma, podobnie jak w Matsumoto – kilka wystaw i to wszystko. Wychodze ide do ogrodow. Ogrody sa przepiekne. Staje sie juz pewnie nudny z tymi ogrodami, ale co zrobic podobaja mi sie i nie ukrywam, ze byl to jeden z powodow odwiedzenia Japonii. Siadam przy stawie na jakas chwile i gapie sie na karpie. Jest ich mnostwo (ponoc 250), a kazdy innego koloru. Ide dalej. Namawiam samego siebie na filizanke zielonej herbaty. Miala to byc ta slynna ceremonia herbaciana, jednak bylo to bardziej nastawione na turystow. Babki w kimonach przynosza miseczke matchy (zielonej herbaty), kilka uklonow i po wszystkim. Po wyjsciu ide szybko na dworzec i prosto do Okayamy.
W okayamie spedze noc w hostelu, a pozniej, po obejrzeniu tutejszych slynnych ogrodow, bede musial podjac decyzje jak dalej jechac. Czy probowac stopa, zeby zaoszczedzic kasy, czy wsiadac w pociag i nocny bus prosto do Shimonosenki lub Fukuoki. Nie wiem, chetnie bym sprobowal stopa, ale to moze potrwac, a to sa duze koszty, a strasznie meczy mnie tutejsza drozyzna.
W hostelu poznaje Szkotke, Amerykanina i Koreanczyka, gadamy do poznych godzin, glownie wypytujac kolege z Korei jak jest u niego jakie sa roznice. Lance ze stanow ma podobna trase co ja – Japonia, Korea i Chiny, tak wiec mielismy wspolne
pytania.

8.10
Leje. Bedzie czeba jakos w deszczu obejrzec ogrod i spadac do Hiroshimy. Pociagiem. Kasa kasa, ale nie usmiecha mi sie lapac aut w deszczu.
Zjadlem sniadanie, ogolilem sie, deszcz ustal, humor mi sie poprawil. Pozegnalem sie z chlopakami i poszelem ogladac ogrod. Ogrod nie na darmo zaliczono do trzech najpiekniejszych w Japonii, choc jakakolwiek gradacja tutaj sesu nie ma. Japonskie ogrody sa piekne i tyle. Z ogordu poszedlem cos zjesc i na zamek. Do srodka wchodzic mi sie nie chcialo. Z zewnatrz, choc to replika, zamek bardzo ladny. Wchodzac na dziedziniec zamkowy, zalapalem sie na wesele. Wszyscy poubierani w tradycyjne japonskie stroje, przy odglosach bebnow. Robilo to niezle wrazenie.
Z zamku pomaszerowalem prosto na pociag do Hiroshimy i po niecalych trzech godzinach bylem juz na miejscu. Na kolacje wybralem specjalnosc miasta – specjalna ichniejsza odmiane okonomijaki – pyszne. Poszedlem nastepnie do Parku Pokoju – miejsca nad ktorym wybuchla bomba atomowa. Byl juz pozny wieczor, wiec w zupelnej samotnosci i spokoju moglem obejsc wszystkie pomniki. Poszwedalem sie troche po czym zasnalem gdzies na lawce.

9.10
Rano obszedlem jeszcze raz park i udalem sie do muzeum upamietniajacego tamte wydarzenia. Przez caly czas zastanawialem sie jak sami japonczycy podchodza do tego co sie wtedy stalo, czy i w jakim stopniu widza swoja wine. W muzeum w kilku miejscach bylo napisane, ze to Japonczycy zaczeli wojne na pacyfiku, ale odczulem tez, ze obwiniaja Amerykanow. W muzeum tez byla grupka starszych Amerykanow, pamietajacych czasy wojny. Ciekawie sie sluchalo ich uwag i pogladow, a takze wspomnien co poniektorych. Krzatajac sie po parku zauwazylem ze w budynku z informacja turystyczna, ktory tez znajduje sie w parku, jest souvenir shop. Nie dawalo mi spokoju jakiez to suweniry w miejscu detonacji atomowki mozna sprzedawac, totez podazylem tym tropem. Tym ktorzy sie spodziewali jakichs rewelacji ala szczatkow, czy np napromieniowania malego palca za jedyne 500 jenow, musze rozczarowac – poza t-shirtami, ciastkami, dlugopisami i temu podobnym, nic ciekawego nie zauwazylem.
Nastepnie wsiadlem w pociag prosto do Shimonoseki skad mam nadzieje wyplynac do Korei. Po dotarciu do Shimonoseki dokonalem czynu, w niektorych kulturach karalnego, a mianowicie przeszedlem szybko przez bramke nie regulujac opaty za bilet. Sprawa z biletami kolejowym ma sie nastepujaco: podchodzisz do automatu, wrzucasz kase i wyciagasz bilet. Jak nie wiadomo ile bilet kosztuje wrzuca sie dowolna kwote wybiera sie dowolny bilet, a na dworcu docelowym reguluje sie oplate. Kolo z okienka byl tak zajety rozmowa z jakims pasazerem, ze nie zauwazyl, ze moj bilet jest o polowe tanszy niz powinien byc. Traktuje to jako prezent pozegnalny od Japan Rail i drobna rekapensate tych drozyzn.
Po wyjsciu z dworca udalem sie szybko do przystani promowej. Sa miejsca – sa – to prosze. I tak sie wlasnie konczy japonski etap mojej podrozy.

Japonia jest niesamowicie cudownym krajem. Wszystkie moje oczekiwania sie spelnily z nawiazka. W sumie spedzilem tu 3 tygodnie, wiec nieco dluzej niz myslalem. Pogoda mi dopisywala, z malymi wyjatkami, jedzenie jest pyszne, w zabytkach i atrakcjach mozna przebierac do woli i tylko koszty stanowia jakas bariere. W sumie wydalem 125000 jenow, co jak na trzy tydnie jest chyba niezlym wynikiem. Podrozowanie po Japonii nie sprawia zadnych problemow. Jest bardzo bezpiecznie, a i z jezykiem nie ma problemu. Wszystkie stacje kolejowe, wazne miejsca czy atrakcje turystyczne sa podpisane po angielsku, a ludzie tez chetnie pomagaja. Czasem idzie wyczuc pewien dystans miejscowych wobec gaijinow, ale w wiekszosci ludzie sa bardzo sympatyczni i skorzy do pomocy, nawet jak nie znaja angielskiego. Japoneczki specjalnie ladne nie sa, moze z wyjatkiem Tokyo, ale sa niesamowicie slodkie i urocze.
Wroce tu, jestem tego tak pewien, jak tego, ze slonce wschodzi, a na wiosne wisnie zakwitaja.

2-6.10 Kyoto

2.10
Do Kyoto zajechalem juz wieczorem, tak ze zostalo juz mi tylko cos zjesc i ewentualnie poszlajac sie po miescie noca – na co ochoty nie mialem. Posiedzialem na kompie troche, wypilem piwko i poszedlem grzecznie spac.

3.10
Wstalem niezbyt wczesnie bo po jedenastej, zanim cos zjadlem i wypilem kila kaw, ktore akurat w tym hostelu sa za darmo, minelo troche czasu. Stwierdzilem, ze zrobie sobie lajtowy dzien i poszedlem na spacer po okolicy. Na pierwszy rzut poszedl zamek Nijo. Calkiem fajny z zarabistym ogrodem. Nastepnie udalem sie do parku cesarskiego. Niestety publiczna czesc parku jest kompletnie niespecjalna, a na ogladanie palacu i ogrodow trzeba sie umowic i dostac zezwolenie. Zostawie to sobie na piatek. Poszedlem nastepnie do starej dzielnicy kupieckiej, gdzie mialy sie gejsze krecic. Niestety gejsz brak. Polazilem wiec, krecac sie bez celu, az zglodnialem. Wzucilem dwie miski ryzu z miesem do zoladka i wolnym krokiem udalem sie do hostelu.

4.10
Mam ambitny plan zwiedzenia polowy Kyoto – dzisiaj. Budzik dzwoni juz o osmej. Dostaje jednak w leb i wylacza sie. Wstaje godzine pozniej niz planowalem, o dziewiatej. Jem szybkie sniadanie i ruszam w droge. Wpierw jednak musze rozwiazac maly problem. Karta pamieci w aparacie jest juz pelna, a komputery w hostelu to maci, ktore nie toleruja mojego dysku. Musze isc do kafejki. Wybieram taka w miare po drodze i po pol godzinnym kopiowaniu, moge ruszac zwiedzac. Na pierwszy strzal idzie najwyzsza w Japonii pagoda, niestety za podejscie blizej niej zycza sobie 600 jenow. Dziekuje ide dalej. Kolejna swiatynia to Nishi-honganji , rzucam szybko okiem i ide dalej. Przemieszczam sie do wschodniej czesci Kyoto. Po drodze zauwazam maly sklepik z nozami. Zagaduje babke i dowiaduje sie, ze to reczna robota. Ogladam, ogladam, robie zdjecia. Kupuje miecz. Ide dalej. Odwiedzam kolejno swiatynie Kiyomizu, pagode Yasake gdzie spotykam dwie mlode gejsze i ide do swiatyni Kodaiji, gdzie spedzam wiecej czasu (i pieniedzy). Sliczny ogrod. Dalej udaje sie do swiatyni Chion-in niestety z okazji pazdziernika zamykaja wczesniej. I w ten wlasnie sposob planu nie uda sie zrealizowac. Wchodze jeszcze tylko zobaczyc chram Heian i jego ogordy, ktore wygraly nawet kilka nagrod w Japonii. Ogrod przepiekny. Spedzam w nim troche czasu, nie spieszac sie juz nigdzie. Wychodze. Powolnym krokiem ide do hostelu. Cos zjesc. Zrobic pranie. Wypic piwo. Spac.

5.10
Kolejny dzien pelny zwiedzania zaczynam o 9.30 w palacu cesarskim. Nie ma zadnych problemow z uzyskaniem zezwolenia, czysta formalnosc. Wchodzi sie grupa z przewodnikiem. Do samego palacu oczywiscie nie wchodzimy, ale i to kompleks robi wrazenie. Dla mnie perelka byly ogrody. Po palacu zdecydowalem sie wyrobic zezwolenie na drugi kompleks palacu cesarskiego – Sento. Mam byc na wpol drugiej. Prawie biegiem przenosze sie do swiatyni Nanzenji, oddalonej od palacu o kilka kilometrow. Dochodzac decyduje sie jednak zwolnic tempa kosztem palacu. Takie bieganie za duzo sesu nie ma. W swiatyni znow najwieksze wrazenie na mnie wywieraja ogrody. Obchodze spokojnym krokiem. Ogladanie swiatyni i ogrodow zajelo mi jednak tylko pol godziny. Zdaze do Sento. I zas prawie biegiem. Zdazylem. Kolejna grupa juz gotowa do wejscia. Tym razem wchodzi tylko 15 osob, a nie jak wczesniej kilkadziesiat. Caly kompleks dla kilku osob. Przepiekne ogrody.
Okolo 15 po chwili oddechu i kubku kawy w hostelu. Ide do zlotego pawilonu. Dochodze tuz przed zamknieciem. Ludzi mase. Znajduje chwilke zeby nacieszyc oko pawilonem i pedze do swiatyni zen – Ryoanji. Swiatynia glownie znana jest ze swojego ogrodu skal. Wchodze zaledwie pietnascie minut przed zamknieciem. Ludzi jeszcze troche bylo, ale wewnatrz i na balkonie na ogrod panowal calkowity spokoj. Posiedzialem chwile i powolnym krokiem kieruje sie w strone hostelu. Jeszcze kolacja i spac.
Nastepnego dnia w planie bylo opuszczenie wczesnym rankiem Kioto. Bylo bo, tak od niechcenia spytalem, czy maja w hostelu moze jeszcze jakies miejsca na sobote i okazalo sie, ze sa i to w dodatku za jedyne 9 dolarow. Tak wiec zostaje dzien dluzej.

6.10
Wstaje pozno, po jedenastej. Dzis robie sobie luzny dzien. Dzieki Simonowi w koncu moge zajac sie stronka i powrzucac zalegle relacje. Siedze na kompie do 15tej. Pozniej robie sobie spacer po wschodnim Kioto. Lajtowo, spacerkiem przechadzam sie po miescie, zagladam do swiatyn, spaceruje szlakiem filozofow. Zchodze do centrum. Tu odnosze wrazenie jakby cale kilkusettysieczne miasto plus goscie, wyszli wlasnie tu i wydaja kase w sklepach, barach czy klubach pachinko. Robie kolko i wracam do hostelu. Te wszystkie zapachy uliczne zrobily mi cholernego smaka i gloda. Udaje sie na yakitori – japonskie szaszlyki. Biore kilka, plus miska ryzu. Niby nie wiele. Rachunek 1600 jenow. Cholera duzo. Ale smak niesamowity. A ten sos….

p.s. Na Kioto trzeba przeznaczyc znacznie wiecej czasu niz te moje cztery dni. I znacznie wiecej pieniedzy. Na obejscie wszystkich swiatyn i chramow potrzebaby okolo 10 dni, a prawie kazde wejscie kosztuje od 400 jenow (przewaznie 500, 600). Ja zaledwie liznalem kilka ciekawych miejsc.

1-2.10 Ise i Nara

1.10
Na dzien dobry zostalem niezle wkuzony. Szafka okazala sie byc nie 24o godzinna, ale o polnocy zegar sie kasowal i kto co mial zamknietego musial doplacic zeby to wyciagnac, jak np. ja. Nastepnie ide do bramki, a tam moj biet, ktory kupilem dzien wczesniej, nie dziala. Podchodzi straznik i mowi, ze bilety sa tylko na dany dzien i nastepnego juz nie mozna go uzywac. Patrze na kolesia i uprzejmie mu przekazuje informacje, ze to jest bez sesu, a ode mnie ani jena nie dostana. Koles okazal sie nadzwyczaj kumaty, bo nie czekal az dodam: otwieraj ta bramke do cholery i wypisal mi jakis kwitek na ktorym moglem w spokoju przejechac. Dalej juz poszlo sprawnie.
Dojezdzam do Ise, ciagle leje. Plan prosty – oblatuje szybko swiatynie i jade do Nary. Ise jest znana w Japonii ze swiatyn shinto, jednych z najswietszych. Okazalo sie, ze sa tylko dwie (dwa kompleksy swiatynne), a na dodatek glowny gmach jest otoczony poczwornymi plotami i wlasciwie zobaczyc go nie idzie. Pierwszy kompleks, blisko dworca jest dosc kiepski, zeby nie powiedziec, ze rozczarowuje. Z koleji do drugiego juz warto isc, super ogrod i swiatynie jakby lepszej jakosci. Po wyjsciu ze swiatyni wszedlem do starej kupieckiej dzielnicy, gdzie cala zabudowa byla drewniana i pamietala dosc odlegle czasy – wyglada to super, kojazylo mi sie ze sredniowieczna japonia, jaka mozna od czasu do czasu zobaczyc na filmach. Po obejsciu, kieruje sie szybkim krokiem na dworzec i wskakuje do pociagu do Nary
W Narze jestem kolo czwartej. Na szczescie z noclegiem nie ma problemu – laduje w hostelu, troszke oddalonym od centrum i z jakimis klasztornymi regulami, typu 23 – gaszenie swiatla, 6.30 – pobudka, lazienka od 18 do 21. Zostawiam bagarze i ide sie przejsc. Swiatynie juz zamkniete, sklepiki tez juz sie zwijaja. Szwedam sie chwile, zjadam kolacje, jeszcze chwile ogladam swiatynie, ktore zostaly podswietlone i spadam do hostelu. Jestem padniety.

2.10
Na szczescie niekt nie probowal mnie obudzic o 6.30, bo kiepsko by sie to dla niego skonczylo. Wstac jednak i tak musze wczesnie, bo wypis z hostelu jest o 8.30. Zostawiam bagaz i ide ogladac. Po drodze jakies jedzonko. Wiekszosc najciekawszych swiatyn w Narze skupia sie w parku Nara-koen. Ide spacerowym krokiem od jednej swiatyni do drugiej. Z poczatku nic szczegolnego. Wybieram sie na najwyzszy szczyt w okolicy. Okazuje sie, ze gora jest otoczona plotem i trzeba zaplacic 150 jenow za wejscie. Nie wiem co mnie podkusilo, ale zaplacilem, a mozna w sumie bylo isc troche przez las omijajac bramki, a pozniej wejsc na szlak. Na bilecie, ktory dostalem pewnie jest napisane: naiwny glopek, albo cos w tym stylu. Dochodze prawie do szczytu, a tam kolejna budka straznicza i kolejny napis 150 jenow. Przechodze przez bramke, nie zatrzymujac sie tym razem. Nikt za mna nie wolal wiec chyba spoko. Widok z gory super, widac cala Nare, wiekszosc swiatyn. Spowrotem kieruje sie inna droga. Z poczatku droga tylko dla aut, pozniej skrecam gdzies w las. Jest jakis szlak wiec ide. Szlak sie jakby konczy, ale ide dalej. W koncu udaje mi sie wydostac z lasu i to wprost na swiatynie, ktora chcialem – Nigatsu-do. Tym razem swiatynia robi wrazenie. Jest duza, ladna, z pieknym widokiem z balkonu, mozna sie napic herbatki i to wszystko za free. Dalej kieruje sie do glownej atrakcji Nary – Todai-ji. Olbrzymia budowla cala z drena (jak mowi przewodnik – najwieksza w Japonii), w ktorej siedzi najwiekszy w Japonii budda z brazu. Robi to wszystko wrazenie – musze przyznac. Dalej ide juz tylko pod piecio i trzy kondygnacyjna pagode. Nastepnie po plecak i w droge do Kyoto.