Archive for Listopad, 2007

28.11 – Dali

Dokladnie nie jestem pewien ile juz siedze w Dali, gdzies sie po drodze zagubilem w czasie. Pasowaloby sie ruszyc z miejsca i poddac dalszej eksploracji. Dali jakies specjalne nie jest. Kolejne stare, lub starowygladajace, miasteczko, pelne turystow. Milo sie tu siedzi, popija piwko w towarzystwie roznych dziwnych ludzi. Dzis przyjechalo kolejnych kilkoro poznanych wczesniej w Lijang. W ogole jestem w dziwnym hostelu gdzie koty sa trzymane w klatce (bo poluja), a psy na dachu (nie udalo mi sie dowiedziec czemu), a oprocz tego jest sliczniutka obsluga. Towarzystwo zagraniczne, niechinskie, zagraniczne puby z normalna muzyka i europejskie zarcie (choc nie wiedzac czemu trzeba czekac na nie szmat czasu – ok godziny na pizze lub zwyklego hamburgera) przyblizaja troche do domu i ogolnie umilaja czas.
Nie chce mi sie juz jezdzic po Chinach. Nie zebym jakos nie lubil tego kraju, ale pizdzi za bardzo, a nie lubie jak mi jest zimno. Opcje sa dwie. Opuszczam Chiny i jade do Wietnamu, z mysla ze bede w chinach na wiosne, w drodze powrotnej. Lub dokonczam szybko trase chinska, omijajac kilka miejsc z nadzieja powrotu i jade do Wietnamu. Chyba sie zmusze do tej drugiej opcji, ale pewny nie jestem. Rusze w trase pojutrze, prawdopodobnie. Musze sie wykurowac, bo z nosa mi leci ciut za bardzo. Najprawdopodobniej pojade na poludnie, na pogranicze z Birma. Niewiele wiem co tam jest, ale wlasnie to moze byc wystarczajacym powodem, zeby tam pojechac. Zadecyduje jutro wieczorem.

19 – 26.11 – Wawoz Skaczacego Tygrysa, Lijang, Dali.

19.11
Rozleniwilem sie ostatnio i znow wyszlo inaczej, znaczy sie niedokonca zgodnie z planem. Spoznilismy sie na autobus jadacy do Quitao. Na sniadanie wybralismy sie na pizze. Mala knajpka prowadzona przez Wlocha Marco. Pizza wporzatku, pyszna kawa. No i zagadalismy sie troche. Pozniej pojechalismy obejrzec miejscowy klasztor. Dzieki wskazowkom Marco udalo nam sie ominac bramke i wejsc do klasztoru za free. Sam klasztor jest ladny i godny uwagi, ale nie za 30 yuanow.
Nastepnie wrocilismy do miasta i zmienilismy hostel – na tanszy i bardziej towarzyski. Na dziendobry poznalem grupke gosci podrozujacych podobna trasa, z ktora nastepnego dnia pojechalismy do Quitao, gdzie zaczyna sie szlak wawozu. Siedmioosobowa miedzynarodowa grupa, wlasciwie europejska, wkroczyla na szlak. Kierowca byl dodatkowo bardzo uprzejmy i zadzwonil po Jane, wlascicielke hostelu, tuz za bramka. Ominiety kolejny bilet (50rmb). Widczor przesiedzielismy przy piwku.
Nastepnego dnia wstalismy wczesnie rano, sniadanie juz czekalo, ale ze bylo ciagle ciemno wrocilem do wyra. Chlopaki nie czekali. Wstalem kolo 10tej i razem z Antonem ruszylismy na szlak. Pogoda byla piekna, a ja w zaskakujaco dobrej formie trekingowej. Szlak sliczny, napotkani ludzie przemili. Podczas postoju na kawke poznalismy parke polsko-finska – Magda i Mikka. Razem przeszlismy cala trase, spedzajac dwie noce na szlaku. Drugiego dnia na szlaku zeszlismy na dno wawozu. Slynny kamien i niesamowity huk wody robia niesamowite wrazenie. W drodze w gore stoczylismy ostra momentami utarczke slowna, z gosciem ktory kasowal za przejscie sciezka. Stanelo na 10 juanach i moglismy wrocic na szlak.
Spowrotem nastepnego dnia pojechalismy busikiem. Wrocilem do Janes guest house, gdzie zostawilem wczesniej plecak, i gdzie umowilem sie z Antonem, ktory sie troche rozchorowal i zostal na szlaku. Czekajac na Antona oddalem sie sluchaniu muzyki, czytaniu i wygrzewaniu na sloncu.
Popoludniu wsiedlismy w minibusa prosto do Lijang. Na miejscu przywitali nas Magda z Mikka, z ktorymi umowilismy sie na wieczorne piwko. Wczesniej w Mama Naxi Guest House zjedlismy pyszna kolacje. 10 juanow i wlasciwie jesz ile chcesz.
Wieczor na starym miescie przy piwku.
Przez kolejne dwa dni uprawialem slodkie nicnierobienie – pozne wstawanie, placek z miodem i bananami i kawka na sniadanie, wygrzewanie sie na sloncu i wieczorne gry pijackie konczace sie nad ranem. Jednej nocy udalismy sie z poznanymi w ShangriLa chlopakami i malutka koreanka do chinskiego disco clubu. Smiesznie bylo ale klub zamykali kolo 1 w nocy, a na parkiecie bylo wiecej chopow niz kobiet. Z koleji nastepnego wieczoru w grupie okolo 15tu ludzi wbilismy sie do jakiegos pubu. Ogolnie dobra zabawa do poznych godzin.
Ranek dnia nastepnego byl ciezki. Nikomu nic sie nie chcialo, a trzabylo ruszyc sie do Dali. Niedokonca przekonany o checi wyjazdu z Lijang wsiadlem do busa i po kilku godzinach bylem w Dali. Udalem sie prosto do Friends Guest House, gdzie dzien wczesniej przyjechala grupka wczesniej poznana. Zaraz po rozpakowaniu sie poszlismy na kolacje i kilka piwek. Wieczor skonczyl sie o 4tej nad ranem.
Nastepnego ranka czyli kolo poludnia, poszlismy na sniadanie, po czym czesc chlopakow opuscila Dali udajac sie do Kunming. Zostalem sie z Matsim z Izraela i Sehee z Koreii. Z Matsim wybralismy sie obejrzec miejscowe pagody. Na poczatek skromna stojaca na uboczu pagoda, zupelnie opuszczona. Niby obiekt remontowany, ale kobitka wpuscila nas za piatke. Nastepnie poszlismy zobaczyc slynne 3 pagody. Po obejsciu dookola obiektu, prubujac wejsc nieplacac, podeszlismy pod kasy – 121 juanow. Pass. Szybkie zdjecie i powrot do miasta.
Ubzduralem sobie, ze na kolacje chce pizze. Gotow bylem na to wydac 30 juanow. Czas oczekiwania bagatela godzina. Efekt dziwny, ale dosc smaczny. Wieczor przy piwie.

10-18.11 – Chengdu – Shangri La

10.11
Plany ulegly pewnej zmianie. Zamiast na Emei Shan pojechalismy obejrzec posag buddy w Leshan. Nie byle jaki, bo najwiekszy na swiecie. Wstalismy rano, zjedlismy pyszne sniadanko – smazona wieprzowina z wazywami, Gerry udal sie szybko kupic bilet do Lhassy (jakies male okienko, przy glownej ulicy, niedaleko MixHostelu) i pojechalismy autobusem do Leshan. Cala droge przegadalem z jakas chinska studentka, ktora po dojezdzie pomogla nam znalezc wlasciwy autobus do posagu.
Musze przyznac ze ten budda jest naprawde duzy, robi wrazenie. Ludzi na szczescie tez za duzo nie bylo. Obeszlismy wszystko dookola i w porotny do Chengdu. Szybka kima, bo rano wyjazd do prowincji Yunnan – przez gory.

11.11
Pobudka, spakowac sie i na autobus – do Kangding. Na miejsce (2100 m n.p.m.) dojezdzamy juz po zmroku, po drodze widoki niespecjalne, wszedzie mgla. Hotel znajduje nas sam – zgarniaja nas wlasciciele jakiegos, naprzeciwko dworca autobusowego. 20 za noc – moze byc.
Kolacje spozylismy w tybetanskiej knajpce – bardzo smaczne pierozki z tsampa (prażona mąka z masłem jaka i cukrem) oraz tybetanska herbata z mlekiem i maslem z jaka.

12.11
W koncu w miare ladna pogoda, gdzies nawet slonce przeswitywalo. Polazilismy smetnie po miasteczku, ktore wyglada jak swiezo wybudowane. Odwiedzilismy miejscowy klasztor, calkiem ladny i pusty, zadnych turystow. Na kolacje poszlismy do tej samej knajpki – tym razem zamowilem jaka z ziemniakami – taka troszke inna wolowina, ale smaczna.

13.11
Pobodka prawie w srodku nocy – o 6tej. Szybko sie ubieram, zegnam z Gerrym i biegiem na autobus – do Litang (4100 m n.p.m.). Zaraz po wejsciu do autobusu poznaje Tonego chinskiego kanadyjczyka. Po drodze dosiada sie jeszcze Anton – Szwed, poznany wczesniej w Chengdu. Razem bedziemy az do ShangriLa.
Droga do Litang przebiega spokojnie i zgodnie z planem. Jest piekna pogoda, widoki gor – niesamowite. Najwyzsza przelecz jaka przejezdzamy jest na okolo 5000 m n.p.m.
W autobusie jedzie jeszcze z nami wlasciciel tybetanskiej knajpki, w ktorej sie ostatnio stolowalem.
Po dotarciu na miejsce idziemy prosto do Crane G.H., rozpakowujemy sie i udajemy sie na spacerek po miasteczku. Wchodzimy tez do miejscowego klasztoru.
Wieczorem slysze z pokoju jak Anton pyta sie jakichs ludzi skad sa. Odpowiedz – Poland. Wyskakuje z wyra. Szybkie potwierdzenie: Poland? – Poland. I rzucam sie w ramiona kolesia. Adam i Marianna, z Poznania, podrozuja od miesiaca, z Uzbekistanu, przez Tybet, do Wietnamu. Sa pierwszymi Polakami, jakich spotykam do czasu ambasady w Seulu, a wczesniej od czasu Irkucka. Razem udajemy sie na male piwko.
Samopoczucie – bardzo dobre, pomimo znacznej wysokosci (moj rekord)

14.11
Po sniadanku zastanawiamy sie czy jechac do Xiangchen, czy jechac z Tonym do Daochen, gdzie znajduje sie jakis park narodowy. Po krotkim namysle jedziemy do Daochen.
Rodakow tego dnia nie spotykam. Krecimy sie jeszcze troche po Litang i kolo 3 wsiadamy w prywatnego minibusika do Daochen.
Tyle co wyjechalismy zaczal padac snieg. A im dalej bylismy tym sniegu wiecej. Widocznosc coraz gorsza. W pewnym momencie auto wpada w poslizg, a kierowca co na to – hamulec (glupek). Malo nie braklo a bylibysmy kolo 3 metry ponizej poziomu drogi. Jedno kolko juz wisialo. Razem z kilkoma tybetanczykami z ktorymi jechalismy, wypchnelismy auto i pojechalismy w dalsza droge. Tym razem kierowca juz bardziej uwazal.
Jeden koles podczas drogi otwarl okno na osciez, pokazujac cos na gardlo, ze niby chore (co wcale nie przeszkadzalo mu kurzyc). Poprosilem grzecznie, zeby zamknal, a on, ze nie bo gardlo. Sytuacja byla idiotyczna bo wszyscy w aucie marzneli, nawet on, ze swymi kumplami, zakrytymi po nosy. W koncu sie wkurzylem przepchnalem kolesia i zamknalem okno. Po chwili odkryl sie jakis Tybetan z tylu i z powrotem otwarl okno. Brak mi slow.
Po dotarciu do Daochen (ok 20 cm sniegu) postaralismy sie o hostel. Z tym jednak latwo nie bylo, bo wiekszosc byla zamknieta. Jak sie pozniej dowiedzielismy biznes w okolicy padl ze wzgledu na jakies zamieszki miejscowych. Rzad postanowil zrobic im na zlosc i zamknal park (wiem idiotycznie to brzmi) – glowne zrodlo utrzymania autochtonow.
Wieczorem przy piecyku w jedynym tanim hostelu, sluchalismy opowiesci, wlasciciela, o miejscu zwanym Daochen. Otoz miejsce to, jak zreszta inne miasteczka, w tym Litang, sa zamieszkiwanie przez bardzo wojowniczych tybetanczykow. To ze kazdy obowiazkowo nosi noz za pasem – to betka. Swoja droga dowiedzialem sie, ze ten incydent w aucie uszedl mi na sucho tylko dlatego, ze jestem turysta, a tych traktuja ulgowo. Gdyby to byl Tony to nie zawahaliby sie go pochlastac.
Wracajac do aktywnosci mieszkancow Daochen – nie dawniej jak w sierpniu tego roku, pobliska wioska uzadzila zasadzke na bidnych Daochaninow. W ruch poszly karabiny maszynowe i granaty. Efekt – 9 zabitych, kilkunastu rannych, a most na ktorym sie to dzialo splywal krwia. Pytanie gdzie policja. Otoz pojawili sie z rescue mission jak juz bylo po wszystkim i jedyne co mogli to powyciagac ciala z rzeki i mostu. Mogli, a raczej chcieli. Tajemnica poliszynela na pograniczu Tybetu jest, ze gliny sie najzwyczajniej boja wkurzac miejscowych (i pozwalaja im sie lac). A o co poszlo. Obie wioski chcialy zbierac te same ziola na tym samym zboczu tej samej gory. Ot powod do wyciagania zawleczek granatow.
Ale ogolnie wszyscy sa mili i na kazdym kroku widac usmiech i slychac Tashi Dele (dziendobry).
A bylbym zapomnial. Oczywiscie z parku musielismy zrezygnowac, z powodu ciagle padajacego sniegu oraz z ciagle zamknietego parku za ktory i tak musielibysmy zaplacic (tego to juz w ogole nie jarze – pomysly czemu tak jest prosze wpisywac do ksiegi gosci – na najciekawszy czeka nagroda;)).
Na dobanoc najwiekszym zmartwieniem bylo – jak my sie stad do cholery wydostaniemy. Autobus, ktory mial zekomo kursowac codziennie nie jezdzi juz od 10 dni (uklony za dokladne informacje dla pan na dworcu autobuowym w Litang).

15.11
Nocka byla bardzo cieka. Leb mi tak napieprzal, ze musialem przelamac swoja awersje do chemi i poratowac sie pigolami. Kuracja Nurofen + Ketonal zdzialala cuda – jak reka odjal.
Chlopaki wstali wczesniej ode mnie i wyszli poszukac jakiegos przewozu do Xiangcheng. Po chwili przychodza i mowia, ze mozliwe ze mamy kogos ale musimy sie z nimi bardziej skumplowac, a ze wlasnie jada skozystac z goracych zrodel, to dobrze by bylo sie przylaczyc. Dobrze i przyjemnie (wspomnienia z Hakone ciagle zywe). Byl to strzal w dziesiatke. Czysta przyjemnosc, na placu okolo 0 st.C a woda okolo 50.
Po kapieli poszlismy cos zjesc i zgadalismy sie, ze jak sie zmiescimy to mozemy jechac. Czy sie zmiescimy – musimy. Tak wiec terenowka zaladowana 10cioma sztukami homo sapiens ruszyla w nieznane. Czemu nieznane. Proste – bo nic nie bylo widac. Sypiacy snieg, ciagle, wszedzie bialo. Na szczescie kierowca byl o niebo lepszy, od poprzedniego – od razu zalozyl lancuchy i jechal bardzo ostroznie. Za oknami tylko biel. Trasa oczywiscie wspinala sie na ponad 4000 m n.p.m.
W koncu dotarlismy. Szybko jakis hotelik (Xiang Bel Seven Lake – 20RMB/noc) i poszlismy sie rozeznac z sytuacja dalszej podrozy. Kapa, nic nie jezdzi. Autobus do Shangri La nie pojawil sie nawet w miescie. Nie wyjechal z Shangri od kilku dni (normalnie jedzie z Shangri do Xiangcheng, zostaje na noc i wraca do Shangri). Wygladalo na to, ze utknelismy.
Po kolacji wracamy do hotelu. Jutro sie cos wykabinuje.

16.11
Z rana (kolo 1ej) poszlismy jeszcze poprubowac zlapac transport. Malo ktory prywaciaz chce jechac, a ci co chca nie zchodza ponizej 700juanow (za auto).
Nagle podchodza do nas Marianna i Adam. Dotarli wczoraj poznym wieczorem. Zjedlismy razem obiad i umowilismy sie, ze jak autobus sie rano nie pojawi to bierzemy razem prywaciarza. Musimy sie stad wydostac.
Na ulicach Xiangcheng pelno bialych twarzy. Wszyscy ten sam cel – wydostac sie z tego zadupia.
Wieczorem dostaje smsa od Adama, ze mamy transport na rano.
Jakis czas pozniej puka ktos do drzwi. Para starszych amerykanow. Przyszli nas poinformowac, ze ze wzgledu na warunki ich grupa zrezygnowala. W sumie bylo gotowych kilka grup na kilka aut. Panstwo przyszli nas o tym poinformowac i zasugerowac, ze my tez powinnismy zrobic to samo. Poszlismy jeszcze razem przekazac ta sama informacje Adamowi i Mariannie. Sprawa wygladala powaznie. Szykowalo sie nocowanie tu przez kilka dni. Swoja droga bardzo milo ze strony Bostonczykow, ze chcialo im sie fatygowac i informowac nas o tym co oni robia.
Decydujemy sie zaczekac do rana z decyzja.

17.11
Sms 6ta rano: autobusu nie ma wracamy spac.
Wstajemy po 7mej. Spakowani idziemy na przystanek zobaczyc jak sprawa wyglada. Stoji terenowka. Poki co jest jeden koles w niej, byl gotow sam zaplacic 7 stow. Ucieszyl sie ze czhcemy jechac. W miedzyczasie Tony zrezygnowal, z powodu choroby.
Jedziemy. Droga zaskakujaco okazala sie byc w bardzo dobrym stanie. Tylko na szczytach (4000 m n.p.m.) lezalo troche sniegu. Jak wyjechalismy na szczyt, widok nas powalil – wysokie szyty plywaly wrecz w chmurach. Zarzadzilismy nawet fotobreak.
Po chwili kierowca zmienil sie z pasazerem chinczykiem. Tragedia – koles kierowca jest z przypadku. Nie pamietam zeby ktos jezdzil tak, bojazliwie, wolno i niepewnie. Posowalismy sie w zolwim tepie obawiajac sie przy kazdym zakrecie. Nawet Anton, ktory zasypial dotychczas w kazdych warunkach drogowych, nie umial zasnac. Dodatkowo Chinczyk upodobal sobie klakson i tital na wszystko co zauwazyl. Nawet na pustej prostej drodze. Koszmar. Na szescie w koncu prawdziwy kierowca wrocil na swoje miejsce.
Do Szangri La dojechalismy kolo 16tej
Udalismy sie prosto na dworzec autobusowy skad Marianna i Adam wyruszyli od razu do Quitao, gdzie zaczyna sie szlak Wawozu Skaczacego Tygrysa. Gdzie tez sie jutro wybieram (jak pogoda i samopoczucie pozwoli).
Za hostel wybralismy sobie Dragon Cloud. Moze jest dobrym miejscem latem, ale zdecydowanie nie zima. Zimne pokoje, brak elektrycznych kocow. Wlasciwie nie wiem czemu tu zostalismy.

18.11
Ok plan jest nastepujacy: wstajemy, idziemy cos zjesc, ogladmy klasztor – ponoc najwazniejszy w okolicy i spadamy do Quiatou, gdzie zaczyna sie wawoz. Jak bedzie ladna pogoda i dobre samopoczucie, z ktorym ostatnio roznie bywa, jutro z rana uderzamy na szlak.

6 – 9.11 Xian, Chengdu

6.11
W pociagu prawie nic nie spalem, siedzialem w jakims przeciagu, a jak juz w koncu udalo mi sie zasnac, dojechalismy na miejsce. Na szczescie jakis pasazer mnie obudzil. Na dworcu czekal na nas przedstawiciel CITS – chinskiego biura turystyki. Zaoferowal nam nocleg. Z 45, ktore chcial, zbilismy do 35, co bylo calkiem niezle, zwazajac na warunki i na pore dnia – byla 5 rano, nasza doba hotelowa trwala wiec 30 godzin.
Po krotkiej dzemce poszlismy cos zjesc, a nastepnie udalismy sie na dworzec autobusowy po Horsta, ktory zostal sie na noc w Luoyang. Dla zabicia czasu, poszedlem sie ogolic i okazalo sie to byc najgorszym goleniem jakie kiedykolwiek mialem. Brzytwa choc nowa byla tepa i czulem sie jakby mnie skrobali. Laski kapletnie nie wiedzialy jak golic (nie ma jak indyjscy golibrodzi). Udalo mi sie jednak wytrwac do konca. Chwile pozniej Horst dojechal. Zaraz po tym udalismy sie muzulmanskiej dzielnicy. Chcialem zobaczyc meczet i polazic po targu probujac dziwnych potraw, ale nie do konca sie to udalo. Meczet byl juz zamkniety, a targ nie byl tym, ktory widzialem na filmach dokumentalnych. Ale ciastka i smazony makaron – przepyszne. Uparlem sie tez na zakup granatow. Nikt jednak nie chcial zejs do 2 juenow za sztuke, wiec musialem dlugo szukac. W koncu znalazl sie gosc. Dobilismy targu – 2 granaty za 4 juany. Dalem mu 5, a w zamian reszty dal mi dwa banany – neizly interes.

7.11
Wsalismy wczesniej, w planie terakotowa armia. Horst jednak z nami nie pojedzie – zdrowie mu sie posypalo.
Na miejsce zajechalismy miejskim busem. Na szczescie bilety, z powodu listopada, kosztowaly nie 90, a 60 juanow. I znow trik z karta studencka sie udal, tak ze weszlem za 35. Ludzi w srodku sporo, ale nie bylo az tak zle. Sama armia robi wrazenie rozmiarami, ale jak ktos sie spodziewa zobaczyc cos nadzwyczajnego to sie srogo rozczaruje. Obeszlismy szybko i z powrotem do miasta.
Nastepnie udalismy sie obejrzec Wielki Meczet. Meczet w ogole nie przypomina meczety – jest bardzo chinski. Ale bardzo ladny. Pieknie sa polaczone style chinski z muzulmanskim. Po meczecie udalismy sie zobaczyc pagode Dzikiej Gesi. Porazka. Nie dosc ze kaza sobie placic podwojnie, raz przy wejsciu na teren gdzie znajduje sie pagoda, a pozniej do samej pagody (nie skorzystalismy), to nic tam szczegolnego nie ma. Lepiej byloby obejsc pagode z zewnatrz.
Po nieszczesnej wizycie u dzikiej gesi, wrocilismy do hotelu i razem z Horstem poszlismy na kolacje.
Juz po dziewiatej poszlismy z Gerrym po plecaki i na dworzec gdzie czekal juz pociag do Chengdu.

8.11
Z Xian do Chengdu jedzie sie okolo 18 godzin. Po drodze poznalism kolesia z Arizony (czemu oni zawsze kiedy ich sie pyta skad sa, mowia nazwe stanu), ktory jest bylym wojskowym. Troche ciezko sie z nim gadalo o polityce, ale to chyba zrozumiale.
Do Chengdu zajechalismy okolo 16. Tuz po wyjsciu z dworca zgarnal nas koles z Mix Guest House. Niezla oferta – 15 juanow za nocleg w dormie, pralnia i net z wifiem, wiec wzielismy.
Wieczorem pokrecilismy sie troche po okolicy hostelu, probujac specjalow ze straganow pobliskiego targu (chyba jadlem psa z grila ale pewny nie jestem, na pewno byl krab). Noc zakonczyla sie niezla imprezka w hostelu. W towarzystwie sporej grupy miedzynarodowej (Kanada, Norwegia, Anglia, Izrael, Irlandia i oczywiscie Polska) siedzielismy przy chinskim pijiu i hot irish jinju (nowym wynalazku z miejscowego specjalu – jinju).

9.11
Pobudka dosc pozna, kolo 10tej. Pierwsze kroki skierowalismy na jakies sniadanko, a nastepnie podjelismy probe zakupu biletu do Lhasy, bez permitu na wjazd do Tybetu. Nie udao sie, wszyscy chcieli zobaczyc wpierw permit. Wyszlismy z dworca i zastanawialismy sie jak mozna obejsc to pozwolenie. Podeszly do nas dwie dziewczyny i zapytaly jak moga nam pomoc. Powiedzielismy im jak wyglada sytuacja. Dziewczyny pobiegly gdzies, a po chwili przyszly i powiedzialy, ze musimy sie udac do biura spraw zagraniczbych (PSB). Spytalismy gdzie, a one zadzwonily po policje, a nastepnie powiedzialy nam, ze za chwile przyjedzie policja i zabierze nas tam. Po chwili przyjechal gliniarz na motorze. Zaraz po tym jak przyjechal, dookola nas zebral sie caly tlum chinczykow ciekawych, co to przeskrobali obcokrajowcy. Mielismy z Gerrym niezly ubaw. W koncu policjant wytlumaczyl dziewczynom jak sie dostac do PSB, a te zabraly nas na autobus, znalazly wlasciwy i wsadziwly nas do niego. Pozegnalismy sie z nimi, umawiajac sie na nastepny dzien w Emei, skad pochodzily i pojechalismy do PSB. Na miejscu powiedziano nam, ze nie mozemy jechac do Tybetu, z powodu zimy. Jedna z glupszych rzeczy jakie slyszalem. Wyszlismy niezadowoleni i zeby nie stracic calego dnia pojechalismy zobaczyc pandy. Rezerwat pand jest troche oddalony od Chengdu, na miejsce docieramy miejskim busem. Byl juz prawie wieczor i w sumie nie wiedzielismy czy cokolwiek zobaczymy. Na szczescie pora okazala sie byc strzalem w dziesiatke. Pandy byly na wybiegu, a turysci nie. Mielismy tylko misie dla nas samych. Oczywiscie nie przez caly czas – zjawilo sie kilka wycieczek, z Chin i Skandynawii i zaczeli klaskac, cmokac i gwizdac na niedzwiedzie, co psulo strasznie atmosfere. Same miski sa slodkie i sprawiaja, ze chce sie usmiechac.
Po powrocie udalismy sie a kolacje, kosztujac hot pot, miejscowa specjalnosc – na palniku non stop podgrzewany jest wywar zaprawiany chili. Do tego wrzuca sie roznego rdzaju potrawy, jak warzywa, roznego rodzaju miesa, w tym mieso psa, ryby, krewetki i inne dziwne potrawy. Oczekiwalismy, ze bedzie to strasznie pikantne, ale nie bylo z tym tak zle.
Reszte wieczoru spedzilismy przy piwach, juz w nie tak doborowym towarzystwie – czesc wyjechala, czesc poszla wczesniej spac.
Rano udajemy sie do Emei, gdzie mamy zamiar wdrapac sie na jedna z czterech swietych buddyjskich gor.

1 – 5.11 Datong, Pingyao, Luoyang

1.11
Cholera jak zimno. Do Datongu zajechalem wczesnie rano. Wychodze ze stacji, a tam lod na ulicach. Zimno jak diabli. Kto to widzial zeby w listopadzie bylo tak zimno. Pierwsze kroki skierowalem do kafejki internetowej, zeby przeczekac kilka godzin.
Kolo dziewiatej poszedlem cos zjesc, w pobliskiej jakiejs knajpce, a nastepnie udalem sie na dworzec autobusowy. Z posrod dwoch atrakcji, ktore oferuje Datong, a ktore nawet nie sa w miescie, czyli jaskinie Yungmen i wiszacy klasztor – wybralem to drugie. Klasztor znajduje sie jakies 60 km od miasta, trzeba sie tam dostac autobusem, a pozniej wziasc taksowke. Kupujac bilet na sutobus, od razu dostalem do samego klasztoru. Wsiadlem i po godzinie z hakiem bylem juz na miejscu. W miedzyczasie przyplatala sie jakas laska, studentka angielskiego (znowu?) i zaoferowala sie, ze zadzwoni po ojca, a ten mnie podrzuci do klasztoru. W miejscowosci 5 km od klasztoru kierowca kazal mi wysiasc z autobusu i prawie sila wsadzil mnie do prywatnego auta, nawet nie zdazylem podziekowac dziewczynie. Tyle co wsiadlem koles juz probowal zrobic biznes na drodze powrotnej. Chcial duzo za duzo, wiec podziekowalismy sobie. Odstawil mnie przy klasztorze i pojechal.
Klasztor robi wrazenie, choc moglby byc wiekszy. I pizdzi strasznie. Male jeziorko, przy klasztorze, bylo cale zamarzniete. Pochodzilem troche i wrocilem zasiic sie ciepla herbatka. W droge powrotna do miasta wybralem sie piechty – moj taksiarz juz dawno temu odjechal, a innych nie bylo. Podjechal jakis kolej na motorze, spytal sie dokad ide i pojechal. Po chwili wrocil i zaczal do mnie nawijac. Po chwili wywnioskowalem, ze chce mnie zabrac. Podwiozl mnie na sam dworzec autobusowy i wsadzil mnie do wlasciwego.
Po niecalych dwoch godzinach bylem spowrotem w Datongu. W pierwsze lepszej knajpie poznalem amerykanina, studiujacy jezyk chinski. Chwile pogadalismy, zjedlismy kolacje i rozeszlismy sie. Udalem sie jeszcze do kafejki internetowej, zabic czas i na pociag do Pingyao. Tym razem klasa hard sleaper, czyli milo i przyjemnie.

2.11
Tuz po wyjsciu z pociagu, podszedl do mnie gosc i zaczal gadac. Ten sam koles dzien wczesniej powiedzial mi czesc przed wejsciem do pociagu. Na szybko zamienilismy kilka slow. Wysoki Niemiec w sumie zorganizowal mi nocleg. Mial wczesniej zarezerwowany hostel i czekali na niego na stacji. Spytalem za ile nocleg – 40 w dormie, i pojechalem razem z nim. Koles – 65cio letni dwumetrowy Niemiec, prawie przez cale swoje zycie podrozuje. W pierwsza podroz ruszyl w latach 60tych i jezdzil przez 4 lata (wyczyn niesamowity zwazajac jaka byla sytuacja polityczna w tamtych czasach).
Po dojezdzie do Harmony Guest House zostalismy poczestowani herbata, a pozniej wyszlismy razem zwiedzac stare miasto. Wczesniej musielismy jednak kupic bilety. Cena 120 – kompletnie mnie nie urzadzala. Wyciagnalem przy kasie polski dowod osobisty i probowalem im wmowic, ze to legitymacja studencka. Nie wyszlo, zbyt dobrze (jak na chinskie warunki) mowili po angielsku, a na dowodzie jest wyrazny napis po angielsku, ze to dowod (jakos wczesniej nie zwrocilem na to uwagi). Odeslali mnie do innej kasy, zyczac wiecej szczescia. Podszedlem do kasy i ta sama spiewka, ze jestem studentem. Tym razem jednak wyciagnalem karte slaskiej kasy chorych (niniejszym chcialbym podziekowac panu Solorzowi za wymyslenie tych kart). Podzialalo, kompletnie nie umieli odczytac. Tak wiec z biletem studenckim ruszylem zwiedzac. Do obejrzenia kilkanascie budynkow, z ktorych wiekszosc to muzea – stare domy, pierwsze banki w chinach oraz kilka swiatyn. Niektore ciekawe, inne wrecz nudne. Wieczorem wrocilismy do hostelu. Tam poznalem kolejnego Kanadyjczyka na mojej trasie. Kilka slow i zgadalismy sie, ze razem pojedziemy obejrzec szaolin. Razem tez udalismy sie kupic bilety na pociag do Luoyang. Niestety klasy sleaper nie mieli, wiec zmuszony jestem jechac na siedzaco, chyba ze uda sie zamienic w pociagu.
Wieczorem udalismy sie jeszcze na piwko. Zgadalismy sie na temat polityczny i tu malo co sie nie scialem z Horstem. Ma za zle Polsce, ze jest tak proamerykanska i blokuje rozwoj Europy, sam przy tym nie zauwaza, co robia Niemcy i Francja na przyklad. Jest obuzony, ze jako nowi czlonkowie Uni osmielamy sie miec wlasne zdanie i bronimy wlasnych interesow. Po czesci ma racje, ale tylko po czesci.

3.11.
Musze przyznac, ze sie wyspalem. Wstalem, wzialem prysznic. Kompani juz czekali. Jeszcze kawa, kilka owocow na sniadanie i mozna wyjsc na miasto. Na dzis zaplanowalismy lazenie po murach miasta. Przylaczyla sie do nas jeszcze jedna Angileka (cudowny czysciutki angielski akcent). We czworke zlazilismy mury oraz kolejna przechadzke po starym miescie. Zatrzymalismy sie na jakis obiad i piwko, znow sie troche pokrecilismy. Jeszcze wieczorem wyskoczylismy na pierozki i kolejne piwko. I tak przeczekalismy do poznego wieczora. Pociag mamy o 00.52.

4.11.
Do Luoyang zajechalismy w poludnie. Podroz byla nawet znosna – 12 godzin hard seatem. Horst jechal sleaperem, a po wyjsciu z pociagu zgadal sie z jakas babka, a ta nas zaprowadzila do hotelu. Normalny, regularny hotel, za jedyne 60 juanow. Czemu nie.
Po rozpakowaniu poszlismy cos przekasic i udlaismy sie obejrzec jaskinie Longmen. Nie powiem jaskinie robia wrazenie. Moze nie jakoscia, bo wiekszosc Budd jest poniszczona, po ekscesach kulturalnej rewolucji, ale iloscia, jaskin i Budd jest po prostu mnostwo.
Do hotelu wrocilismy wieczorem, zjedlismy cos jeszcze i poszlismy w sumie wczesnie spac – rano na osma mamy zamowiony transport do klasztoru Shaolin.

5.11
Pobodka, szybkie sniadanie w hotelu i do autobusu. Juz chwile pozniej okazalo sie, ze to nie sam transport jak nam powiedziano, ale chinska wycieczka. I to nie do samego Shaolin, ale jeszcze do jakis innych swiatyn. Bilet jedyne 160 juanow – myslalem ze mnie krew zaleje. Pytam za co, no to laska mi tlumaczy ze jest kilka swiatyn i klasztor i jakies kung-fu show. Ok niech bedzie. Swiatynie poboczne do Shaolin byly, ze ujme to delikatnie badziewne. Do Shaolin dojechalismy przed druga i zaraz uslyszelismy ze o czwartej powrot. Wkurwilem sie niezle. Obszedlem klasztor byle jak, nie zobaczylem w sumie tego co chcialem. Chociaz udalo mi sie zerknac do sali treningowej, mlodych adeptow i podpatrzec troche trening. Samo kung-fu show trwalo zaledwie pol godziny z czego kilka minut bylo poswiecone na probe nauki turystow, kilku ruchow. Reszta byla git. Wrocilem do autobusu z poczuciem, ze zwiedzilem tak wazne dla mnie miejsce w tak haniebny sposob, w stylu jakim wrecz czasem pogardzam. Coz mam powod, zeby tam wrocic.
Po powrocie do Luoyang, kolacja i na dworzec. Wieczorem pociag do Xian.

25 – 31.10 Pekin

25.10
Pekin przywital mnie niewiarygodnym smogiem i mgla. Ciezko bylo zobaczyc jakikolwiek budynek dalej niz 200 metrow. Po wyjsciu ze stacji udalem sie na metro i podjechalem na plac Tiananmen, gdzie niedaleko ma byc moj upatrzony wczesniej w internecie hostel. Po drodze mialem inne propozycje, ale drozsze. Po zajsciu do hostelu laska mi wciska ze nie ma juz pokoji za 30 juanow i najtansze sa za 50 (po drodze mialem jednego goscia co oferowal za 30 – trzabylo brac). Zaczynam negocjacje. Stanelo na 45 – mnie nie pasi. Dziekuje i wychodze. Za chwile za mna wolaja. Zostalo jak chcialem – 41. Do pokoju zaprowadza mnie inna laska i chwile po otwarciu mi drzwi wyciaga reke i mowi how much. Wolne zarty. Dalem jej juana na odczep sie. Zabrala i sie obrazila. Kij jej w oko. Szybko sie rozpakowalem, wzialem prysznic i poszlem spac. Pozno nie bylo ale cos sie zle czuje. Pigula na dobranoc.

26.10
Najbardziej zjebany dzien dotychczas
Mialem wstac wczesnie i isc prosto do do Zakazanego miasta, ale znow wyszlo inaczej. Ciagle sie zle czuje, chyba sie przeziebilem.
W koncu wychodze. Dochodze do placu Tiananmen i podchodza do mnie dwie laseczki. Czy moga ze mna pogadac bo chcialyby pocwiczyc angielski. No ok. Podchodzimy pod brame Zakazanego miasta. Tam tlum. W tyl zwrot ideziemy gdzies indziej. Zaprosily mnie na ceremonie herbaty. Siedzimy popijamy, jest milo i smacznie. Do czasu podania rachunku. Laski zaczynaja cos krecic i do mnie ile sie moge dolozyc, bo nie maja az tak duzo. Cholera to nie ta goscinnosc o ktorej mi opowiadal Near. W koncu (nie wiem dlaczego) wyciagnalem kase i sie dolozylem. Nie przyznam sie ile, ale duzo tego bylo, za duzo. Wychodzimy, podchodzi jakis koles i macha do dziewczyn. One nic. To sie pyta czy go nie pamietaja. One ze nie. Koles wymienia je z imienia, mowi z jakiego sa miasta (wszystko to samo co mnie powiedzialy). One znow, ze nie, ze on sie myli. I w nogi. Chwile pogadalem z gosciem. Okazalo sie, ze wykiwaly go w dokladnie ten sam sposob co mnie (tyle ze na wieksza kase). Wkurwiony na siebie, bo dalem sie jak dziecko, ide spowrotem na plac Tiananmen. Do zakazanego miasta juz za pozno. Decyduje sie na Letni palac. Ide na przystanek autobusowy, podchodzi do mnie jakas parka i ta sama spiewka co te laski i pytaja sie mnie, czy bym sie nie przeszedl z nimi po hutongach, wskazujac to samo miejsce gdzie znajduje sie herbaciarnia. Dziekuje i proponuje im przejazd do palacu letniego. Odmawiaja. Ok, mnie pasi.
Wsiadam w busa i jade. W trakcie jazdy spogladam do spiewnika, na palac. Pozniej na zegarek. Zas za pozno. Dojechalbym tam ino na jakas godzine co nie wystarcza, bo park wydaje sie byc duzy, a spiewnik proponuje przeznaczyc najlepiej pol dnia. Wysiadam, rozgladam sie za internetem. Moze chociaz zdjecia wrzuce. Zaprowadza mnie do kafejki jakis student, po drodze zesmy mogli sobie troche pogadac. Biore kompa – nie dosc ze drogo to jeszcze usb nie dziala. Niech to szlag.
Po jakims czasie wsiadam w busa powrotnego, przechadzam sie troche po hutongach. Jakos nic specjalnego, stara dzielnica, zapuszczona, zabrudzona. Zjadam jeszcze makaron i wracam do hostelu. Leb mnie ciagle napieprza, lykam piguly i do wyra
Pdsumowujac – nigdzie nie bylem, nic nie zobaczylem, stracilem kupe kasy i zdrowia.

27.10
Zas wstalem kolo dziesiatej. Szybki prysznic, kilka bulek parowych na sniadanie i prosto do zakazanego miasta. Tym razem nikt mnie nie zatrzymywal. Przed samym wejsciem tylko jeden studencik wciagnal mnie do obejrzenia wystawy jego rysunkow. Musze przyznac, ze niektore bardzo ladne i z mila checia bym kupil kilka gdyby nie ta cena, poza tym nie chce mi sie tego taszczyc.
W zakazanym miescie ludzi mnostwo, choc idzie przed nimi uciec, w waskie boczne uliczki miasta. Istotnie miasta – kompleks jest tak rozlegly ze idzie sie tam nawet zgubic. Co tez uczynilem. Krecilem sie po uliczkach, palac, wystawa, palac, pawilon i nie wiem gdzie jestem. O samym zakazanym miescie, o budynkach pisac nie bede – odsylam do ksiazek i internetu.
W zakazanym miescie spedzilem caly dzien. Wieczorem zjadlem jeszcze kolacje – ryz, makaron smazony i ryba, wskazujac paluchem na talerz innych. Za jedyne 15 juanow.

28.10
Na dzis w planie Palac Letni. Obiecalem sobie dzien wczesniej, ze wstane wczesniej – nie wyszlo. Do palacu docieram kolo 12tej. Ludzi mase, odnosze wrazenie, ze wiecej niz w zakazanym miescie, ale podobnie jak tam, nie trudno przed nimi uciec w boczne alejki. Albo przeczekac, duze zorganizowane grupy szybko przychodza, ale rownie szybko odchodza. Park jest ogromny, a wszystkich pawilonow jest rownie wiele. A najladniejsze kryja sie poza szlakami zorganizowanych wycieczek. Krece sie tak do zmroku, bez pospiechu. Jedyne co mnie pogania to pustka w zoladku.
Wracam do miasta i ide prosto do restauracji, tej samej co dzien wczesniej. Tym razem w ciemno wybieram danie z karty – smazony kurczak z papryka i imbirem. Pycha. Najedzony do syta ide jeszcze skorzystac z netu. Ide do najblizszej kafejki, place za kompa z usb i … i okazuje sie, ze wszystkie zajete. Oferuja mi drozszy, nie zgadzam sie. Zostaje po mojemu. Chcialem sciagnac skypa i przekopiowac zdjecia. Transfer tak wolny, ze musze dokupic godzine, a na dodatek czym dluzej sie sciaga tym bardziej zwalnia. W koncu przerwalo sciaganie i wyskoczyl jakis blad. Wkuzylem sie, zarzadalem zwrotu kasy i poszedlem do innej kafejki. Tu juz wszystko poszlo sprawnie – niepotrzebnie tracilem czas i kase w tamtej. Do pokoju wrocilem kolo pierwszej w nocy. A musze wczesniej wstac bo rano jade na mur chinski.

29.10
O trzeciej pobudka. Tyle ze to nie moj budzik, a hostel postanowil dokoptowac mi kilku ludzi do pokoju. Fakt pokoj cztero osobowy, z tym ze ostatnie dni bylem w nim sam. Ale o trzeciej nad ranem, powalilo ich. I jeszcze laska do mnie z usmiechem – haloo. Obrucilem sie na drugi bok i po chwili znow spalem.
Budzik zadzwonil o szostej. Potrzymalem kilka sygnalow, zeby towarzysze w pokoju uslyszeli i przestawilem godzine. Wstalem o siodmej.
Szybko sie wyszykowalem, na sniadanie te same buleczki, do metra i na dworzec autobusowy. Minela chwila i juz siedzialem we wlasciwym autobusie. Po godzinie autobus zajechal do Hueirou, gdzie mam sie przesiasc na minibusa do Huanghuachan. Poszukiwania minibusa zajely mi chwile. W miedzyczasie negocjowalem z taksiarzami. Oferowali sie za 80 juanow ja im na to, ze co najwyzej dyche im moge dac. Oni w smiech. Jeden zeszedl do 40, ale dalej nie chcieli. Poszedlem wzdluz drogi szukajac dalej minibusa. Postanowilem sie w koncu zapytac kogos. Padlo na chyba najladniejsza dziewczyne jaka do tej pory widzialem w Chinach. Po angielsku cos kumala, ale niestety nie wiedziala gdzie minibus. Nastepny byl mlodo wygladajacy koles. Ten gorzej z angielskim, ale cos wiedzial. Zaprowadzil mnie do samochodu policyjnego, tam zaczerpnal dalszej wiedzy. Po chwili wsiadl ze mna do autobusu, podjechalismy kilka przystankow, zaprowadzil mnie na przystanek minibusow, znalazl wlasciwego i wsadzil mnie do srodka. Co za koles. Cena za przejazd 5 juanow, a nie 80. Niecala godzinke pozniej jestem juz we wiosce skad, po zakupieniu kilku owocow, wyruszam na spacer po murze. Dochodze do muru a tam zadnych schodow, drabiny ani niczego podobnego. Wdrapuje sie. Lekcje wspinaczki Karola Maszketa nie poszly na marne. Jestem na murze chinskim sam, nikogo innego tylko ja. Ide wdluz podziwiajac widoki. Spotykam trojke francuzow, kilka slow i ide dalej. Docieram do szczytu i robie sobie przerwe na herbatke i owoca. Decyduje sie na dalsza droge na nastepny szczyt. Wpierw strome zejscie, zeby pozniej znow stromo wejsc pod gore. Mur tu jest poniszczony, miejscami zarosniety, gdzieniegdzie znow musze sie wspinac, lub nawet obejsc kawalek. Robi sie juz powoli pozno i musze zrezygnowac z dalszego trekingu. Postanawiam zejsc z muru i isc droga. Po chwili zapora. Wychodzi koles i daje mi kartke z napisem po angielsku, ze jak chce przejsc to 20 juanow. Krotka negocjacja – daje mu dyche. I tak za duzo, ale jakos nie chcialo mi sie bardziej naciskac. Po chwili dochodze do wioski.

Powrot do Pekinu minal szybko. Na kolacje ide znow do tej samej knajpki i znow wybieram w ciemno z karty – tym razem wylosowalem wolowine z makaronem.

30.10
Alez mi sie wstawac nie chcialo. Zwloklem sie z wyra kolo 11tej. Powoli udalem sie do swiatyni Nieba. Ludzi troche bylo, ale bez przesady. Powoli polazilem po parku, cieszac oko widokiem swiatyn. W centralnym punkcie znajduje sie okragly podwyzszony oltarz. Tam bylo najwiecej ludzi. Wszyscy chcieli sobie zrobic zdjecie w centralnym punkcie oltarza. Troche potrwalo zanim moznabylo zrobic jakiekolwiek zdjecie.
Ze swiatyni udalem sie do parku Beihai. Ale nie dotarlem. Do parku musialem przejsc przez plac Tiananmen, ale ten byl zamkniety, dla ludzi. Cos tam sie dzialo, jacys goscie, czy cos, nie mam pojecia. A dookola mi sie nie chcialo isc. Zawrocilem i pojechalem na dworzec kupic bilet na dalsza podroz. Chcialem jechac do Pingyao, ale nie bylo juz miejsc na kuszetki. Kupilem bilet do Datong. W zakupie pomagal mi jeden chincyk, choc w sumie chyba bym dal rady samemu. Tak czy owak jestem mu wdzieczny.
Nastepna w programie dnia, byla kolacja. Z okazji Pekinu i 60tego dnia podrozy, szarpnalem sie na kaczke po pekinsku. Pojechalem do restauracji poleconej mi przez Alana poznanego w Jinju w Korei. Zachwalal, ze najlepsza w miescie. Restauracja ma kilka pieter i jest chyba najwieksza w jakiej kiedykolwiek bylem. Mimo rozmiarow musialem chwile zaczekac bo, nie bylo wolnych stolikow. Po chwili zostalem doprowadzony do stolika. Zamowilem pol kaczki, troche ze wzgledu na rozmiary – balem sie, ze moge miec problem z dokonczeniem. Po chwili podjechal kucharz z moja kaczka, pokroil na kesy i poukladal na talerzu. Kelner dolozyl dodatki w postaci kapusty pekinskiej, cebulki zielonej, ogorka, papryki, czosnku i sosow (jeden sojowy, drugi pomidorowy – popularnie zwany keczupem). Nastepnie zaprezentowal jak sie powinno spozywac – na nalesniku, polozyc kes kaczki, wczesniej zatonkany w sosie, nastepnie dolozyc dodqatki i zawinac. Pozniej juz zaczal mnie powoli wkurzac. A to przestawial mi talerze na stole, a to dolewal mi non stop piwa i herbaty, a to wymyslil sobie, ze moj plecak powinien byc na krzesle, a nie na zolu. Chlopak sie staral, ale robil to w zlym momencie – jak kwiatek je to nie przeszkadzac. Kaczka swoja droga byla naprawde niezla. Nie to zebym narzekal, ale spodziewalem sie troche lepszej. Ale byla bardzo dobra. I w sumie moglem zamowic cala. Po tej polowce jeszcze miejsce bylo.
Po kolacji udalem sie prosto do hostelu.

31.10
Na dzis w planie mam Swiatynie Lamy i Beihai park. Wstaje jak zwykle. Jak zwykle te same bulki.
Do Swiatyni docieram metrem. Jest w miare malo ludzi. W miare jak na mozliwosci Pekinu. Pogoda tez dopisala. Swiatynia jest przepiekna. A dodatkowy efekt jest jak zawieje wiatr. Wszystkie flagi i dzwonki zaczynaja tanczyc i dzwonic. Mistyka pelna geba.
Spedzam troche czasu w swiatyni i jade dalej. W drodze do parku zatrzymuje siue na chwile na dziedzincu Zakazanego Miasta. Chwile ogladam i wychodze. Tuz przy wyjsciu podchodzi kilka dziewczyn. Czesc bla, bla, bla, nie przejdziesz sie z nami do hutongow, a pozniej moze wyskoczymy na herbate. Hmm. Nieeee dziekuje.
Do parku docieram juz prawie o zmierzchu. Bylbym szybciej, ale poszedlem przez przypadek, dluzsza droga. Park calkiem ladny, ale udalem sie tam tylko w jednym celu – sciana dziewieciu smokow. Cudo. Ale niestety doszedlem tam jak juz byla szarowka i nie moglem sie za bardzo cieszyc widoczkiem.
Ostatnia kolacje w Pekinie, zaliczylem w mojej ulubionej knajpie, wskazujac potrawy z menu jak zwykle paluchem w ciemno.