Archive for Grudzień, 2007

16 – 22. 12 – Szanghaj, Suzhou, Hangzhou.

Alez sie nerwow najadlem. Z mojej winy oczywiscie, a jak. Pojechalem do Szanghaju z nadzieja, ze tam szybko mi wize przedluza. Dupa. 7 dni. Nie, tyle mi sie nie chce siedziec w tym pieknym, ale drogim miescie. Wiec wymyslilem sobie, ze swieta spedze w Honk Kongu i wjade tam z klasa, czyli wlece. Wlasciwie zadna to klasa, bo bilet lotniczy byl tanszy od kolejowego, nie mowiac juz o tym, ze zamiast 25 godzin podroz potrwa tylko 2. No i malo co sie nie spoznilem na samolot. To znaczy nie na samolot, a po odebranie biletu i nie malo tylko spoznilem sie 15 minut. Smaczku dodaje jeszcze fakt, ze za kilka godzin bede na terytorium Chinskiej Republiki Ludowej nielegalnie, z perspektywa swiat w chinskim pierdlu – po prostu bajka. Na szczescie udalo sie odebrac bilet bez problemu. Ale bylo blisko – za blisko.
Wczesnie jak juz wspomnialem bylem w Szanghaju. Ach coz za miasto. Olbrzym – 18 milionow mieszkancow. Za kilka lat aglomeracja przegoni Tokijska. A jakie urodziwe. Jeszcze do konca nie otrzasnalem sie po widokach natury z rejsu, a tu prawdziwe cuda natury chodza po ulicach. Na widok jednej takiej az nas z Abidem zamurowalo, musielismy sie zatrzymac, pokontemplowac widok i sprobowac wyrownac oddech.
A wlasnie, wchodze rano do nowego pokoju w hostelu patrze a tam Abid stoji. Juz myslalem ze chlopaka nie spotkam, a glupio by wyszlo, bo po zejsciu z lodki nawet czesc sobie nie powiedzielismy. Jaka jest szansa, zeby w tak wielkim miescie, z tyloma hostelami, przypadkiem znalesc sie w tym samym. Git. Tomas tez tu jest. Dzien pozniej mial dotrzec Tony, a nastepnego dnia Gerry. Gitara. Hostel w ogole tetni zyciem. Moj numer dwa w Chinach, tuz za Mama Naxi w Lijang.
Jednego dnia polazilem po miescie z Tomasem innego z Abidem. Szanghaj nie ma az tak duzo turystycznych miejsc do zaoferowania – mozna, jak sie chce, obskoczyc to w dwa dni. Ja przedluzylem do czterech. Spokojnie lajtowo, spacerkiem pochodzilem, pozwiedzalem. Odwiedzilem dwa punkty widokowe, jeden to 50te pietro jakiegos hotelu gdzie z Tomasem strzelilismy sobie po szklaneczce szkockiej (McCullan), a drugi to wieza Jinmao, pietro 88. Za sam wjazd zycza sobie 70rmb za wejscie do knajpy 120. Mnie udalo sie wykabinowac jak uniknac obu tych oplat. Widok super, chociaz mgla troche przeszkadza.
I przejechalem sie Maglevem na lotnisko i spowrotem. 30 km w 8 minut. Niestety nie mialem okazji mknac 420km/h, a jedyne 300, ale i tak bylo fajnie.
Nastepnie udalem sie do Suzhou, godzine jazdy pociagiem z Szanghaju. Miasto slynace ze starych ogrodow i najpiekniejszych kobiet w Chinach. Ogrody ladne nie powiem (choc do japonskich nie sposob ich porownac), a kobiety tez ladne, ale mialem wrazenie, ze w Szanghaju widzialem ladniejsze.
Nastepnego dnia busem do Hangzhou skad tez mam wylot do Guangzhou przy granicy z HK. Hangzhou od razu mi sie spodobalo i tylko szkoda, ze nie mam okazji zostac tu dluzej. Coz trzeba bedzie kiedys tu wrocic.
I teraz tylko samolot (air china – bajer wygoda, posilki daja i soczki), dwa autobusy, pociag i juz jestem za granica, czyli w Hong Kongu.

10 – 15.12 – Splyw Jangcy.

Mialo byc samotnie i nudno. Nie bylo. Zrobilo sie za to dosc osobiscie.
Kolejnego dnia mojego pobytu w Chongqing do miasta przyjechal Tony, wiec pojawila sie mozliwosc, ze splywac bede mial z kim. Zanim jednak Tony przyjechal, czekajac na niego, przegadalem caly dzien z jedna z dziweczyn z recepcji hostelu. Tony przyjechal kolo polnocy.
Nastepnego dnia zdecydowalismy ze poplyniem oddzielnie – glowny powod to ograniczony czas kolegi. Udalismy sie na wspolny obiad – hot pot, specjalnosc Chongqing – ostre! Po nim rozstalismy sie z nadzieja spotkania w Shanghaiu.
Po odprowadzeniu na prom, na dzien dobry poznalem moich towarzyszy podrozy. Abid – pakistanczyk mieszkajacy na codzien w San Francisco w USA, Judie i Bob rowniez z SF oraz Tina i Howard z Esex w Anglii. Bardzo mile towarzystwo. Jako ze po dotarciu na lodke bylo juz ciemno, udalismy sie prosto do baru i tam tez zakonczylismy wieczor. Na poczatku mialem tez maly zgrzyt z obsluga lajby. Otoz na wejscie do baru trzeba miec wejsciowke – 60 juanow. Oczywiscie nie mialem zamiaru tego placic wiec trzebabylo wykabinowac jak to obejsc. Po dlugim naleganiu, narzekaniu i przekonywaniu udalo mi sie uzyskac zapewnienie ze bede mogl spokojnie korzystac z baru bez placenia. Dodatkowo Abid zaprosil mnie do swojego pokoju – wiec za free przeskoczylem z klasy trzeciej do pierwszej;)
Nastepnego dnia gralismy sobie spokojnie w karty kiedy podeszlo kilku chinczykow z pytaniem w co gramy i czy moga sie przylaczyc. Alez czemu nie. I tak poznalismy grupe nauczycieli z Hangzhou. Wieczorem zaprosili nas na kolacje za ktora oni w calosci zaplacili. Bylo kupe zarcia, wina, chinskiej anyzowki i dobrej zabawy.
Nastepnego dnia ogladalismy trzy male przelomy. Na szczescie pogoda dopisala i mozna bylo ogladac przelomy w calej okazalosci i kolorystyce. Naprawde szokda ze to zostanie wkrotce zalane.
Wieczorem zeby sie zrewanzowac za wczoraj, my zaprosilismy naszych chinskich przyjaciol na kolacje. Padlo na dosc droga knajpe ale za to zarcie wysmienite. Nastepnie udalismy sie na krotkie przedstawienie, a pozniej do kulbu gdzie zaszalelismy do … Hmm … ja do okolo pierwszej. Dokladnego czasu nie znam;)
Nastepnego dnia musielismy sie rozstac wczesniej. Ja jako jedyny nie pojechalem ogladac tamy. Jakos nie mam ochoty placic kupy kasy za ogladanie kawalka muru ktory w dodatku niszczy cos co mi sie podoba. Przed zejsciem z lodki przegadalem kilka godzin, podobnie zreszta jak w poprzednie dni, z pewna nauczycielka angielskiego. Bylo … niezwykle milo. Troche ze smutkiem ale w sumie bardzo zadowolony ruszylem w dalsza droge.
Wybierajac oferte splywu zdecydowalem sie na bilet trzeciej klasy plus wycieczka do malych przelomow. W sumie po targowaniu sie wyszlo mnie to 500 juanow. Bez biletu udalo mi sie wslizgnac do miasta duchow Fengdu.
Kolejna nocke spedzilem juz sam w Wuhan w jakims podrzednym hoteliku. Dojechalem tam bardzo pozno, bo jeszcze w Yichan, czekalem na Abida i reszte, zeby razem z nimi sie zabrac do Wuhan, ale chyba czekalem nie na tym dworcu autobusowym co mialem. Dzis rano szybko zakupilem bilet na dalsza droge i juz jutro rano zawitam do Szanghaju, gdzie czeka mnie spotkanie z Tonym, Tomasem, Gerrym i (mam nadzieje) z Abidem. A i z PSB biurem bezpieczenstwa. Nie nic zlego nie zrobilem, musze wize przedluzyc i tyle;)

6 – 9.12 – Kunming, Chongqing – 100-dniowka.

Wlasnie mija sto dni moich wojazy. Jak mi z tym jest – w sumie – git. Bujam sie, troche leniwie, ostatnio, po Chinach. Cieplo bylo fajnie w Banna, owocow pelno i cieplo bylo. Nawet w Kunming, ktory troszke bardziej na polnoc, ale ciagle cieplo. I leniwie. Tak mi sie dupsko rozlezalo na sloncu i krzeslach barowych, ze nie bardzo chce mi sie ruszac w dalsza droge.
Kunming fajne miasto. Duze i dosc ladne. Na tyle na ile mi sie udalo je obejrzec, a nie poswiecilem zwiedzaniu zbyt duzo czasu. Troche polazilem, jakis park ze stawem, kilka uliczek. Fajne. Opuszczenia przyszedl czas i ruszenia w dalsza droge. Do Chongqing, w rodkowych Chinach, skad promem po rzece Jangcy. Malo co sie nie spoznilem na pociag. Noc wczesniej poszlismy z Tomasem do klubu. I fajnie bylo. I drinki tanie. I kobitki fajniuchne. I potancowalo sie, do czwartej. A pozniej trzabylo wstac i spakowac sie. No i kawe trzebabylo wypic. Pozniej musialem juz taksowka dupsko na dworzec podwiesc, bo autobusy juz mialy weekend.
Do Chongqing z Kunmingu dosc daleko i pociag jechal 20 godzin. Nasz maly przedzialek byl najbardziej rozmowny, reszta byla jakos dziwnie cicha. Ja niestety nie bylem zbyt rozmowmowny ze wzgledow lingwistycznych, wiec oddalem sie czytaniu ksiazki i sluchaniu muzyczki. I nawet zejsc z wyra nie chcialo zejsc zeby cos zjesc i tylko wczesniej kupione owoce wcinalem. Tak czy inaczej moglem byc w koncu sam ze soba i podroz minela.
Wyszedlem z dworca i …. Dawno sie nie czulem taki zagubiony. Ogromne miasto i tylko dwa hostele, na dwoch kompletnie odleglych miejscach i zadnej mapy ani informacji jak sie tam dostac. W koncu po kilku godzinach odnalazlem hostel. Zostawilem bagaz, zjadlem pyszny obiadek i na miasto. Chcialem sie rozeznac w ofertach promow. W sumie wszystko to samo – kilka dni, ten sam program, tylko rozna cena. Wrocilem do hostelu juz po zmroku. Kolacja, piwko i rozmowy z rodzinka i przyjaciolmi do poznych godzin.
O tym jak wyglada dzienne zycie mieszkancow panstwa srodka – innym razem.

1.12 – 5.12 – Xishuangbanna

No i zdecydowalem sie zjechac do cieplejszych rejonow Chin.
Autobus nocny – sypialny. Kuszetki w autokarze widzialem juz w Indiach ale te chinskie sa zleksza inne. Dwa pietra trzy, rzedy pryczy i mniej miejsca na nogi. A przy okazji przez spory kawal drogi wystepowal znaczny brak nawierzchni afaltowej na drodze, co objawialo sie trzepaniem na prawo i lewo ile wlezie. Suma sumarum – zero snu. Poranek znacznie cieplejszy niz w Dali, ale mglisty. Mgly tutaj utrzymuja sie do poludnia, pozniej jest juz slonecznie i cieplusio.
Na nocleg wyladowalismy w hoteliku w pokoju trzyosobowym (z Thomasem i Sehee), a glownym posilkiem ostatnich dni byly pyszne hamburgery w MeiMeiCafe (jakzesz sie mozna stesknic za kawalkiem karminadla w bulce) – zdecydowanie najlepsze jakie jadlem dotychczas w Chinach.
Dni zlecialy leniwie. Drugiego dnia pobytu w Jinghong (stolica regionu) wybralismy sie na wycieczke rowerowa po okolicy i do gorcych zrodel. Nastepny dzien juz caly na siodelku. 50 km do i z pobliskiego miasteczka. Cala trasa wzgluz Mekongu, pomiedzy palmami w sloneczku. Po drodze przystanki na owoce.
Ach blogo tu jest. Wlasciwie reszte czasu przeznaczylismy na nicnierobienie. Troche poszlajalismy sie po miescie. Wybralismy sie tez na masaz – calkiem bolesne, ale relaksujace doswiadczenie.
Duzo piwa i zachodniego zarcia – rozleniwilem sie strasznie. Nie specjalnie chce mi sie wracac do zimnych czesci Chin, ale tak juz postanowilem. Dzis wsiadam w nocny bus do Kunmingu, gdzie zabawie jeden moze dwa dni.