Archive for Styczeń, 2008

25 – 27.1 Ha Long.

25.01
Pobudka wczesnie rano, szybkie sniadanko, kawka i busik juz podjezdza. Godzin trzy pozniej jestem juz w miasteczku Ha Long z kad wyruszaja wszystkie stateczki z setkami turystow. Pogoda dupiata – zimno i pada. Przewodnik pakuje nas na lajbe i po chwili ruszamy. Zaraz pozniej podano nam lunch – troche owocow morza, rybka na pieciu i jakies salatki. Sklad lodki to sami obcokrajowcy, z wyjatkiem sluzby, kilku koreanczykow, kilku chinczykow, kilku Ozikow, dwie Kiwi, Brazylia, Chile, Szkolcja (Glasgo:)), USA i Polska czyli ja – mile towarzystwo.
Widoki zza dzonki niesamowite. Przypominaja troszke okolice Yangshuo w Chinach tyle ze zalane woda. Lodka sennie przeplywala pomiedzy wyspami-skalami. Krotki postoj na jaskinie i dalej w droge. Nastepny postoj na wyspie Cat Ba – czesc osob wysiada, zamowili nocleg w hotelu, reszta bedzie spala na pokladzie. Ruszamy dalej. Kolejne wysepki, kilka wodnych wiosek rybackich, kolejna atrakcja turystyczna. Na noc zatrzymujemy sie gdzies pomiedzy wyspami. Nie jestesmy tu sami, dookola kilkanascie stateczkow.
Na kolacje zapodaja – fish and chips. Fish do podzialu znowu (co zaczyna mnie irytowac, przeciez jestesmy na morzu, jakby nie bylo, czy tak trudno jest zarzucic wedke i cos zlowic), frytkow tez tyle co kot naplakal, dodatkowo jakies salatki i ryz – na szczescie duzo ryzu, mozna sie napchac.
Wieczorem nie dzialo sie zbyt wiele, jakies drinki, troche pogaduszek i … okolo 22ej zgaslo swiatlo – generator wysiadl czy cos. Dopilismy drinki i poszlismy spac.
Nastepnego dnia z ranka mielismy troche pokajakowac ale ciagle siapilo i nikomu sie na chcialo nawet wstac. Na sniadanko kilka tostow z dzemem, kawa i smazone jajko.
Lodka ruszyla dalej przeplywajac pomiedzy kolejnymi wyspkami. Zrobilismy postoj w jakiejs wodnej wiosce. Czesc ludzi udala sie na krotka wycieczke do malej zatoczki wewnatrz jednej z wysepek. Ponoc fajnie, ale nie jakos super. Reszta siedziala na statku, cieszac sie widokami, lub jak ja kosztujac owocow zakupionych u babuszek z lodek.
Po tym krotkim postoju ruszylismy powoli z powrotem do miasteczka Ha Long.
Na miejscu lunch – po krewetce, rybka na spolke, salatki i ryz. Po zjedzeniu pojechalismy z powrotem do Hanoi. Naiestety porozrzucali nas po roznych autobusach, wiec nawet nie zdazylem sie pozegnac z towazyszami z lodki.
Na miejscu w Hanoi poszedlem na kolejna nocke do tego samego hoteliku, gdzie poznalem jednego Francuz i Szweda, z ktorymi zjadlem kolacje i pogadlaismy sobie przy piwku za 40 groszy.

27.01
Pobudka tym razem normalnie (kolo dziesiatej), na sniadanie kebab. Nastepnie wycieczka do jednej ze swiatyn, oraz do muzeow – wpierw muzeum historii Wietnamu, a nastepnie muzeum rewolucji. W muzeum historii spotkalem Richarda, anglika z ktorym spedzalem czas w Hong Kongu (jaki ten swiat/azja maly). Razem poobchodzilismy muzea i poszlismy cos przekasic.
Po wczesnej kolacji udalem sie z powrotem do hotelu po bagaz, a nastepnie na autobus do Hue.

22 – 24.01 – Good morning … Hanoi.

22.01
No nie do konca taki dobry. Zaraz po wyjsciu z pociagu przywital mnie mocny chlod a chwile pozniej dostalem mzawka w twarz. Pozniej bylo … jeszcze gorzej. Na dworcu mialem zaczekac na pare belgow, poznanych dzien wczesniej w Lao Cai. Niestety nie spotkalismy sie. Wzialem wiec motorek i po uzgodnieniu ceny ruszylem do hostelu, ktory polecila mi Sehee. Po dotarciu daje kolesiowi kase, nie mialem jednak dokladnej sumy, a on reszty i nie wiedzac czemu zadowolil sie mniejsza suma. Nie dokonca rozumiejac go udalem sie do hoteliku, uzgodnilem warunki i udalem sie w kimono. Pech chcial ze nie wylaczylem budzika i ten sie darl o dziwnej porze. Wkladam reke do plecaka zeby wylaczyc dziada … a tam pusto. Zapieprzyli mi aparat!!! No pieknie – juz wiem czemu koles nie chcial wiecej kasy. Ale jak, kiedy …? W koncu padlo i na mnie. Bardzo zniesmaczony zaczalem wiec dzien.
Po sniadaniu (jajecznic + kawa – zajebista kawe maja w Wietnamie) wyszedlem z hotelu w celu jakotakiej eksploracji miasta. I zaraz po tym natknalem sie na parke belgow. Razem udalismy sie na male conieco, a pozniej poszlajalismy sie po okolicy. Pod wieczor poszlismy na przedstawienie wodnych lalek. Przedstawienie bardzo fajne, zabawne nawet.
Nastepnie kolacja – wietnamski hot pot, troche netu i spanie.

23.01
Kolejny dzien w tym dziwnym miescie.
Na sniadanie musialem wyklocic, niemalze, cene – dla turystow cena specjalna. Nastepnie wycieczka do bankomatu – trzeba se kupic jakis aparat (coz moze to skrocic troche dalsze podroze, ale bez aparatu tak … ). Dla bezpieczenstwa wybralem sprawdzona firme – CityBank i wyciagnalem pieniazki, zabralem rachunek, wyciagam lape po karte … karty brak. Gnoj ja polknal. Co jeszcze … Trase wycieczki musialem przeorganizowac ze sklepow na centrale banku. Mila pani poinformowala mnie, ze dzis juz nic nie da sie zrobic i zebym przyszedl jutro. Zobaczymy. Jak nie to bedzie krucho – bardzo krucho.
Reszte dnia spedzilem na szlajaniu sie po starej dzielnicy. W celu poprawy humoru szrpnalem sie na marsa i kawe. Niestety dostalem zamiast czarnej (w zasadzie tylko taka pijam) – z mlekiem i to drozsza. Na nic przekonywania i nerwy.
Zeby do konca nie stac w miejscu, polazilem troche po agencjach, zeby kupic wycieczke do zatoki Ha Long. W jednej z nich zabawilem troszke, bo wlasciciel ogladal wlasnie cwiercfinal australian open – Federer vs Black. Federer wygral (ot niespodzianka). Zdecydowalem sie tez udac w dalsza podroz po Wietnamie – open busem. Wsiada sie w Hanoi i mozna wysiasc na dowolna ilosc dni w kilku miastach po trasie do Saigonu. Trasa jest zgodna z moimi planami i do tego wychodzi taniej i wygodniej niz pociagami. Niestety czytalem, ze roznie to bywa z przewoznikami, wiec sie zobaczy. Mam nadzieje ze zadnych jaj nie bedzie.
Humor poprawilo mi czytanie, relacji innych podroznikow. Znow przyszla ochota na ruszenie w trase. Dokad sie da. Do kiedy sie da.
Sie zobaczy jak to bedzie.
Wpierw trzeba karte odzyskac.

24.01
Dzien zaczal sie jak codzien. Kawa, jajecznica, tenis w tv. Pozniej poszedlem odebrac karte, do banku – bez problemow. Wycieczka po aparat. Ech nawet nie zdazylem sie pozegnac z moim nikusiem – co za zycie… Teraz musze sie pocieszyc czyms zastepczym, a mianowicie idiotka panasoncia, mam tylko nadzieje, ze fotki beda ok. Coz.

Nastepnie spacer po alejkach w poszukiwaniach odrobiny owocow. O wszystko sie trzeba wyklocac. Chca czlowiekowi wcisnac kilo pomaranczy za 2 dolce – to u nas je mozna taniej kupic. Zadowolilem sie ananasem, bananami i smoczym owocem. Targu dobijalem dosc dlugo, ale sie udalo osiagnac kompromis.
Reszte dnia pokrecilem sie po okolicy, kolacja i kima.

Jutro zatoka Ha Long.

19 – 21.01 – Wietnam – Sapa

Przejscie prze granice poszlo gladko jak juz wspomnialem i Chinska przygoda zostala poki co zakonczona. Pewnie jescze tam wroce.
Tuz za granica wymienilem pieniazki z chinskich yuanow na wietnamskie dongi, po dosc satysfakcjonujacym kursie i udalem sie na autobus do gorskiej miejscowosci Sapa.
Godzinke pozniej bylem juz w gorach, ktore zakryte byly gesta mgla. Przez glowe przeszla mi znajoma z Chin mysl – po cholere ja tu przyjechalem, tu nic poz mgla. Bylo juz pozno wiec pozostalo mi znalezienie jakiegos lokum i wrzucenie czegos do zoladka. Wlasciciele pensjonatow i roznej masci naganiacze zapewniali, ze taniej jak 5 dolarow za noc nie znajde, ale ja mialem inny plan. W koncu udalo sie cos znalezc. Stanelo na 3 dolcach, chwile pozniej po obejrzeniu pokoju i lazienki, ze wzgledu na brak sluchawki od prysznica, cena poszla w dol o pol dolara. I tak udalo sie znalezc kwatere za 2,5 dolara (40000 dongow). Nastepnie jakis makaron z wolowina, szaszlyczek na dokladke i kima.
Nastepnego dnia udalem sie na przechadzke po okolicy. Ladny park z super widokiem na miasteczko i ladnymi ogrodami oraz kilkukilometrowa przechadzka poza miasteczko, zajela mi dzien.
Podczas spaceru mialem pewien kryzys. Zmeczenie podroza dalo znac o sobie. Pojawily sie mysli, zeby po Wietnamie wracac do dommu. I tak pozno – to pierwszy raz od prawie pieciu miesiecy. Jednakze pod koniec dnia, mysli te odeszly gdzies.
Kolejny dzien to juz droga do Ha Noi. Wpierw busik spowrotem do Lao Cai, gdzie przyszlo troche posiedziec czekajac na transport, a nastepnie nocny pociag do stolycy.

14 – 19.01 – Chiny – epilog. Kunming, Yuanyang.

Pociagiem wygodnie sobie zajechalem do Kunmingu z planem spedzenia kilku dni w klasztorze cwiczac kung-fu. Plan ten jednak szybko uleg zmianie. Po pierwsze kilka dni nic mi nie da, kilka tygodni jakies efekty by dalo. Po drugie czas i budzet powoli zaczynaja gonic (szczegolnie budzet). Po trzecie Chiny zaczynaja mnie meczyc. I w koncu po czwarte nie chcieli mi sprzedac najtanszego biletu do Dali. To ostatnie zadecydowalo.
Wsiadlem w autobus i udalem sie do hostelu, a nastepnie do konsulatu Wietnamu. Wiza do odbioru za dwa dni. Koszt bagatela 350 juanow – niezle sobie licza.
I tak wiec kolejne dwa dni spedzalem na szlajaniu sie po hostelu, ogladaniu filmow, graniu w bilarda i pingponga oraz kilku piwach. Sloneczko grzalo i bylo fajnie.
Wietnamcy wklepali mi na wize dokladna date wjazdu do ich jakze socjalistycznego kraju, ktora odbiegala o caly dzien od moich planow. Szybkie spojrzenie do spiewnika i zakup biletu do Yuanyang gdzie podziwiac mozna tarasy ryzowe. A ze jest to po drodze to czemu nie.
W Yuanyang wyladowalem o swicie, nie wiedzac gdzie wlasciwie jestem. Wszedzie dookola mgla. Po ustaleniu, gdzie jestem, co trwalo dosc dlugo, udalem sie znalezc jakas kwatere. Na miejscu poznalem Stevena, Belga, ktory niemalze od razu zaroponowal mi, zebym sie do niego dolaczyl na ogladanie tarasow. Kilku godzinna wycieczka 200 rmb za auto. Chwile pozniej poznalismy dwie Izraelki, ktore sie wybiora z nami (co obnizylo koszty do akceptowalnej sumy).
Kierowca zabral nas w njalepsze miejsca, a i pogoda sie zdecydowala poprawic. Widoki niesamowite, pozostawie je bez komentarza – odsylam do galerii..
Po powrocie do miasteczka, poszlismy cos zjesc i wybralismy sie na kilkukilometrowy spacer do kolejnych tarasow. Zachod slonca tylko upiekszyl widoki.
Nastepnego dnia rano udalem sie juz na autobus do Hekou – miasta granicznego z Wietnamem. Wlasciwie nie tak z samego rana. Budzik mi nie zadzwonil tak jak mial i musialem jechac pozniejszym autobusem. I zamaist cztrech godzin jechalismy szesc i pol, co moglo skutkowac dotarciem na miejsce tuz po zamknieciu granicy. Na szczescie byla otwarta. Przejscie z kraju do kraju odbylo sie gladziutko, pieczatka tu, formularzyk i pieczatka tam i juz China za plecami.
Alez zonka mieli chinscy celnicy jak nie znalezli u mnie przewodnika po chinach, juz chcieli sobie zawlaszczyc, a tu nie ma. Ksiazke wczesniej, razem z kurtka zimowa wpakowalem w pudelko i wyslalem do domu. Ciekawe czy po otwarciu paczki ja sie nie zdziwie – na pokwitowaniu przesylki widnieje napis – paczka moze byc otwarta oficjalnie. Tak ze sie zobaczy czy aby Chinski rzad oficjalnie nie zapierdzieli mi spiewnika.
Chiny zakonczylem po prawi trzech misiacach wedrowki, wliczajac Hong Kong i Macau. Mozna tu jednak spedzic zdecydowanie duzo wiecej czasu. Kraj ten ma strasznie wiele do zaoferowania. Ja jedynie obejrzalem czesc Panstwa Srodka. Ludzie na ogol sa bardzo sympatyczni i pomocni, choc na drogach trzeba sie miec na bacznosci, a niektore ich zachowania budza wrecz odraze (z glosnym odchrzakiwaniem i pluciem na czele).
Wydalem tez duzo wiecej kasy niz planowalem. Choc teraz musze przyznac, ze moje zalozenia byly nierzeczywiste. Na dzien szlo mi okolo 20-25 dolarow. Mozna oczywiscie obciac koszty, chociazby jezdzac tanszymi klasami kolejowymi (tzw. hard seater – wykle miejsce siedzace) zamiast kuszetek, ale z czasem i biorac pod uwage czasy przejazdow, po prostu nie chcialo mi sie meczyc.
Chiny tez potrafia wymeczyc pozadnie, jest to tego typu kraj za ktorem sie teskni tuz po opuszczeniu, a ktorego sie ma dosyc juz kilka godzin po wjezdzie. Ale zdecydowanie warto bylo.

3-13.1 Guangzhou, Yangshuo, Guilin.

Cos mnie niemoc jakas noworoczna dopadla. Nie mysle dostatecznie trzezwo i juz mnie kilka razy w ciula zrobiono – raz z tym pendrivem, a pozniej jak zajechalem do Yangshuo mnie kolo naciagnal.
Wczesniej spedzilem kilka dnie w Guangzhou. Kolejne duze miasto, nic ciekawego. Wnudzilem sie, oblazilem troche miasto. Park maja fajny. I to w sumie wszystko. Z Sehee sie spotkalem, ta koreanka z ktora jezdzilem po Yunanie.
Nastepnego dnia udalem sie autobusem nocnym do Yangshuo. I byl tu kolejny blad, bo wyladowalem na miejscu przed szosta rano, a ze w nocy w autobusie jakis bachor prawie przez caly czas beczal, i dodatkowo chinski wynalazek w postaci autobusow sypialnych nie pozwala na wygodne lezenie, nie spalem prawie wcale, co zaowocowalo znalezieniem sie nie w tym hostelu co chcialem. Koles na przystanku jeszcze upewnial mnie, ze jego hostel to ten do ktorego chcialem isc i ten co w przewodniku. Oczywiscie okazal sie byc innym i w dodatku drozszym i jeszcze dodatkowo policzyli mi za caly dzien te kilka godzin od szostej rano do poludnia. A ze bylem na tyle glupi i zmeczony to zaplacilem z gory za 3 dni.
Same Yangshuo jest niewielkim miasteczkiem polozonym wsrod przepieknych wzgoz. Duzo tu turystow i na tym sie opiera to miasteczko. Ale widok okolic jest wprost kapitalny. Polazilem wiec po gorkach i szlakach podziwiajac te widoki. Jednego dnia przelezalem w lozku caly czas, leb mnie bolal i nic mi sie nie chcialo. Slowem – niemocy ciag dalszy. Kolejnego poszedlem na caly dzien na szlak. Autobusem do jednej miejscowosci i z powrotem piechotka wzdluz rzeki. Widoki nie do opisania. Po drodze przyplatal sie jakis chinczyk i zaczal mi opowiadac o gorkach. Cos tam w sumie zrozumialem i milo mi sie z nim szlo.
Do Guilin zajechalem nastepnie. Pierwsze co uslyszalem w hostelu to: wow you are hot. Niestety nie tyczylo sie to mojej osoby jako takiej (a szkoda bo fajna dziewczyna to powiedziala), a jedynie faktu ze bylem w krotkich spodenkach. Pozniej jeszcze na ulicy mnie palcami pokazywali, choc zastanawiam sie czy to dlatego ze mialem krotkie galoty, czy dlatego, ze moje nogi sa troche owlosione, co w tej czesci swiata jest zadoscia. Poza tym Guilin jest dosc fajnym miastem, dosc czystym i nawet klaksonow tyle sie nie uzywa na ulicach.
Zaskoczyli mnie tutaj po raz kolejny. Pozytywnie tym razem. Widzialem juz ponad stupietrowy budynek, w Szanghaju, ktory wybudowano w rok czasu, a teraz wymyslili sobie zrobic wodospad z budynku dziesieciopietrowego. I to nie byle fontanna, tylko prawdziwy wodospad – woda leje sie z samej gory i na dlugosci calego budynku. Pomysl musze przyznac genialny.
Kolejny dzien pobytu w Guilin przesiedzialem prawie caly w hostelu. Powod jedyny – mroz za oknem. No nie do konca mroz, ale pizdzilo znacznie i wychodzic mi sie nie chcialo. Na dworzec sie ino przeszedlem po bilet na dalsza droge. I na kolacje wieczorem – dzis serwowali rybke w piwie – smaczniusia.
Wieczor na skypie ☺

23.12. – 3.1.2008 – Hong Kong i Macau

Swieta swieta i po swietach. W sumie nie bardzo nawet poczulem ze byly. Ok byly jakies wystawy, pseudo chinki, laseczki w czapeczkach Mikolaja, ale nic wiecej. Na wieczerze mialem nawet wolowine zamiast ryby. Slowem dzien jak codzien.

Za to Hong Kong jako miasto rzadzi. Kapitalne, po prostu. Jest tu chyba wszystko czego mozna chciec od miasta, a jak sie chce to pol godzinki i juz sie jest na lonie natury. A tak w ogole to musze przyznac, ze udezylem w kulture podczas tych swiat. Dwa muzea i kino, a jak. A takze byla plaza z kapiela w morzu oraz spacery po gorkach. O – tak sie bawilem.

W hostelu poznalem grupke gosci, glownie z Europy, studiujacych w Pekinie i z nimi tez spedzalem czas. Razem udalismy sie na wspolnego sylwestra. Hmm wlasciwie nie mozna tego nazwac sylwestrem (w naszym tego slowa znaczeniu). Po prostu grilowalismy sobie na plazy. Sylwestrowa noc zaprawilem kurczakiem i whisky z cola i tyle. Szampana nie bylo, fajerwerkow nie bylo, ba nawet muzyki nie bylo. Ale bylo spoko towarzystwo i to w sumie wystarcza. Fajerwerki przy glownej promenadzie ponoc byly bardzo kiepskie.

Na mp3ke wybralem wypadkowa wielkosci, jakosci i ceny (ktora tez odgrywala role) i wyszlo mi – Meizu M6 (8GB). Na forach zbieral bardzo dobre noty, a i ja jestem juz bardzo zadowolony. A za zaoszczedzone w ten sposob pieniazki zjadlem super zajebistego kurczaka w Macau (i mowie to z pelna odpowiedzialnoscia – kura po prostu paluchy lizac) oraz pendrivea sony 32 GB, ktory okazal sie byc trzydziestodwugigabajtowa niszczarka danych. Naiwnosc kwiatkowska nie zna granic – uwaga: jeszcze nie wymyslono tak duzych pendrivow!!!

W Macau spedzilem tylko jedna noc, a nastepnego dnia udalem sie spowrotem do Chin (w sumie stesknilem sie za tym absurdalnym krajem).

A czego zycze wszystkim i sobie na nowy rok:

I want a breeze and an open mind
I wanna swim in the ocean, wanna take my time for
me, it’s all free
So maybe tomorrow I’ll find my way home