Archive for Luty, 2008

19 – 25.02 – Siem Reap i swiatynie Angkor. Droga do Laosu.

Nastepnego dnia z rana wsiedlismy do kolejnego autobusu, zeby wyruszyc w droge do Siem Reap, ktore jest miasteczkiem wypadowym do swiatyn Angkor. Swiatynie wybudowane za czasow panowania imperium Kmerow, pomiedzy 9 a 13 wiekiem. Masywne, pieknie zdobione, niesety zniszczone.
Do swiatyn wybralismy sie wieczorem dnia nastepnego, a przez caly dzien szwedalismy sie po miasteczku, odwiedzajac glownie targi (wiele wiecej do zobaczenia tam i tak nie ma). Wieczorem poszlismy kupic bilety do swiatyn i tego samego dnia udalismy sie do jednej z nich, na szczyt wzgorza, zeby poogladac zachod slonca, ktory nie byl zaden spektakularny. W droge powrotna postanowilismy sie udac na stopa. Wystawilismy paluchy i po trzech autach zatrzymal sie miniwan. Jestes z Niemiec? – uslyszalem. Nie z Polski – szybka riposta. To jeszcze lepiej, wsiadajcie chlopaki – padla odpowiedz. I tak znalezlismy sie w wanie z kilkoma amerykanami. Spoko goscie, pogadac mozna bylo i posmiac sie troche. Wysadzili nas niedaleko naszego hostelu i tam sie pozegnalismy.
Po sniadanku dnia kolejnego wsiedlismy na rowerki i udalismy sie na caly, pierwszy z trzech dni, ogladac swiatynie. Na pierwszy strzal poszla najwieksza z nich – Angkor Wat – uwazana za ajwieksza swiatynie na swiecie. Bajka.
I tak od swiatryni do swiatyni zlecialy dwa dni. Wymieniac kolejnych nazw nie bede, bo spamietac tego wszystkiego w stanie nie jestem.
Trzeciego dnia udalismy sie, rowniez na rowerkach, do swiatyni Bantey Srey, oddalonej od glownych swiatyn o ok 30 km. Droga mijala zmudnie i dosc bolesnie, glownieze wzgledu na niezbyt wygodne siodelko. W koncu dotarlismy na miejsce i … ucielismy sobie dzemke w hamakach w restauracyjce. Pozniej poszlismy obejrzec swiatynie. Dosc mala, ale bardzo bogato zdobiona i w sumie dlatego tez warta odwiedzin.
Po powrocie do hostelu niemalze spadlem z rowera. Jakies 80 km, tego dnia stanowi moj skromny rekord na tym pojezdzie.
Nastepnego dnia wyruszylismy juz w kierunku Laosu. Mialo byc ekstremalnie i odludnie. Miala byc przeprawa przez bardzo malo odwiedzana czesc Kambodzy. Bylo inaczej. Wsiedlismy jak kazdy inny w autobus i ruszylismy droga, mozna by rzec turystyczna. Powod jeden – koszty. Odludna droga byloby bardzo drogo.
I tak na jedna noc zatrzymalismy sie w miasteczku Kampong Chom, w ktorym niczego ciekawego nie ma. A na kolejna wyladowalismy w Stung Treng, oddalonym o dwie godziny od granicy z Laosem.

11 – 18.02 – Sihanoukville.

Z samego rana wsiedlismy do autobusu i po kilku godzinach zatrzymalismy sie w nadmorskiej miejscowosci Sihanoukville. Miasteczko niewielkie, slynace glownie ze swoich plaz oraz nieustajacych imprez. Troche nam zajelo znalezienie lokum, gdyz nasi angielscy znajomi szukali czegos o wyzszym standardzie, a ja z Jonathanem nie koniecznie (byleby taniej). W koncu sie rozdzielilismy i znalezlismy osobne lokum. Oni za 20 dolarow za pokoj, my za free. Dokladnie za darmo. Taniej byc juz nie moze. W miasteczku jest kilka miejsc gdzie mozesz spac za darmo, a w zamian zobowiazujesz sie u nich jesc i pic, co juz takie tanie nie jest, choc oczywiscie nikt cie nie pilnuje.

Kolejne dni spedzalismy na plazowaniu, piciu i imprezowaniu.
Ktoregos dnia wybralismy sie na rowerki, zwiedzic okolice, a przy okazji zagrac z miejscowymi w siatkowke plazowa, innego dnia poplynelismy na wycieczke o wdziecznej nazwie Booze Cruise. Czas plynal wolno i milo.
I tak zasiedzialem sie prawie tydzien, ramiona sie troche spalily, a organizm zmeczyl sie ciaglymi imprezami i promocjami w stylu happy hour. Na kilku takich happy hour bylo co pojesc. Raz zaserwowali bufet spagetti, a innym razem byl pizza bufet. Alez sie wtedy nazarlem.

Czas nadszedl wracac do Phnom Penh, odebrac wizy z ambasady Laotanskiej i ruszyc w dalsza droge.

8 – 11.02 – Phnom Penh. Kambodża.

8.02
Przejscie graniczne bylo dosc zwariowane, ale dla nas okazalo sie dosc sprawnie zorganizowane. Jako ze wsiadlem do bezposredniego autobusu relacji HCMC – Phnom Penh nie mialem sie martwic o nic. Przewodnik skasowal nas po 25 dolarow za wize (normalnie powinno byc 20, piec wzial, jak to sie wyrazil za bezpieczenstwo) wzial paszporty i zniknal, niewiele nam mowiac. Chwile pozniej przyniosl podbite paszporty z nowa wlepka i mozna byl jechac dalej.
W autobusie poznalem calkiem sympatyczna parke z anglii i po dotarciu do PP razem udalismy sie do hostelu.
Po rozpakowaniu wzielismy tuk tuka (taka zmotoryzowana riksza) i kazalismy sie obwiezc po miescie. Miasto duzo ladniejsze od Saigonu.
Wieczorem smaczna kolacja, troche bilardu, kilka piwek.

9.02
Z rana po sniadanku, wzielismy sobie rowerki i udalismy sie w wycieczke po miescie. Zatrzymujac sie co jakis czas, by cos przekasic, lub napic sie czegos. Wrocilismy wieczorem, po odwiedzeniu, kilku miej turystycznych miejsc w miescie. Kolacja w tym samym miejscu, jakis film wieczorem i kima.

10.02
Wieczorem dnia poprzedniego dolaczyl do nas Johnatan, Holender, ktorego poznalem wczesniej w Wietnamie. Razem udalismy sie z rana, do muzeum – wiezienia S-21. Byla szkola z ktorej Pol Pot i jego swita uzodzila miejsce tortur setek tysiecy Kambodzan. Niektore prezentacje robia dosc wstrzasajace wrazenie. Po muzeum na rowerkach udalismy sie na pola smierci. Droga byla calkiem niezla i pedalowalo sie milo, ale jakos zjechalismy z wlasciwej drogi i uswiadomiono nas o tym dopiero jakies 10 km pozniej.
Pola smierci to z kolei miejsce w ktorym wczesniej torturowanych w S-21 ludzi, zabijano. Robiono to w dosc bestialski sposob, zeby oszczedzic drogocennych kul – bito ciezkimi narzedziami, kijami bambusowymi, lub podrzynano gardla.
Z powrotem do miasta dotarlismy bez przygod, szybko i sprawnie. Wieczorem udalismy sie do, innego pensjonatu do znajomego Johnatana, na partyjke bilarda i kilka piwek.

11.02
Nastepnego dnia, pojechalem z Johnatanem do ambasady Laosu – wyrobic wizy, a nastepnie udalismy sie obejrzec palac krolewski. Musze przyznac, ze robi wrazenie. Pieknie ozdobione budynki, wokol wszedzie zielen i kwiaty. Szkoda tylko ze cudzozeimcy musza placic 25 razy wiecej od miejscowych.
Po palacu szybko przemiescilismy sie do innej czesci miasta, zeby obejrzec swiatynie Wat Phnom. Ladna swiatynia na wzgorzu, z Budda w srodku. Prawie udalo nam sie obejrzec nie placac. Prawie bo straznicy kapli sie i opuscilismy miejsce ciut szybciej niz planowalismy.
Wieczorem troche kart, piwa i takie tam.

3 – 7.02 – Saigon

3.02
Do Saigonu zwanego Ho Chi Minh City, od czasow wyzwolenczego pojednania polnocy z poludniem Wietnamu, zajechalem poznym wieczorem. Troche mi czasu zajelo zeby znalezc jakis nocleg, prawie wszystko zajete z powodu nowego roku chinskiego. W koncu znalazlem maly hotelik za 6 dolarow za noc. Pozucilem bagaze i udalem sie w przemarsz przez okolice w poszukiwaniu jakiegos jadla, stanelo na dwoch kebabach za 1,5 dolca. Po owiedzeniu kolejnych kilku uliczek wrocilem do hoteliku i udalem sie do wyrka. Zasnalem dosc pozno bo kablowka wliczona do pokoju byla.

4.02
Wstalem dosc wczesnie bo mi powiedzieli w hoteliku z dormem zebym przyszedl rano i sie zapytal o wolne lozka to moze beda mieli. I tak sie stalo. Dostalem prycze za 3 baksy. Nastepnie poszedlem na spacer po miescie, odwiedzajac tzw katedre Notre Dam, ktora okazala sie byc niezbyt okazalym kosciolem, nic specjalnego.
Po dluzszym spacerze wrocilem do dzielnicy barowo-hotelowo-turystycznej, usiadlem na mala kolacje w przydroznym barze. Poznalem tym samym dwie angielki, rowniez konsumujace, a takze prawiace z wlascicielka. Ta w chwile po naszym zjedzeniu, zaprosila nas do siebie do domu. Tam poczestowala nas ciastkiem z lepkiego ryzu oraz swiezym kokosem. Pozniej zaczela nam opowiadac o wojnie, o ofiarach broni chemicznej uzywanej przez wrogie USA, o tym jak im pomaga.
Po tym ciekawym spotkaniu udalismy sie na piwko za zloty piatka za liter. A na nastepny dzien umowilismy sie na odwiedzenie tunelow Cu Chi, uzywanych przez wyzwolencza partyzantke Vietcongu.

5.02
Na wycieczke najtaniej udac sie w sposob zorganizowany prze ktores z bior turystycznych. A przynajmniej tak rzecze biblia (LP).
Tak wiec z poswieceniem wstalem rano i udalem sie jak rasowy turysta obejrzec sobie tunele.
Autbus odjechal zgodnie z planem i zaraz po odwiedzeniu zakladu pamiatek, wyrabianych przez ludzi pokrzywdzonych przez gazy amerykanskie, dojechalismy do celu naszej wyprawy.
Jeszcze tylko zakupic bilet wstepu. Tak biuro zapomnialo dodac ze koszt wycieczki to tylko transport i przewodnik.
Na dzien dobry pokazano nam krotki film przedstawiajacy wydazenia z lat 60tych w tej czesci Wietnamu. Jezyk uzywany przez narratorow tego filmu to propaganda czystej krwi marksiatowskiej, przypominalo to tez troche wypowiedzi pewnych politykow poprzedniego rzadu RP – my dobrzy biedni, uczciwi, pokoj kochajacy, oni bezwzgledni wrogowie przybywajacy tu w celu eksterminacji naszego ukochanego narodu.
Po filmie przewodnik szybko i sprawnie przeprowadzil nas przez kolejne stacje wycieczkowe, takie jak tajne wejscie do tuneli, wielkosci okolo 30x45cm, kuchnie polowe, jakis czolg zdobyty przez bohaterski lud Cu Chi, strzelnice, w ktorej dziwnym trafem najwiecej bylo rosjan, do tunelow, zatrzymujac sie co jakis czas i pozwalajac zrobic kilka fotek. Sam tunel do ktorego mozna wejsc i zarazem trzeba jakoz to kulminacyjny punkt pielgrzymki ma dlugosc 90 metro. W srodku wymiary sa okolo 90 cm wysokosc na jakies 50 cm szerokosc. W srodku jed dosc ciemno (sa co jakis czas male lampki), goraco i duszno. Nie wszystkim sie udaje przejsc caly dystans 100 yardow. Wycieczka konczy sie drobnym poczestunkiem, herbatka i przejsciem przez sklepik z pamiatkami. A jakze.
Wycieczka jest w sumie warta odbycia, szkoda tylko, ze forma byla taka a nie inna. Nie mam pojecia czy da sie tam samemu bez grupy zajechac i wejsc. Sam tunel choc niewielki robi dosc spore wrazenie. Na moje zapytanie czy tunel jest oryginalny czy to jakas replika zrobiona pod turystow, odpowiedz padla, ze oryginal.
Po powrocie udalismy sie cos przekasic a dzien zakaczylismy w naszym piwnym barze.

6.02
Ostatni dzien ksiezycowego roku. Za dnia nic wielkiego sie nie dzialo. Pozno wstalem, wypilem kilka shakow owocowych, polazilem po okolicy. Zatrzymalem sie w knajpce na posilek. Knajpka byla wietnamska tylko, zadnych turystow, menu tylko w jezyku wietnamskim. Chcac jednak cos zjesc wskazalem paluchem sasiedni stokik, na co ten zareagowal zaproszeniem mnie do siebie. I tak kolacje odbylem w towarzystwie milych wietnamczykow.
Wieczorem udalem sie na skrzyzowanie dwoch glownych ulic, pieknie przystrojonych kwiatami i roznowkolorowymi lampkami. Swoja droga przydalo by sie wyslac tu przedstawicieli kilku polskich miast, zeby sie nauczyli jak mozna udekorowac miasto na nowy rok.
Na miejscu, na scenie juz odbywaly sie jakies przedstawienia, piosenki itp. Ulice zaladowane ludzmi.
Chwile po polnocy odbyl sie pokaz sztucznych ogni, ktoremu towarzyszyly ochy, achy i oklaski publicznosci. Po jakichs pietnastu minutach wszysc sie zwineli i ruszyli do swoich domow. Przejsc przez ulice bylo naprawde ciezko.
A propos przechodzenia przez ulice. Nigdzie tak jak w Saigonie nie stanowi to takiego wyzwania. A szczegolnie na czerwonym swietle. Miasto liczy 6,5 mln ludzi, a okolo 80 procent z nich jezdzi na skuterach. Wpisalbym nawet przechodzenie przez jezdnie w HCMC na liste sportow ekstremalnych. Emocje gwarantowane. Zabawa przednia.

7.02
Pierwszy dzien roku szczura, a moj ostatni w Wietnamie. Nic sie nie dzialo. Spotkalem kumpla z Holandii i razem udalismy sie na kilka sokow, shakow owocowych, herbatek. Na miescie zadnych celebracji, parad, smoczych tancow ani niczego innego, czego sie na dzis spodziewalem.
W jednej z kafejek ucialem sabie pogawedke z bylym strazakiem amerykanskim. Ciekawa postac. Na chwile obecna pracuje w firmie dystrybujacej sprzet medyczny, produkowany w Wietnamie wlasnie. Opowiadal mi jak wygladala jego praca jako strazaka i jakim szacunkiem sie ten zawod cieszy po zamachach z wrzesnia 2001.
Z innych ciekawych ludzi, ktorych udalo mi sie spotkac, byl Swen, Norweg. Nie jest turysta, jak mowi, jest nomadem. Jest wegeterianinem, nie pije alkocholu. W trasie okolo 16 lat, do domu zadko zaglada. Jak twierdzi, nic go tam nie czeka.
Pieniadze czerpie z jakiejs dlugoterminowej inwestycji.

Wietnam mnie dosc mocno rozczarowal. Zaryzykuje nawet stwierdzenie, ze poki co byl to najgorszy kraj jaki odwiedzilem. Wydaje sie byc krajem gdzie zorganizowana turystyka jest najtanszym rozwiazaniem, a wszelka niezaleznosc drogo kosztuje i nie jest mile widziana. Poza tym jako bialy jestes traktowany jak wor dolcow. Gdzie za praktycznie wszystko jestes liczony, nawet czterokrotnie wiecej niz autochton. A co gorsza sprzedawcom nie usmiecha sie targowac, wola nie sprzedac towaru niz zejsc z ceny. W ogole jakos malo sie usmiechaja.
Czego nigdy nie zapomne, w pozytywnym znaczeniu, to odcienie zieleni pol ryzowych – niesamowity kolor zmieniajacy sie przy lekkim wietrze (takiej grafy panie Janski to jeszcze dlugo zaden komp nie wycisnie). Smaku i zapachu kawy, bez dwoch zdan najlepsza kawa jaka dotychczas pilem. A zapach swiezej Blue Mountain – poezja. Teraz rozumiem czemu jest taka droga. Shake i soki owocowe tez pierwsza klasa i do tego tansze niz same owoce:)

28.01 – 2.02 Hue, Hoi An, Nha Trang, Mui Ne

Zajechalem wczesnie rano do miasta cesarskiego, i mialem na zwiedzenie kilka godzin do nastepnego miasta.
Wiec poobchodzilem dookola zagladajac do Zakazanego Miasta. Fajne, ale bardzo zniszczene.

O godzinie 14 juz bylem w autobusie do Hoi An. Na miejsce zajechalem pod wieczor i po obejsciu miasteczka wzdluz i wszez, w koncu znalazlem Hostel.
A w nim poznalem grupke ludzi, z ktorymi spedzalem kolejne dni.
Nastepnego dnia po lunchu udalismy sie na rowerki i po okolicy popedalowalismy, na plaze zagladajac.
Ale zimno bylo wiec z plazowania nici.
Wieczorkiem kolacja i piwko za 60 groszy do poznych godzin.
Kolejny dzien, poobchodzilem miasteczko, kupilem kilka owocow i to wszystko co sie dzialo.
Probowalem znalezc pomnik Polaka, architekta dzieki ktoremu miast trafilo na liste UNESCO, ale nie udalo sie.
Wieczorem wsiadlem w autobus nocny do Nha Trang.

O Nha Trang moge powiedziec tylko tyle, ze tu bylem. Nic ciekawego. Na plazy jakos tak duzo betonu.
Nie chcialo mi sie tu zostawac ani chwili dluzej. Zabookowalem szybko bilet na nastepny dzien.

Kolejna miejscowosc to mala wioska rybacka Mui Ne. Bajer. Fajna plaza, tanie soki ze swiezych owocow.
Po prostu bomba.

Jako, ze poza plaza i wydmami nie ma tu za wiele do ogladania, udalem sie na spacerek do wodospadu jednego.
I fajnie bylo. Pozniej troche plazy. Przez jakichs miejscowych syneczkow zaproszony zostalem na swiezego kokosa i wypilem moze ze dwa orzechy, zjadlem mioazsz z trzech a jeszcze jednego zabralem do pokoju.

A jutro to normalnie bedzie Sajgon :)