Archive for Marzec, 2008

28 – 31.03 – Krabi, Hat Yai.

Do Krabi zajechalem popoludniem, znalazlem hotelik i udalem sie cos przekasic. Niedaleko mojej noclegowni byl nocny rynek glownie koncentrujacy sie na wyzywieniu, kilkanascie straganow serwojacych zywnosc. Posiedzialem, pojadlem popilem i wrocilem do gosciny. Po drodze zakupilem jeszcze stos owocow i na podwieczorek byla pozadna salatka owocowa.

Rano zachcialo mi sie wybrac na pobliska plaze Rilay slynacej glownie ze scian wspinaczkowych. Wrocilem na miejsce nocnego targu, ktory znajdowal sie przy przystani promowej. Straganow zadnych nie bylo, ale za to byli naganiacze na promy. Dopadl mnie jeden taki z lodki do Rilay i malo co nie zaciagnal sila na poklad. Powiedzialem mu jasno i wyraznie, ze glodny nie wsiadam i ide na sniadanie, wkoncu koles zczail i odwracajac sie pomruczal cos, ze jak wroce to lodek juz moze nie byc. Po powrocie ten sam koles z nosem na kwinte zaproponowal od razu wyzsza cene. Odparlem, ze albo bedzie taka jak ostatnio albo nie jade. Jak fochy to fochy. W koncu zmiekl.

Rilay zatloczone od turystow. Tuz przy plazy kilka duzych osrodkow z basenami. Pochodzilem troche po plazy i poszedlem w glab waska sciezka. Podczas spacerku natknalem sie na ciekawa jaskinie. Dosc ladna, a w dodatku pusta, zadnych turystow. Chwile pozniej spotkalem grupe ludzi uprawiajacych wspinaczke. Trzeba przyznac, ze scianki tutaj sa imponujace. Popatrzylem chwile jak sie wspinaja i wrocilem na plaze. Na polnocnym krancu glownej plazy jest waziutka sciezka prowadzaca poprzez las i skalki na inna plaze, duzo bardziej ustronna o mniej komercyjnym charakterze. Polezalem chwile, pokapalem sie troche w morzu (rozwalajac przy tym stope o podwodne skaly) i wrocilem na przystan, gdzie lodkarz juz czekal.

Na kolacje zapragnalem sie wybrac do jednej knajpki opisanej w LP serwujacej ponoc lokalne specjaly. Zlazilem kilometrow mase i niczego nie znalazlem. Pytani po drodze ludzie nic nie slyszeli o podobnej knajpie. Wrocilem wiec na nocny targ i zaczalem sie obzerac owocami morza. Podczas kolacji nadeszla burza i zaczelo walic deszczem. Po chwili ulice zmienily sie w potoki. Po powrocie do pokoju jeszcze troche owocow i spanie

Kolejnego dnia zaspalem na pierwszy autobus do Hat Yai. Po wymeldowaniu szybko zajechalem na dworzec autobusowy, a tam kolejny autobus juz prawie odjezdzal. Glodny wsiadlem i w droge. Na krotkich przystankach, na szczescie udalo mi sie cos zakupic.

Zaraz po wyjsciu z autobusu w Hat Yai dopadli mnie naganiacze na minibusy do i za granice z Malezja. Zdecydowalem sie jednak zostac jeden dzien w tym miasteczku. Choc nie bardzo wiedzialem czemu – nic tu nie ma.

Wieczorem objawil mi sie prawdziwy powod dluzszego pobytu tutaj – kolacja z owocow morza. Ha. I to jaka. Kolacja z morza Malze w slodkim sosie chilli, rybka, nadziewana trawa cytrynowa, grilowana w lisciu bananowca i kraby smazone w curry. Eksplozja smakow i niebo w gebie.

Rano spakowalem sie i po sniadanku (znow owoce morza) i kawce wsiadlem w busika do Malezji.

Odzylem w Tajlandii musze przyznac. Calkiem inna niz poprzednie trzy kraje – duzo bardziej przyjazna, milsza i bardziej fair. Doszlo tym samym do mnie (po raz ktorys juz podczas tego wyjazdu), ze podrozowanie (w moim rozumieniu) to w duzej mierze kosztowanie tego co kraj ma do zaoferowania. A w poprzednich krajach bylo to bardzo utrudnione – prawie za kazdym razem trzeba bylo sie malo co wyklucac o cene, a w kafejkach byly specjalne menu dla turystow, nie zadko w dolarach (czyli jescze drozej). W Tajlandi jedna cena dla wszystkich, a przynajmniej cena nie wydajaca sie byc zawyzona. Nazekam non stop na cene ale jest ona tu waznym czynnikiem – kiedy chce sie np. pomaranczy i slyszy sie cene wyzsza od tej co we wlasnym kraju to sie wszystkiego odechciewa. I sprzedawcy dobrze wiedza, ze ty wiesz, ze cena jest zawyzona i dalej ida w zaparte. I tak podjadlem sobie pozadnie owocow, i tych z drzew i krzewow, i tych z morza. I wszystko w milej atmosferze.

Plaze i wyspy Tajlandii to kolejna historia. Jest tego mnostwo i wszystkie piekne. Ja zdolalem trafic na te bardziej ustronne, bez wielkich resortow (z malym wyjatkiem Rilay). Nawet Ko Tao choc dosc turystyczna wydaje sie byc bardzo spokojna. Nie wspominajac juz o Ko Chang. I mam nadzieje, ze tak zostanie, ze turystyczne szalenstwo, bardzo obecne w Tajlandii, nie pogrzebie wszystkiego.

Odzylem i zachcialo mi sie dalszego podrozowania…

19 – 28.03 – Ko Tao, Ko Chang, Phang Nga.

19 – 21.03
Do Chumphon zajechalem okolo czwartej nad ranem. Przeszedlem sie po miasteczku troche i zakupilem bilet na prom na Ko Tao.
Ko Tao slynie glownie z miejsc i szkol nurkowania. Juz na promie bylo kilku naganiaczy na szkoly. Ja niestety nie mialem w budzecie odpowiedniej kwoty na taka zabawe. Po znalezieniu odpowiedniego lokum, wypozyczylem maske z rurka i poszedlem znalezc odpowiednia plaze. Spacer w upale, a w koncu plaza i krystalicznie czysta woda. Zanurzylem sie w podwodny swiat, na tyle na ile mi rurka pozwalala. Niesamowita rozmaitosc i roznorodnosc stworzen widziana pod woda sprawila, ze poczulem sie jak w innym swiecie. A te kolory. Wszedzie do okola pelno malych rybek. Niektore z nich byly tak samo zainteresowane mna, jak ja nimi.
Poplywalem tak do wieczora i wrocilem do pokoju.

Nastepnego dnia udalem sie w dluzszy spacer do najbardziej oddalonej zatoczki, na polnocnym krancu wyspy. Gorzysta droga w koncu dotarlem, zalozylem maske i do wody. Znow przepiekny swiat.

Kolejny dzien i kolejna zatoczka. I kolejne nurkowanie. I kolejne zachwyty nad podwodna fauna i flora. Wieczorem zjadlem kolacje i nocnym promem opuscilem wyspe. Az szkoda ze nie moglem ponurkowac glebiej, moze nastepnym razem.

22 – 27.03
Znow do Chumphon zawitalem o swicie. Kupilem bilet na autobus do Ranong i przeszedlem sie po okolicy. Zachaczylem o targ na ktorym poza sniadankiem udalo mi sie kupic sporo owocow.
Do Ranong jedzie sie niecale trzy godziny wiec w miasteczku pojawilem sie w samo poludnie. Upal taki, ze wiekszosc dnia przesiedzialem w pokoju.

Wieczorem wyszedlem na targ, na kolacje. Zjadlem jakias cholernie ostra potrawe, cos jakby wolowina w pascie chilli. Ogien, musialem przegryzac owocami, zeby dokonczyc. Nastepnie wybralem sie na internet i spac.
Rano po znacznie lagodniejszym sniadanku i kilku owocach, odjechalem na mala pobliska wysepke Ko Chang. Wyspa prawie bezludna, a przynajmniej takie wrazenie mozna odniesc. Niewele tu osrodkow, a wiekszosc z nich oferuje niezbyt wiele. Jak sie dowiedzialem kilka lat temu na wyspie odbylo sie zebranie, na ktorym mieszkancy zadecydowali, ze nie chca sie tak szybko i dziko rozwijac jak inne rejony Tajlandii. Wola prad z generatorow i garstke turystow. Ta garstka to tak swoja droga w 95 procentach jest niemiecko jezyczna. Na wyspie nie ma atrakcji, jest tylko spokoj, wody szum, ptakow spiew …
I tak przesiedzialem kilka dni, zostajac na wyspie dluzej niz planowalem, no bo jak tu inaczej.
25 marca wstaje jak zwykle pozno i pierwsza mysl jaka byla w mojej glowie to czy zejsc na kawe czy isc do bardziej oddalonego miejsca na cos lepszego do jedzenia. Wybralem, ze najpierw kawa. Schodze po schodkach, a na nich napis: wszystkiego najlepszego. Wchodze zrobic sobie kawe, a pani przynosi mi ciasto urodzinowe. Ha, takiej niespodzianki nie oczekiwalem. Chwile pozniej dolaczyli do mnie Patrik (szwajcar, rezyser) oraz Simone i Heike (niemki) z ktorymi dziele resort.
Wieczorem odbywa sie impreza na sasiedniej wyspie wiec zostalem tez na nia zaproszony, bez mozliwosci odmowy. Zanim jednak odplynelismy, zrobilem sobie spacer po wyspie oraz poplywalem troszke w cieplutkiej wodzie.
Koncert zaczal sie z opoznieniem bo zespol mial jakies problem z dostrojeniem sprzetu. Ale w koncu zaczeli grac. Okreslaja sie jako tajscy cyganie i taka wlasnie muzyke graja, cokolwiek by to mialo znaczyc. Muzyka to mieszanka z roznych zakatkow swiata, ale bardzo przyjemna do sluchania. Zreszta sam zespol to mieszanka tajow, niemca, szweda i nieznanego pochodzenia eksperta od bunjo – Vasiljo. Vasiljo byl najwieksza gwiazda mial nawet swoja gruppie – anglojezyczna rosjanke, ktora wygladala jakby jej glownym celem zyciowym bylo opanowanie sztuki plynnego kolysania bioder wraz z jednoczesnym usmiechaniem sie. Sztuka niezwykle trudna i wyczerpujaca, co bylo zreszta widac po jej twarzy. Reszta ludzi oddala sie wibracjom muzycznym na swoj wlasny sposob – jedni tanczyli, inni tylko podrygiwali, a jeszcze inni, jak ja, po prostu sluchali muzyki. W trakcie przerwy dla muzykow, publike zabawiali panowie od pomiatania ogniem. Kilku mlodych Tajow zaglowalo palacymi sie przyzadami. Jeden z nich byl prawdziwa gwiazda. Mlody umiesniony, dlugie wlosy, podczas zaglerki nieustajacy usmiech na twarzy. Usmiech troche w stylu: patrzcie na mnie jestem boski. Ale koles byl i tak niezly. W naszej grupie gwiazda byla czterdziestodwu letnia niemiecka yuppie – rozowe wlosy, cialo pokryte tatuazami, wulkan energii o imieniu Jiggi. Wlazla nawet na scene, zabrala mikrofon i zaczela jakies impresje jazzowe wykrzykiwac. I to wszystko w moje urodziny (wszystkim za rzyczenia bardzo dziekuje:)). Ot niespodzianka.
Na nasza wyspe wrocilismy kolo trzeciej nad ranem.

Kolejny dzien jak i poprzednie spedzilem na kapieli w morzu (wlasciwie to juz ocean indyjski), ogladaniu czasem pojawiajacych sie chmurek, popijaniu caipirinhi. Zachod slonca bajkowy.
Znow odbyla sie impreza. Tym razem na naszej wyspie. Muzyka juz inna – tajska odmiana rocka (niezle koles na gitarze wymiatal), a wydarzeniem wieczoru byl bufet czyli zarla do woli (musze przypominac ze pojadlem obficie).

Rano czas bylo wczesniej wstac. Powod to wyjazd z wyspy. Sa tylko dwie lodki na kontynent – o 12tej, ale musialbym zostac na nocleg w Ranong, co mnie nie urzadza, lub o w pol do osmej rano. Wiec trzabylo zalaczyc budzik i zwloc sie z wyra. Jeszcze kawka i na lodke. Zasiedzialem sie na wysepce kilka dni dluzej niz to bylo w planach, ale tak to bywa. Szczegolnie jak najwiekszym codziennym zmartwieniem jest to, zeby wejsc do morza w czasie przyplywu, wtedy woda ciut chlodniejsza, a i blizej od brzegu. Moim zmartwieniem dodatkowo byl niedostatek kasy – za malo wyciagnalem z bankomatu i malo braklo, zebym nie mial za co sie wydostac z wyspy. I najlepsze, ze kiedy przed przyjazdem na wyspe obawialem sie, ze moze byc nudno – nie nudzilem sie wcale. I to pomimo braku jakichkolwiek atrakcji. Po prostu bajka.
A wiec planem na dzien bylo przetransportowac sie w okolice parku Phang Nga i tam sie rozejrzec za wycieczkami po zatoce. I znow wyszlo inaczej niz planowalem. Ale tylko troche. Zaraz po wyjsciu z autobusu poszedlem do informacji turystycznej, a tam od razu dostalem oferte wycieczki – wyspy plus nocleg z posilkami w malej wiosce rybackiej. Mialem kilka minut na podjecie decyzji bo wycieczka juz czekala. I tak poznalem mila parke francuzow, belgow i anglikow.
Wysepka rybacka taka sobie. Wlasciwie nic tu nie ma, nie liczac straganow z tym samym szajsem dla turystow co w calych indochinach. Kolacja za to byla wypasiona – rybka slodko kwasna, kurczak w curry, zupka z krewetkami, jakies warzywa i ananas na zakonczenie. Pojadlem.
Nastepnego dnia rano sniadanko zapodali o 7ej – tosty z dzemem i jajko sadzone (juz nie tak super). Pozniej ruszylismy lodeczka dookola wysepek. Zatrzymalismy sie kilka razy w jakichs jaskiniach, na lunch, na malej plazy (przez chwile bylismy sami, pare minut po nas zawinela jeszcze jedna lodka) oraz na slynnej wyspie Jamesa Bonda. Ta ostatnia zatloczona – mase turystow.
Z powrotem do Phang Nga zajechalismy tuz po trzeciej popoludniu. Ogolnie wycieczke zaliczam do udanych, choc nie przepadam za takimi zorganizowanymi imprezami. Ta byla wporzo. Mala grupka, fajny pokoik, wypasiona kolacja. Ok.
Chwile pozniej wsiadlem do kolejnego autobusu.

14 – 18.03 – Bangkok.

14.03
Po dojezdzie do stolicy Tajlandii, wykimany i z bolacymi stopami (kupilem se nowe lacie bo stare nie wytrzymaly trudow wedrowki i do domu ze mna nie wroca, a te nowe zaczely mnie cholernie obcierac) dotarlem do hosteliku w centrum, ktory wczesniej sobie zabookowalem (znalazlem w necie oferte za 70 bahtow wiec trza bylo brac). Nocleg tani bo… No wlasnie na stronce zapomnieli dodac, ze ta opcja to hamak na dachu. Na ta noc jeszcze zostalem, bylem zbyt zmeczony, zeby czlapac w poszukiwaniach innego miejsca. Zjadlem tylko cos dobrego i udalem sie spac.

15.03
Zmiana hostelu. Niezabardzo romantyczny ten hamak. Niby nie najgorzej bylo, komary mialy uczte, a i cos wczesnie slonko po twarzy swieci. Przenioslem sie za tem na ulice Khao San, czyli miejsce noclegu i zabaw do poznych godzin, wiekszosci turystow z plecakiem. Znalazlem dosc niezly pokoik i wyruszylem w Bangkok. Obszedlem okolice Khao San, zatrzymujac sie gdzieniegdzie na shakea, a nastepnie udalem sie do centrum na przejazdzke sky trainem czyli kolejka ulokowana na kilkumetrowym podwyzszeniu. Pojezdzilem tak kilka stacji i udalem sie na lodke w droge powrotna do mojej gosciny. Lodz szybka ma kilka stacji na ktorych sie zatrzymuje, a pasazerowie maja zaledwie kilka sekund na zejscie lub wejscie na poklad – w koncu express boat sie zowie. Od strony rzeki Chao Praya miasto wyglada dosc ciekawie. W ogole to Bangkok nie zachwyca swoja uroda. Poprostu duze gwarne miasto.
Po powrocie udalem sie jeszcze na kolacje, a pozniej do pokoju.

16.03
Dzis dzien wypelniony doszczetnie. Z rana po dawce zywieniowej plus shake udalem sie obejrzec kompleks palacowy. Wow, musze przyznac, ze robi ogromne wrazenie. Moze nie sam palac krolewski, do ktorego wstepu nie ma, choc budynek bardzo ladny, ale swiatynie przy palacu to najwyzsza klasa. Wszystko misternie zdobione, nie rzadko zlocone. Na prawde czapki z glow (choc cena 250 bahtow to troche za duzo – odbijaja sobie na turystach bo Tajowie nie placa nic). Po wielkim palacu, poszedlem do swiatyni Wat Pho – drugiej najwazniejszej w Bangkoku, jak nie w calej Tajlandii (pierwsza to ta przy palacu). Glowna atrakcja swiatyni jest ogromny lezacy budda. Ale oprocz niego mozna podziwiac piekne swiatynie i dziesiatki ladnie zdobionych stup.
Kolejna w planie byla swiatynia Wat Arun, tuz po drugiej stronie rzeki. W zasadzie to nie swiatynia, a dosc duza stupa, z ktorej sie rozciaga piekna panorama na okolice.
Nastepnie wymyslilem sobie, ze pojade na targ weekendowy, oddalony dosc spory kawalek od centrum. W trakcie jazdy w jego kierunku przyszlo mi do glowy, ze juz jest zapozno, zeby tam jechac, wiec wysiadlem. Kolejnym pomyslem bylo wjechanie na osiemdziesiate ktorestam pietro jakiegos wiezowca w centrum. Po dojsciu do biurowca ustawilem sie w kolejce na winde, po czym dowiedzialem sie, ze za wjazd na gore licza sobie 200 bahtow (prawie 7 dolarow). Pssss …. To ja pas. W miedzyczasie zrobilo sie juz ciemno. Postanowilem, ze udam sie na Pat Pong slynna dzielnice rozpusty i ladacznice Bangkoku. Biblia podaje, ze tak na prawde niewiele zostalo ze starego Pat Pong i ze teraz to glownie stragany z pierdolami dla turystow. No i zeczywiscie taki obraz zastalem. Zaledwie kilka go-go barow, w ktorych costam niemrawo na scenie sie porusza. Skusilem sie na oslawiony ping-pong show. I, hmm jakby to ujac. Interesujace jest dowiedziec sie (lub moze zobaczyc na wlasne oczy) do czego zdolne jest cialo ludzkie. Poza tym po chwili juz wieje nuda. Jakies stworzenia (celowo unikam nazwania tego kobieta) na podwyzszeniu udawalo, ze sie ruszaja, a urodziwych okazow to moze ze trzy byly (przychylalbym sie tu raczej w kierunku dwa niz cztery).
Po niedlugim czasie wrocilem na Khao San. Godzina byla zaledwie jedenasta, a miasto wymarle, tak jakby godzine policyjna mieli, nawet widzialem zreszta jak policja zatrzymuje i przeszukuje auta. Khao San, jak na oaze swiata zachodniego przystalo w pelni zabawy – huczno i gwarno. Pogadalem chwile na necie i kima.

17.03
Wstalem z dosc sporym opoznieniem, znow dawka zywieniowa plus shake i proba wymyslenia co by tu robic. Pod wieczor udaje sie do oddalonej o jakies 100 km miejscowosci w ktorej odbywa sie plywajacy targ. Ale do tego czasu cos by trzeba bylo robic. Pokrecilem sie chwile bez celu i poszedlem do parku palacowego Duisit. Jest tam kilka muzeow i sam park ladny. Po obejsciu wrocilem po plecak i udalem sie do wspomnianej miejscowosci Damnoen Sudlak.
Zajechalem juz poznym wieczorem, poszedlem prosto do polecanego przez przewodnik hoteliku i zasnalem snem nie do konca spokojnym.

18.03
Nie do konca, bo prawie przez caly dzien mnie zoladek sie buntowal, z niewiadomego powodu. Jako lekarstwo zapodalem mu litra pepsi i sie uspokoil.
Wstalem po szostej i wyszedlem zlapac jakas lodke na targ. Okazalo sie to bardziej niz proste, bo koles lodkarz juz stal przed brama. Dogadalismy cene (200 za poltorej godziny, polowe tego co oferowal mi wieczorem recepcjonista hotelu) i poszlismy.
Targ odbywa sie na waskich kanalach, na swoich lodkach i straganach przybrzeznych kupuja i sprzedaja swoje towary – wazywa, owoce, a przede wszystkim pierdoly dla turystow. Sprzedaz tych pierdol to glowna galaz handlu na tym targu. Jak sie dowiedzialem ten najbardziej tloczny, a zarazem wlasciwy targ odbywa sie w weekendy i swieta.
Po niecalych dwoch godzinkach wrocilem do hotelu, a zaraz potem udalem sie spowrotem do Bangkoku. Na miejscu musialem zabic jakos kilka godzin, jakie dzielily mnie od pociagu do Chumphon. Udalem sie wiec do China Town, zachwalanego przez spiewnik. Nic ciekawego. Pospacerowalem jeszcze troche, zatrzymujac sie gdzieniegdzie na male conieco, w Bangkoku nie sposob byc glodnym, wszedzie pelno straganow z pysznym jedzonkiem, czy to na ostro, czy na slodko. Pozniej wrocilem na dworzec.
Pociag klasy drugiej sypialnej, czyli taka otwarta kuszetka, calkiem inne rozwiazanie jednak od podobnych klas w Chinach czy Rosji – lezanki sa wzdloz wagonu po obu stronach. Tak czy inaczej mam wygodna podroz w kierunku poludniowym.

11 – 14.03 – Chiang Mai, Ayutthaya. Tajlandia.

11.03
I tak wlasnie wkroczylem do kraju usmiechnietych ludzi. Roznice miedzy Laosem a Tajlandia widac juz po paru minutach. Duzo nowoczesniejsza, lepiej zorganizowana.
Przezornie unikajac tuk tukow, dotarlem na przystanek autobusowy i zakupilem bilet do Chiang Rai. Tajlandia slynie glownie za swoich plaz, jedzenia i prostytucji i z tych pierwszych dwoch chcialem glownie skozystac. Nie namyslajac sie dlugo tuz przed odjazdem autobusu zakupilem na straganie kilka smakolykow. Jakies kulki kokosowe, kurczaka i kielbaske. Ta ostatnia malo mnie nie powykrzywiala, byla slodka. Kto to wymyslil robic slodkie kielbasy, przeciez to grzech smiertleny, wolajacy o pomste do nieba. Wczesniej gdzies w Chinach natknalem sie na podobnych grzesznikow.
Po jakims czasie zajechalismy do Chiang Rai i znow nie myslac zbyt wiele, kupilem bilet na dalsza droge, do Chiang Mai. Czysciutki wygodny autobusik, bez muzyki i z poprawnie ustawiona klimatyzacja, zawiozl mnie na miejsce. Dworzec znow oddalony od centrum o kilka km. Dopadl mnie jeden taki od tuk tukow i zaczyna pokazywac foldery hoteli i takie tam. Zgadalem sie z nim, ze mnie zawiezie do jednego taniego. I to za free (normalnie licza sobie po 70 bahtow, czyli ponad dwa dolary). Upewnilem sie, ze za free i ruszylismy. Hotelik fajny ale za drogi jak dla mnie, tych najtanszych pokoji juz nie mieli. Dziekuje tuktukarzowi i udaje sie w poszukiwania innego lokum. A ten wyciaga lape po kase za dowoz. Wytlumaczylem mu co i jak bylo gadane i odszedlem. Niedaleko znalazle fajny hostelik za 180 bahtow z tv i lazienka. A ze bylo juz poznawo, a ja po nieprzespanej nocce udalem sie tylko na kolacje i neta i spowrotem do pokoju.

12.03
Po sniadanku poszedlem na dworzec kupic wczesniej bilet do Ayutthayi. No i oznaki zmeczenia sie objawily. Przegapilem dworzec o kilka kilometrow. Jak ja to zrobilem to nie wiem. Dworzec jest zaraz przy drodze, ktora szedlem i oprocz ogromnej (jakies 5 metrow na 3) tablicy informujacej, ze to dworzec, stoji tez dosc sporych rozmiarow lokomotywa. Tak czy inaczej miejsce odnalazlem, bilet zakupilem i udalem sie ogladac centrum Chiang Mai. W programie znow swiatynie. Juz mam dosyc, tak szczerze tych wszystkich swiatyn. Na szczescie te tajskie sa bardziej zroznicowane od laotanskich i moga sie spodobac (tymbardziej ze nie trzebabylo za nie placic).
Po obejsciu wiekszej czesci centrum C.M., jak juz sie zaczynalo sciemniac wrocilem powoli do hostelu, zatrzymujac sie jeszcze na piwko i kolacje (przepyszna potrawa z pasty chili i kurczaka).

13.03
Z rana sniadanko i jescze kilka swiatyn, ktorych nie zdazylem dzien wczesniej. Pozniej szybko na pociag, na ktory sie o maly wlos nie spoznilem. Pociag klasy trzeciej, siedzacej (taki nasz pkp bez przedzialow), za oknem dosc monotonnie, choc ciekawie. Pod wieczor w wagonie restauracyjnym poznalem kolesia z Hawajow, ktory mnie do siebie zaprosil, he moze kiedys.

14.03
Spac nie spalem bo a bylo niewygodnie, bo nie chcialem przegapic stacji, na ktora mielismy zawitac przed czwarta nad ranem. Pociag sie troche opoznil wiec okolo piatej doterlismy na miejsce. Plecak powedrowal do przechowalni, a ja sie wyciagnalem na lawce, zeby przeczekac do jakiejsc sesownej godziny.
Okolo siodmej wyruszylem cos zjesc i na podboj nowego miasta. Ayutthaya byla kiedys stolica, a biblia podaje, ze nie wolno przegapic tego miejsca. Tak wiec spodziewalem sie czegos. A w zamian dostalem ruiny stup i swiatyn za ktore kaza sobie placic. Niektore to doslownie sterta cegiel. Sa tez i ciekawe, ale nie do przesady. Jakos zgubila mi sie jedna ze swiatyn do ktorej sie kierowalem, a ze wracac mi sie nie chcialo, to w zamian udalem sie do muzeum. I tez daremne, malo eksponatow, a te co sa to albo nie sa wcale opisane, albo sa ale tak ze i tak nic nie wiadomo. Obszedlem wiekszoc tych ponoc (patrz LonelyPlanet) ciekawych miejsc i znudzony oraz zmeczony, okolo godziny pierwszej, wrocilem na dworzec.
Po dwoch godzinkach zawitalem do Bangkoku.

8 – 11.03 – Luang Prabang i koniec Laosu.

8.03
Wstalem dosc wczesnie i po szybkim i smacznym sniadanku, udalem sie na dworzec gdzie autobus do Luang Prabang juz czekal. Potwierdzilem, ze to ten i wsiadlem do srodka. Po jakims czasie autobus wypelnil sie, glownie bialymi twarzami. Po chwili wszedl kontroler i zaczal sprawdzac bilety. Mowie mu, ze nie mam, ze mialem zakupic u kierowcy, jak mi dzien wczesniej powiedziano. Na to ten mi, ze ok moge jechac ale jako, ze miejsc juz nie ma to moge jedynie dostac plastikowe krzeselko i siedziec w alejce. I czy by mi to przeszkadzalo. Zdziwiony troszke, odpowiadam, ze miejsca jeszcze sa i tak tez mi powiedziano, a na taborecie przez szesc godzin to mi owszem przeszkadzac bardzo bedzie. Na to ten mi pokazal palcem drzwi. Wychodze, ide do kasy i pytam sie kiedy nastepny autobus. Pani grzecznie, ze za godzine i ze jest nawet tanszy o okolo dolara. Ok mowie i biore. Po chwili podchodzi ten kanar i mi gada, ze sprawdzil i ze sa jeszcze wolne miejsca w tym pierwszym autobusie. Spojrzalem sie na niego wymownym wzrokiem i odpowiedzialem, ze wiem ale nie chce juz tamtym busem jechac. Koles wyczul napiecie i zamilkl grzecznie. Wolna godzinke wykozystalem na shakea.

Droga sie dosc ciagla ale widoczki zza okien naprawde zarabiste. Prawie ciagle wspinalismy sie pod gore, kreta droga. Pod wieczor dotarlismy do Luang Prabang. Znalazlem jakis pokoik za 45000 kipow i poszedlem na miasto (duze slowo) cos zjesc. W okolicy nocnego targu zapodaja tania kuchnie, placi sie 5000 kipow za talerz i wcina sie ile chce. Udalo mi sie tez w koncu zakupic kilka owocow – pomaranczy i z trudem wytargowanych oraz z bolem na twarzy sprzedanych bananow, za cene przypominajaca te normalana, jaka placi rowniez laotanczyk.

9.03
Rano na sniadanko – znalazlem buleczki na parze nadziewane wieprzowinka, takie same jakimi sie zywilem w Chinach. Pozniej ruszylem na podboj miasta (duze slowo). L.P. bylo kiedys stolica Laosu, a teraz glownie slynie ze swoich swiatyn.
Przed obchodem swiatyn postanowilem wykabinowac przejazd na dzien nastepny w kierunku granicy z Tajlandia. Byly dwie opcje, jak mi sie zdawalo – lodka po Mekagu, dwa dni i dosc drogo oraz autobus z przesiadka gdzies w polnocnym Laosie. Zapytalem sie dla pewnosci czy aby nie ma bezposredniego przejazdu do Huay Xai na granicy i otrzymalem odpowidz pozytywna. Zlapalem wiec tuk tuka na dworzec, oczywiscie oddalony od miasta o 6 km i oczywiscie nie obylo sie bez targowania za przejazd. Na szczescie trafilem na spoko kolesia, ktoremu dalo sie wytlumaczyc, ze albo bedzie stac caly dzien, dlubac w nosie i niczego nie zarobi, albo mnie podwiezie za taka cene jaka mu proponuje. Pomyslal trche i w koncu sie zgodzil. Po kilku minutach na dworcu kupuje juz bilecik. Pani w okienku mnie informuje, ze jak kupie na ten sam dzien to 140 tys, a jak na jutro to 145. Zaczynam sie smiac i jednoczesnie probuje dowiedziec czemuz to tak sobie pani to wymyslila. Ano temuz, ze ta piatka to niby za rezerwacje miejsc. I tak w bialy dzien na panstwowym dworcu ozynaja cie z usmiechem na twarzy. Ot Laos.
Po powrocie do miasta, wyruszylem ogladac swiatynie. I do godziny drugiej juz obszedlem wiekszosc wartosciowych, a takze wieksza czesc miasta. Luang jest malutka miescina i poza tymi swiatyniami i jakims muzeum nie ma niczego (doslownie) wiecej. Reszte dnia probowalem wykabinowac co z soba zrobic, a zadanie bylo o tyle trudne, ze akurat dzis byla jakas awaria pradu i nawet jego nie bylo. Tak wiec shaki odpadly. Zjadlem jakies ciasteczko i wybralem sie do dosc oddalonej od centrum knajpki serwujacej ponoc (patrz LonelyPlanet) najlepsze jedzonko w Prabang. Zlazilem wiec reszte miasta i knajpy nie znalazlem. Wrocilem do centrum i zamowilem jakis lokalny specjal w jakiejs knajpce. Poprosilem wczesniej kelnera o wytarcie stolika bo sie cos lepil, po czym ten przylecial ze szmata do podlogi i sprawnie kilkoma ruchami wypucowal stoliczek. Dobrze ze z mopem nie przyszedl. Samo jedzonko calkiem calkiem, choc ostre jak cholera.
Okolo szostej wlaczyli prad i wymyslilem sobie, ze sie udam do jednej knajpki w ktorej ponoc (patrz LonelyPlanet) puszczaja filmy. Knajpki juz nie ma wiec zmuszony zostalem do powrotu do pokoju. Na chwile sie jeszcze zatrzymalem na neta i poszedlem grzecznie spac.

10.03
Rano znow chinskie sniadanko. Zostawilem tez sobie na dzis jedna swiatynie, krolujaca na wzgorzu nad Luang Prabang. Wdrapalem sie na gorke poogladalem co bylo, a nie za wiele tego bylo, choc ladne widoki na miasteczko i zszedlem na dol.
Nastepny w programie byl shake bananowo-kawowy. Juz mialem go zamawiac, a tu za plecami slysze polska mowe. I tak przy shakeu i nalesnikach poznalem Dominike i Tomka. Po krotkiej rozmowie okazalo sie, ze sa to "Wloczykije", ktorych stronke internetowa ogladalem przed wyjazdem. Jaki ten swiat maly. Razem wybralismy sie na zupke z makaronem, a pozniej rozstalismy, gdyz musialem juz isc na autobus.
Wczesniej oczywiscie tuk tuk, ale znow bez sensacji i zbednych nerwow. Autobus jest calonocny i na miejsce dojezdzam rano.

11.03
Kolejna koszmarna nocka, a to glownie dzieki jednej pani ktora, zapewnie wiedzac o tym, ze ma chorobe lokomocyjna, usiadla na samym tyle autobusu tuz obok mnie i zaraz otwarla okno. Po chwili zrobilo sie zimno, a caly wiatr wial prosto w moja twarz.
Kilka razy probowalem zamknac, ale zaraz sie budzila i otwierala okno. Dookola wszyscy w kurtkach zimowych i czapkach, wlacznie z nia, ale tylko chyba mi zalezalo na tym zeby to okno zamknac. Przypominalo mi to sytuacje z pogranicza Tybetu. Taka sama glupota. Oczywiscie nic nie spalem.
Na miejsce dojechalismy przed osma rano i od razu udalem sie na granice. Przejscie nareszcie normalne, bez zadnych wyludzen, bez lapowek. Usmiech, dziendobry, pieczatka, dowidzenia, usmiech i juz jestem w Tajlandii.

Laos mnie nie zachwycil. Poza Don Det nie widzialem niczego jakos specjalnego. Nie rozumiem zachwytu wielu podroznikow nad tym krajem. Bieda, ze az piszczy, a drozej jak w Wietnamie.
Dla lokalnych bialy czlowiek jest niczym wiecej jak dolarem o duzym nominale. Targowac sie za bardzo nie chca i wola nie sprzedac niz sposcic cene. I ozynaja turystow na kazdym kroku i robia to z usmiechem na ustach.
Nie kupisz ty, to zaraz przyjdzie inny, jakis amerykanin, lub niemiec czy francuz emeryt i zaplaci bez zajakniecia. Zeby byc sprawiedliwym dodam tylko, ze inne na tym polu byly Don Det i Savannakhet, gdzie ludzi traktowano normalnie.
Pewnie w innych mniejszych miejscowosciach tez jest fajnie, ale ja nie poswiecilem temu krajowi zbytnio duzo czasu i odwiedzilem glownie stricte turystyczne miejsca.
Na szczescie nie jestem odosobniony w swoich opiniach na temat tego kraju(a takze osciennych). Kilku poznanych osob podziela moje spostrzezenia. A juz myslalem, ze to cos ze mna nie tak.
I tak sie zastanawiajac, dlaczego te trzy kraje sa takie chytre na turystow, doszedlem do wniosku, ze to wina francuzow. Cos slabo zadzili tymi ziemiami, ze taki burdel pozostal.

2 – 7.03 – Savannakhet, Vientiane, Van Vieng.

2.03
Po pobudce i dodatkowym wylezeniu odpowiedniego czasu w lozku, udalismy sie na sniadanko i zwiedzanie miasta. Po drodze Johnatan zatrzymal sie w kafejce internetowej, wiec dalej poszedlem sam. Spytalem sie lokalsow w ktora strone i ide. Cos jakos pusto przy drodze, spytalem kilu osob, dla pewnosci, o dalsza droge i ide dalej. Po ponad pol godzinnym marszu napotkalem znak, wyraznie stwierdzajacy, ze ide nie w tym kierunku co trzeba.
W koncu dotarlem do miasteczka i … rozczarowalem sie. Dwie ulice, kilka budynkow i to wcale nie zbyt kolonialnej urody. Poobchodzilem co trzeba i zawrocilem. Po drodze zatrzymalem sie na troche czasu na internet.
Wieczorem stawilismy sie na autobus. VIP myslimy sobie wiec bedzie ok.

3.03
Co za koszmarna podroz. Klima szalala na calego i w calym autobusie pizgalo, trzeba sie bylo ubrac i jeszcze kocem nakryc. Dodatkowo puszczono znowu te ich kocie placze, znaczy sie muzyke. Nie dosc, ze wszystko na jedna nute, to jeszcze na caly glos. Puscilem sobie Floydow, zeby jakos przetrzymac ten koszmar, ale i tak dochodzilo do moich uszow to parszywe laodisco (wczesniej w Wietnamie i Kambodzy zameczali nas tamtejszymi wypocinami). Udalo mi sie zasnac na kilka minut (przespalem polowe Pulsa i caly Division Bell).
Nad ranem dotarlismy w koncu do Vientiane. 5 rano, pizdzi a dworzec oddalony od miasta o jakies 8 km (niespodzianka). Przeczekalismy do switu i wsiedlismy w tuk-tuka do centrum. Pierwsze kilka opcji noclegowych nie wypalily – wszystko pelne, musimy zaczekac do godziny 11-12, kiedy to wiekszosc ludzi opuszcza pokoje. Posiedzielismy troche w knajpce, zaliczajac sniadanie i kawe i ruszylismy znalezc jakis nocleg. W koncu udalo sie znalezc miejsce w dormie.
Johnatan nie czul sie najlepiej i zostal w pokoju, a ja udalem sie do ambasady Tajskiej, zalatwic wize. Zachodze do ambasady, a tam mi mowia, ze wizy do zalatwienia w konsulacie, a nie w ambasadzie. Konsulat znajduje sie oczywiscie na innej ulicy. W koncu docieram. Pan w okienku mi oswiadcza, ze do Tajlandii moge wjechac wyrabiajac wize na granicy – 15 dni, 1000 bahtow. Pytam za ile moge wyrobic tutaj. 1000 bahtow – pada odpowiedz. I tylko bahtow – nie przyjmuja ani kipow, ani dolarow. A na ile dni jest wazna wiza. Nie wiem – oswiadcza pan. To zalezy od celnika, bedzie widac na pieczatce. W koncu udalo mi sie ustalic ze na okres od 30 do 60 dni. Spoko. Zauwazylem przy okazji, ze wiza tranzytowa jest tansza o 200 bahtow. Pytam na ile jest tranzytowka. Na 30 dni. To czy moge o tranzyt prosic. Nie. Musze miec wykupiony bilet do kraju docelowego. Ale ja chce do Malezji – draze temat dalej. Ok, ale bilet lotniczy potrzeba. Ale przeciez do Malezji moge chociazby pociagiem. A jak chce pan pociagiem to nie wiza tranzytowa, tylko turystyczna. Czy ktos mi to moze wytlumaczyc, bo dla mnie to nie ma najmniejszego sensu. Niech bedzie, mowie mu to prosze o turystyczna i daje mu wszystkie papiery, zdjecia i co tam jeszcze chce. Ale dzis juz zamkniete – oswiadcza usmiechniety pan. Jakto zamkniete przeciez tu pelno ludzi pracuje – odpowiadam wskazujac kolegow, pana usmiechnietego, paluchem. Przykro mi wnioski wizowe przyjmujemy do godziny 12tej – oswiadcza. A byla 1.

Wrocilem z kwitkiem. Musze tam isc jeszcze raz. W takiej idiotycznej ambasadzie, o pardon konsulacie, jeszcze nie bylem.
W drodze powrotnej sprobowalem jeszcze cos zobaczyc ciekawego w miescie ale okazalo sie to malo mozliwe. Vientian okazalo sie byc najnudniejsza stolica jaka udalo mi sie odwiedzic. Poza lukiem tryumfalnym sa tylko swiatynie, ktore zbytnio ciekawe nie sa. To tak jakby do Katowic zaprosic i kazac odgladac koscioly (na szczescie w Katowicach jest duzo wiecej do obejzenia).
Wrocilem wiec do hoteliku i udalem sie z Johnatanem do chinskiej dzielnicy na jaoze (chinskie pierozki), za ktorymi oboje sie stesknilismy.
Po posilku, troche netu, jakis shake owocowy i wczesna kima.

4.03
Wstalem wczesniej, zeby zas nie przespac godzin przyjecia wiz. Tym razem zas gladko nie bylo. Wnioski przyjmuja na dworze, ale oplate uiszcza sie wewnatrz konsulatu. Wchodze wiec do srodka a tam kolejka wieksza niz na zewnatrz. Kaza czekac az pani z okienka wywola z nazwiska (lub z imienia jak bylo w moim przypadku. Nie mam pojecia dlaczego, ale zawsze jak maja gdzies napisac moje nazwisko, to zawsze pisza imie. Idioci. Maja przeciez formularze we wlasnym jezyku oraz angielskim, wiec powinni chyba odczytac poprawnie. Dodatkowo w zdecydowanej wiekszosci przypadkow trzymaja moj paszport w rece, gdzie jest jasne gzie jest imie, a gdzie nazwisko. Jak widac rubryki w kilku jezykach nie pomagaja). Odbior nastepnego dnia.
Po wizycie w tym dziwnym miejscu zwanym konsulatem Krolestwa Tajlandii, udalem sie do najwiekszej i najwazniejszej swiatyni, a po jej obejrzeniu, spowrotem do hoteliku. Reszte czasu zabijalem shakami i internetem.
Wieczorem udalismy sie do sauny. Tam jednak nie dotarlismy. Zmienilismy plan – z sauny na masaz. Bylo bardzo przyjemnie. Pozniej kolacja – rybka z grila. I kima.

5.03
Kolejny dzien w tym nudnym miescie. Po odebraniu wizy i wypiciu kilku shakow spotkalem sie z Johnatanem i jego, wlasnie przybyla, kumpela Suri. Troche posiedzielismy w knajpce, a pozniej udalismy sie na kregle.
Na kolacje pizza.

6.03
W koncu moglem wyjechac z tej wiochy, ktora ktos uczynil stolica Laosu. Wsiadlem w zwykly autokar i ruszylem do Van Vieng. Po czterech godzinach dosc przyjemnej jazdy dotarlem na miejsce. Znalazlem przyzwoity pokoik i udalem sie cos przekasic. Bylo juz popoludnie wiec juz za pozno na glowna atrakcje tego miejsca, jaka jest splyw na detce po rzece, wiec udalem sie do jednej z wielu knajpek. Wiekszosc z nich pokazuje jakies filmy lub seriale. Najczesciej sa to Przyjaciele. I nikt nie wie dlaczego az w kilku knajpach puszczaja godzinami wlasnie ten serial. Ja wybralem sie do takiej pokazujacej pelnometrazowe filmy i po obejrzeniu trzech, wrocilem do pokoju.

7.03
O siodmej rano obudzila mnie zas ta ciulowa muzyka. Co za debil o siodmej rano na pelen vol … Przedzemalem kolejnych kilka godzin i udalem sie na splyw. Wczesniej cos przekasilem i zapilem kawa. W cenie wypozyczenia detki jest podwoz do oddalonego o kilka kilometrow punktu startowego splywu. Pozniej co kilkadziesiat metrow mozna sie zatrzymac na piwo, cos do zjedzenia, lub na kilka skokow z hustawki do wody. Ja jakos nie mialem ochoty na zadne z tych czynnosci wiec sennie, powolutku splywalem sobie rzeka. W okolicy miasteczka (wioski wlasciwie) i rzeki sa fajne gorki, przypominajace troszeczke te z Yangshuo w Chinach.
Po kilku godzinach powolnej zeglugi dotarlem spowrotem do wioski. Oddalem detke i poszedlem cos zjesc. Nastepnie reszte wieczoru spedzilem ogladajac Familly Guy, w jednej z knajpek.

26.02 – 1.03 – Don Det. Laos.

26.02
Z samego ranka ruszylismy w kierunku granicy. Tak jak przy wjezdzie do Kambodzy tak i przy wyjezdzie z niej wzialem besposredni przewoz, do miejsca docelowego po drugiej stronie, czyli Don Det. Tym razem wize juz mialem wiec problemow i zbednego doplacania mialo nie byc. Na granicy jednak celnik poprosil o dolara za, jak to sie wyrazil pieczatke. Wszyscy bez gadania wyciagneli dolca i dali celnikowi. Wszyscy procz mnie. Kilka razy zapytalem czemu mam placic i zeby mi pokazali oficjalna informacje na ten temat, az w koncu koles machnal reka i bez gadania oddal paszport. Przy granicy Laosu juz tak latwo nie poszlo. Tez wyciagneli lape po dolca i znow wiekszosc bez gadania zaplacila. Zostalem tylko ja i Johnatan. Grzecznie i uparcie mowilismy kolesiowi, ze nigdzie nie ma informacji, ze juz zaplacilismy kupe kasy za wize. A nawet, ze to jest nielegalne dzilanie z ich strony. A ten nic – dolara albo wam nie oddam paszportow i was nie wpuszcze. W koncu wyciagnal jakas pieczatke i zagrozil, ze jak mu nie zaplacimy to nam uniewazni wjazd. No to w koncu poddalismy sie. Wyciagnelismy po dolarze i kazalismy sobie wystawic pokwitowanie, dodajac, ze go zaskarzymy. Ten pieniadze wzial i bez mrugnienia okiem wypisal nam jakis swistek. Coz z niektorymi sie nie wygra.
Wrocilismy do autobusu, gdzie wszyscy juz zniecierpliwieni czekali i ruszylismy w dalsza droge, na jedna z czterech tysiecy wysp rozsianych po Mekagu.
Na miejscu zjedlismy cos, znalezlismy sobie lokum i oddalismy sie relaksowaniu. Zamieszkalem w fajnym bungalowie tuz przy rzece z widoczkiem na zachod slonca. Za jedyne 2,5 dolara.

27.02
Nastepnego dnia wynajelismy sobie rowerki i udalismy sie na pobliska wysepke, w celu jej zwiedzenia i obejrzenia jednego z wodospadow. Po kilku godzinach wrocilismy i reszte wieczora przesiedzielismy na tarasie restauracyjki naszego guest housa, rozmawiajac do poznych godzin z innymi podroznikami.

28.02
Ten dzien ma byc rowniez aktywny. Wczoraj kupilismy sobie wycieczke kajakowa. Ma byc caly dzien w lodkach, lunch, wodospady i swietna zabawa.
Ruszylismy okolo 9 rano i wolno sunelismy po Mekagu. Po jakims czasie doplynelismy do pierwszego wodospadu. Tego samego, ktory ogladalem dzien wczesniej. O splywie nim nie bylo mowy, zbyt silny. Ale do kajakow wskoczylismy tuz za nim. Nurt byl ciagle bardzo silny, co gwarantowalo niezla zabawe. I tak tez bylo. Do kajaku wskoczylem jako drugi. Woda mnie porwala, za moimi plecami uslyszalem dopingujacy krzyk reszty czekajacych na swoja kolej, a ja zaczalem machac wioslem, tak jak przewodnik pokazywal chwile wczesniej. Niestety kilka machniec za duzo i zaczalem plynac tylem. W koncu udalo mi sie obrocic i opanowac szalona bestie. Bez wywrotki. Po chwili musialem sie zatrzymac, czekal tam przewodnik na reszte zawodnikow. Zatrzymanie sie na ciagle szybkim nurcie rzeki okazalo sie juz zbyt trudne i po kilku machnieciach wioslem, wyladowalem pod woda. Szybko wdrapalem sie na kajak, odzyskalem wioslo i zaczalem znow machac, spowrotem w kierunku wodospadu. I znow gleba, znaczy sie pelne zanurzenie. I znow musialem sie wdrapywac na kajak. W koncu przy trzecim podejsciu udalo mi sie opanowac sytuacje i podplynac troche do reszty grupy, ktora miala swoje przygody.
Kiedy wszyscy splyneli, odzyskali swoje kajaki i wiosla, ruszylismy dalej. Po jakims czasie doplynelismy do kolejnego spietrzenia. Tym razem bez wywrotki. Chwile pozniej zatrzymalismy sie na jednej z wysepek na male conieco.
Nastepne w programie byly delfiny, a mianowicie ich ogladanie. Doplynelismy do pewnego punktu, wdrapalismy sie na skale i zaczelismy wypatrywac delfinow. Dobrego widoku nie bylo, ale z oddali udalo sie dostrec kilka sztuk. Po chwili wskoczylismy do kajakow i dalej w droge.
Po doplynieciu do przystani wsiedlismy do busika i pojechalismy obejrzec kolejny wodospad. Najwiekszy w Azji poludniowo-wschodniej, jesli chodzi o ilosc wody przeplywajacej przezen. Naprawde imponujacy. Wodospad byl ostatnim punktem wycieczki, wiec zaraz po nim wyruszylismy spowrotem na nasza wyspe.
Po dotarciu udalem sie Johnatanem do indyjskiej restauracyjki na przepyszne curry. W miejscu zamieszkania bylem juz ledwo co w stanie wypic piwo – padalem ze zmeczenia. Nie trwalo dlugo zanim poszedlem spac.

29.02
Tego dnia nie robilem nic poza bujaniem sie w hamaku, czytaniem, sluchaniem muzyki i jedzeniem.
Wieczorem udalismy sie do pobliskiej restauracyjki i tam ze znajomymi zjedlismy kolacje i popilismy troche.

1.03
Nastepnego dnia z samego ranka ruszylismy w droge do Savannakhet, kolonialnego miasteczka oddalonego okolo 300 km od Don Det. Wpierw dotarlismy do Pakse. Wysadzili nas na czyms co sie nazywalo dworcem autobusowym, a wygladalo raczej na targ z parkingiem. Nie to bylo jednak problemem. Parking ten jest oddalony o 8 km od Pakse i obsluguje tylko poludnie od Pakse. Na autobus do Savannakhet musimy sie udac na dworzec polnocny ktory oddalony jest o kolejne 7 km od miasta, czyli razem 15 km od miejsca gdzie sie znajdujemy. Co za debil wymyslil takie rozmieszczenie dworcow. Dotarlismy na miejsce dwoma tultukami (dla jednego to za daleki dystans), kupilismy bilet, wrzucilem cos no zoladka i w droge. Autobus publiczny, nie VIPowski (bo jeszcze takie sa, tyle ze drozsze), jechal wolno co chwile sie zatrzymujac, wpuszczajac do srodka jak nie kolejnych pasazerow, to roznej masci sprzedawcow. Miejsca na nogi tez niewiele. Tak ze do Savannakhet dojechalismy juz po zmroku i dosc wymeczeni. Szybko udalo sie znalezc dos fajny hotelik niedaleko dworca, nastepnie poszlismy cos zjesc i dosc wczesnie poszlismy spac.