Archive for Kwiecień, 2008

Slajdowisko

Czas jakos leci. Od przyjazdu staram sie poskladac do kupy i jakos przystosowac do otaczajacej rzeczywistosci. Jakos sie udaje. Na szczescie pomoca sluza rodzina i przyjaciele.

Juz w krotce nowy wyjazd. Nowy – stary powinienem napisac bo jade do Glasgow czyli mojego ulubionego miejsca na wyspie Brytyjskiej i jej lepszej czesci czyli Szkocji. Wyjazd czysto zarobkowy – wstepnie do pazdziernika (pozniej sie zobaczy).

Wyjazd 11tego maja a wczesniej bo 8ego bede organizowal maly skromny pokaz slajdow z tego co sie ostatnio w moim zyciu dzialo.

Slajdowisko odbedzie sie w Chorzowie przy ul. Kosciuszki 11, w szkole Stow. Rodzin Katolickich, w czwartek 8 maja o godzinie 19.00
Wszystkich chetnych zapraszam.

Wkrotce tez bedzie przebudowa stronki, ktora nie ma zamiaru konczyc swej dzialalnosci.

12 – 17.04 – Shenzhen, Hong Kong. Powrot do domu.

Samolot wyladowal na lotnisku w Shenzhen, w Chinach, tuz przed polnoca. Chwile poniej bylem juz w autobusie do miasta. Nie wiedzialem dokladnie gdzie jechac, wiec wypytalem o droge. Jedna dziewczyna zdecydowala sie mnie zaprowadzic do hostelu. Zanim go jednak znalezlismy minelo kupe czasu, na miejsce zaszlismy kolo 2 w nocy. Hostel Loft w Shenzhen sam w sobie jest super, ale lokalizacja jest okropna.
Na miejscu, poznalem Krzyska z Lodzi i razem w trojke poszlismy … na masaz stop. Jakis taki dziwny kaprys. Masaz gitara, 80 minut za niecale 5 dolarow. Do hostelu wrocilismy nad ranem.
Po kilku godzinach snu sprobowalem obdzwonic wszystkie mozliwe biura w sprawie biletu lotniczego (wczesniej w Singapurze niczego nie zalatwilem). I nic. Niedziela. Wszystko pozamykane. Zdecydowalem, ze zostane jeszcze ten dzien w Shenzhen, a do Hong Kongu pojade nastepnego dnia razem z Krzyskiem.
Tymbardziej, ze zaproponowal mi nocleg u niego w mieszkanku. W miedzyczasie poszedlem do dzielnicy "elektrycznej". I tak jak bylem prawie w szoku w sklepach o podobnej tematyce w Singapurze, czy wczesniej w HK, tak teraz
szok byl wiekszy, bo do czynienia mialem nie z jednym budynkiem, a z cala ulica pelna kilkupietrowych budynków o asortymencie stricte elektryczno-elektronicznym. Po kilku sklepach i bardzo pobieznym ich obejsciu mialem juz dosc. Tymbardziej, ze spalem zaledwie 3 godziny. Wrocilem do hostelu posiedzialem chwile i razem z Krzyskiem udalismy sie znaleac jakas knajpke na kolacje. Bez powodzenia. Co za beznadziejne miejsce.
Shenzhen, a szczegolnie miejsce w ktorym znajduje sie hostel jest chyba jedynym miastem w Chinach, gdzie nie idzie znaleac jakiejkolwiek jadlodajni. Zakupilem wiec jakas zupke i przyrzadzilem ja w hostelu.
Poniej spac.

Nastepnego dnia wyruszylismy do Hong Kongu. Przejscie graniczne bez problemu, troche jazdy kolejka i juz bylismy na miejscu. Nastepnie ruszylem do agencji obslugujacej ofiary bankructwa "OasisHongKong". W sumie niczego
nowego sie nie dowiedzialem, mam dzwonic do biur lotniczych i pytac, a o kase musze wypelnic formularz i czekac, nawet do pol roku. Jako, ze byl juz wieczor obejrzelismy na nabrzezu Hong Kong Central pokaz swiatel i laserow i wrocilismy do mieszkania. Na miejscu kilka piwek w towarzystwie Krzyska i Shili, jego dziewczyny i spac.
Z samego rana zaczalem dzwonic po biurach lotniczych, z nadzieja, ze cos sie znajdzie. Wiekszosc biur juz nie miala miejsc na najblizsze kilka tygodni. Najlepsza oferta to Quantas Air Lines, na 21 kwietnia. Zostalo mi tylko zadzwonic do Air New Zealand i opcje by sie wyczerpaly. Na dzien dobry ze zmarnowanym glosem poprosilem o pierwszy wolny termin i chwile pozniej uslyszalem – 16 kwiecien. Czyli tak jak planowalem i nawet zdaze na WizzAira z Londynu do Polski – bomba. Godzine poniej juz mialem bilet w rece.
Reszte dnia spedzilem na kreceniu sie po HK Central oraz Kowloon, dokanczajec to czego nie zrobilem bedac tu za pierwszym razem, czyli przejazdzka najdluzszymi ruchomymi schodami swiata oraz hongkongskim dwupietrowym tramwajem.
Takie banalne, a cieszy.
Wieczorem spotkalem sie z Krzyskiem, ktory caly dzien spedzil na targach elektroniki i razem, po malym jedzonku w mojej ulubionej knajpce z pierwszych odwiedzin HK, udalismy sie na targ elektroniczny w Sham Shui Po oraz Mong Kok.
Poniej do domku, gdzie czekala juz Shila oraz jej znajomi – won ton i whisky.
Samolot mialem o 8.45, a stawic na lotnisku 2 godziny przed lotem, a wiec czekala mnie wczesna pobudka. Postanowilem wcale sie nie klasc spac.
Na lotnisko autobus mialem prawie spod mieszkania i po kilkudziesieciu minutach jazdy bylem juz na miejscu.
Szybka odprawa, chwile czekania gapiac sie z oddali na wschodzace slonce nad Hong Kongiem (uwielbiam to miasto – jest po prostu genialne) i wylot do Londynu.
Dwanascie i pol godziny pzniej wyladowalem w stolicy Wielkiej Brytanii. Jako, ze mialem piec godzin czasu do nastepnego lotu, postanowilem odwiedzic Sanjego, ktory mieszka niedaleko. Po malym piwku i porcji smazonego ryzu,
czas bylo zbierac sie na kolejny lot – ostatni na tej wyprawie.
16ty kwietnia byl najdluzszym dniem mojego zycia, dzieki zmianom czasu doba dla mnie miala 31 godzin.

Dnia 17tego kwietnia po 230 dniach wyprawy wyladowalem w domu. Na lotnisku juz czekala moja niezastapiona kuzynka Marta i po kilkudziesieciu minutach moglem sie zameldowac w domu, gdzie nikt sie mnie nie spodziewal.

10 – 12 – Singapur.

Do Singapuru przyszlo mi wjechac. Dokonalem tego wyczynu za pomoca autobusu, bezposrednio z Melaki. Granica bardziej niz cywilizowana, szybko sprawnie.
Singapur przywital mnie deszczem. Zaczelo lac tuz po przekroczeniu granicy i lalo, i lalo. W chwili miedzy deszczem dotarlem do "Little India", gdzie znalazlem nocleg w hostelu "Prince of Wales". Na zewnatrz lalo wiec musialem spedzic troche czasu zanim deszcz zelzal na tyle, ze mozliwe bylo jakiekolwiek wyjscie. O zwiedzaniu nie bylo zadnej mowy, plan na reszte dnia to badanie rynku, czyli rozejrzenie sie w cenach tutejszej elektroniki. A najlepszym do tego miejscem jest kilkupietrowy Sim Lim Square. Na szczescie niedaleko hostelu. Kilka pieter czystej elektroniki, zarowno uzytkowej, od aparatow po komputery, jak i najrozniejszej masci podzespoly. Dokonac zakupu w sumie latwo nie jest, mase sklepikow kusi roznymi okazjami, a la "tylko dzisiaj" lub "specjalnie dla ciebie", niektore ceny sa wrecz niewiarygodne, nalezy jednak bardzo uwazac, gdyz miejsce stalo sie znane z oszustw. Kant glownie polega na roznego rodzaju podmiankach pod lada, lub sprzedaniu sprzetu uzywanego lub nawet uszkodzonego (przy czym oferty specjalne czesto nie zawieraja gwarancji – no bo bedzie taniej). Mimo wszystko miejsce jest najprawdopodobniej najtanszym miejscem z elektronika na swiecie.
Po rozejrzeniu sie po sprzecie i cenach, udalem sie na kolacje i wrocilem do hostelu. Ciagle lalo.

Nastepny dzien do bezchmurnych nie nalezal, ale przynajmniej nie padalo. Udalem sie wiec w wedrowke po miescie. Z "malych indii" spacerkiem w kierunku centrum, az po "chinatown". Po drodze zatrzymywalem sie co chwile, zeby nacieszyc oczy widokiem miasta, wiezowcow, lub zeby cos przekasic. W "chinatown" odwiedzilem kilka swiatyn, z ktorych godna polecenia jest "Swiatynia Reliktu Zeba Buddy" – piecio pietrowa budowla zbudowana w stylu japonskim (znaczy sie ponoc chinskim dynastii Tang, ale wystarczy rzucic okiem zeby dostrzec typowo japonskie elemety), poswiecona Buddzie. W srodku jest kilka hal z figurami Buddy, a takze muzeum poswiecone tej religii. Na dachu zas jest maly ogrod oraz najwiekszy w Azji mlynek modlitewny.

W drodze powrotnej tuz pod wiezowcami na nabrzezu rzeki kusi cala masa restauracji i barow specjalizujaca sie w przysmakach tutejszych. Malo nie braklo zebym porzadnie zaszalal, na szczescie w portfelu nie bylo wystarczajacej gotowki. Na szczescie, bo pomimo nizelej (targowanej) ceny za kraba w sosie chilli, miejsce to jest dosc drogie i zrobiloby mi niezla dziure w budzecie. Zatrzymalem sie na dluzsza chwile pod budynkiem tutejszej opery, ktorej to kopuly zrobione sa na ksztalt rybiej luski. Mieszkancy jednak wola nazwe "Wielki Durian", na czesc tego jakze intensywnie pachnacego owoca.
Po powrocie do mojej dzielnicy udalem sie jeszcze do kafejki internetowej, gdzie zastal mnie niezbyt wesoly mail. Linia lotnicza, ktora mialem zamiar wrocic do swiata europejskskiego, odwolala wszystkie loty, z moim wlacznie. Tak, ze na dobranoc mialem o czym myslec.

Z rana zas zaczelo lac. Wrocilem do kafejki, zeby wyczytac wiecej co sie wlasciwie stalo, jak mam wrocic i co z moja kasa. W agencji do ktorej mialem zadzwonic w kwestii wyjasnien nikt nie podnosil sluchawki. Wywnioskowalem, ze w Singapurze nic nie zalatwie i z pytaniami musze zaczekac do czasu przybycia do Hong Kongu.
W strugach deszczu udalem sie w kierunku Sim Lim Square po moja nowa zabawke. W upatrzonym wczesniej sklepie, z certyfikatem "Starretailer"(gwarantujacym uczciwosc i rzetelnosc sprzedawcow oraz dobra jakosc produktu), przywital mnie wczesniej poznany sprzedawca. Za cene, ktora sama w sobie jest duzo tansza od tej ktora dostalbym gdziekolwiek w europie (moze w USA bylaby podobna), dostalem Nikona D80 w zestawie z obiektywem Nikkor 18-135, plus dwa filltry, karte pamieci oraz torbe na to wszystko. Po prostu bomba.
Po wyjsciu ze sklepu deszczu juz nie bylo, wiec udalem sie zobaczyc jeszcze pobliski Meczet Sultana. Nastepnie juz tylko kolejka miejska na lotnisko skad mam lot w niewiadma.

7 – 9.04 – Melaka.

7.04

Melaka to kolejne miasto o chrakterze kolonialnym. Praktycznie przez cala swoja historie bylo pod wladaniem obcych – najpierw przyplyneli Portugalczycy w 16 wieku, pozniej na ich miejsce przybyli Holedrzy, a pozniej Brytyczycy. Przez chwile byli tu tez Japonczycy. Tak czy inaczej europejczycy mocno odcisneli tu swoje pietno. Co w polaczeniu z "rdzennymi" chinczykami daje niezla mieszanke zarowno pod wzgledem architektonicznym jak i kulinarnym. A zapomnialbym jeszce o Hindusach – tez sa.
Po przyjezdie zostawilem toboly w hostelu i udalem sie na przechadzke po miasteczku. Byl juz wlasciwie zmrok wiec wiele sie niedzialo i wiele nie zobaczylem. Pochodzilem troche, cos zjadlem, zatrzymalem sie na kawke w chinatown, kupilem kilka owocow i wrocilem do hostelu.

8.04
Po sniadanku i kawce wybralem sie na zwiedzanie. Na pierwszy strzal poszedl portugalski fort na wzgorzu, a wlasciwie to co z niego zostalo czyli kilka scian. Po Portugalczykach i Holendrach do fortu przybyli brytole i z kosciola zrobili sobie magazyn na proch i bron, a historia juz kilka razy pokazala jak sie takie genialne plany koncza. Pozniej sie rozpadalo i to znacznie wiec trzebabylo sie gzies schowac. Na szczescie obok fortu stoi muzeum niepodleglosci. Wystawa w sumie nudna, ale przynajmniej nie kapie z gory.
Nastepnie kroki skierowalem na stary holenderski ratusz "Stadthuys", tu naszczescie brytyjczycy byli bardziej rozwazni i zrobili sobie … ratusz, a teraz sa tu muzea – historii, etnografii i literatury oraz mala wystawa chinskiego zeglarza Ho, ktory ponoc oplynal swiat zanim jeszcz Kolumb sie narodzil, a tu w Malace byl kilka razy. Po ratuszu-muzeum udalem sie do Kosciola Chrystusa zbudowanego przez Holedrow w 1753 roku. Z zewnatrz jednak prezentuje sie duzo lepiej niz wewnatrz. Pozniej znow sie rozpadalo i utknale gdzies pomiedzy "Little India", a licznymi kafajkami – ciasteczko tu, kawka tam… W chwili miedzy deszczem, a deszczem udalem sie jeszcze na chwilke do chinatown, a pozniej juz do hostelu – nie dosc, ze zneczony, to jeszcze mokry.

9.04
Dzis juz bez deszczu. Po porannej (czyt. poludniowej) kawce udalem sie ponownie trasa hostel – male indie – chinatown, obejrzec to samo tylko na such oraz rozejrzec sie za swieza ziarista kawa. Niestety kawy nie udalo sie zakupic (ciagle nie umie sobie wydarowac, ze nie kupilem jej w Wietnamie), ale za to odwiedzilem kilka swiatyn. Nastepnie udalem sie na dluzszy spacer do osady portugalskiej, oddalonej od centrum jakies cztery kilometry. Poza malymi domkami przypominajacymi moze troszke te z okolic Portugalii, niczego wiecej tam nie ma. Wrocilem wiec z powrotem do chinatown, ktore to dopiero po zmroku pokazuje swoje prawdziwe piekno i charakter.
Wieczorem zmeczony wrocilem do hostelu. Czas spac bo rano czeka mnie autobus do kolejnej destynacji.

4 – 7.04 – Kuala Lumpur.

Kuala Lumpur – stolica Malezji i jej najwieksze miasto. Slynne wieze Petronas widac juz z oddali.
Zatrzymalem sie w "Domu Podroznika – Travellers Home" w China Town w samym sercu KL. Zaraz po rozpakowaniu udalem sie w miasto. Walesalem sie po uliczkach miasta do samego wieczora. Po drodze zaliczylem targ w dzielnicy chinskiej, niedaleko hostelu, sprzedajacy najrozniejsze rzeczy poprzez podkoszulki i portwele po najnowsze filmy i seriale. Po jakims czasie wsiadlem w tutejsza kolejke miejska, podobnie jak w Bangkoku, estakadowa. Przejechalem kilka stacji i wysiadlem w dzielnicy biznesowej, wsrod wiezowcow, drogich hoteli i wielkich supermarketow. Odwiedzilem jeden z nich – kilka pieter samej elektroniki. Ceny nizsze od polskich, ale wyzsze niz w Hong Kongu. Nastepnie wsiadlem w kolejna kolejke i podjechalem pod wieze Petronas. Niestety deszcz uniemozliwil podejscie pod same wieze i nacieszenie sie ich widokiem. Wskoczylem ponownie do pociagu i wrocilem do Chinatown. Deszcz ustal wiec pokrecilem sie jeszcze troche, zjadlem cos u hindusow i wrocilem do hostelu.

Po sniadanku w hostelu i kawce udalem sie do oddalonego o kilka miut drogi meczetu narodowego. Po drodze przeszedlem przez dworzec glowny – maly ale bardzo ladny. W meczecie wlasnie sie modlili wiec musialem wrocic tu pozniej. Czekajac na mozliwosc wejscia do meczetu odwiedzilem glowny plac miasta
"Merdaka Square". W samym centrum placu znajduje sie jeden z najwyzszych masztow na flage – pozostalosc po rzadach brytyjczykow, wokol placu bardzo ladne budynki. Po jakims czasie wrocilem do meczetu. Obszedlem go
dookola i zatrzymalem sie przy glownej hali modlitewnej, do ktorej nie-muzulmanie nie maja wstepu.
Podszedl do mnie jeden muzulmanin – wolontarusz i zaprosil na rozmowy o islamie. Przegadalismy kilka godzin w bardzo milej stmosferze. Wiele rzeczy Wyjasnil, kilka ciekawych spostrzezen, a wiele nowych pytan sie zrodzilo, na kilka z nich nie uzyskalem odpowiedzi. Bardzo interesujace doswiadczenie.

Po tej dlugiej lekcji islamu udalem sie na wieze telewizyjna, jedna z najwyzszych na swiecie – 427 metrow. Z gory przepiekny widok na miasto o zachodzie slonca. Niedaleko wiezy telewizyjnej stoja wieze Petronas i mozna na nie popatrec prawie z gory. Petronas Towers byly kolejnym celem mojego zwiedzania miasta.
Z kazdym kolejnym krokiem, zblizajacym mnie do nich, stawaly sie piekniejsze. Do srodka juz nie wszedlem – bylo zamkniete. Mozna wjechac na pomost laczacy obie wieze, ale trzeba przyjsc wczesnie rano, ustawic sie w dlugiej kolejce i liczyc na to, ze sie jeszcze dostanie bilet – sa limitowane. Dla mnie juz pierwszy warunek praktycznie wyklucza mozliwosc skorzystania z pomostu. Zreszta slyszalem wielokrotnie, ze rozczarowuje. Posiedzialem pod wiezami troche czasu, gapiac sie na nie, a w koncu wrocilem do hostelu.

Kolejnego dnia wybralem sie, jako ze niedziela do jednego z tutejszych kosciolow. Do tego najblizszego chinatown, drogi jakos nie znalazlem, a ten przy Merdaka Sqare okazal sie byc zamkniety, a w dodatku anglikanski. Pozniej zlapala mnie ulewa. Na odcinku kilku metrow, przebiegajac przez trzypasmowa ulice – przemoklem calkowicie. Dla przeczekania deszczu udalem sie na herbatke, a ze bylem w hinduskiej dzielnicy, byla bardzo dobra. Pozniej kolejny stop u golibrody i kolejna herbatka. W koncu rozjasnilo sie troche i moznabylo pochodzic po Little India. Wieczorem wrocilem do hostelu.

31.03 – 3.04 – Georgetown, Penang, Malezja.

Chec dalszego podrozowania zawiodla mnie do Malezji, a scisle na wyspe Penang do miasta Georgetown, bedacego jednym z najwiekszym miastem w tym kraju. Na miejsce dojechalem minibusem prosto z Hat Yai w Tajlandii. Przejscie graniczne bezproblemowo, pieczatka, przeswietlenie plecaka i w droge.
Georgetown od razu mi sie spodobalo – wspaniala kolonialna architektura i niesamowita atmosfera wilokulturowej spolecznosci. A chwile pozniej dostalem zapachami w twarz, a kubki smakowe powariowaly. Juz dawno uslyszalem z czego slynie Penang – reputacja tutejszej kuchni rozciaga sie na cala Azje Poludniowo-wschodnia. A to wszystko za sprawa mieszkajacych tutaj chinczykow, hindusow, muzulmanow i oczywiscie Malajow. Przede mna cala lista kulinarnych atrakcji turystycznych.
Do zwiedzania jako takiego za wiele nie ma – kilka chinskich taoistycznych swiatyn, kilka hinduskich, meczety. Troche poza centrum znajduje sie Wzgorze Penang, z ktorego roztacza sie piekny widok na wyspe oraz swiatynia Kek Lok Si bedaca najwieksza buddyjska swiatynia w Malezji – bogato zdobiona z motywami zarowno chinskimi, tajskimi jak i birmanskimi. Caly urok miasta jest jednak w waskich alejkach, zabudowanych w stylu kolonialnym. A najciekawsze, ze te wszystkie kamienice caly czas zyja swoim dawnym zyciem.
Posiedzialem wiec na wysepce dluzej troche niz planowalem. Pojadlem odpowiednio. Problemem malym sie okazalo, jak tu wybrac co jesc skoro wszystko takie pyszne. Jedna restauracyjke to specjalnie musialem omijac szerokim lukiem – co tamtedy przechodzilem to musialem sie na cos zatrzymac a to na kurczaka tandori, a to na mango lassi, a to na jakiegos paczka. A przeciez inni tez czekaja. Wieczory konczylem mala czarna pyszna swiezutka kawka w malej knajpce na nabrzezu. Juz za drugim razem mnie rozpoznali, podajac dokladnie to po co przyszedlem. Dodac musze, ze po Wietnamie (na ktory tak narzekalem, a ktory w ostatecznym rachunku nie byl taki zly) kawa juz nie smakauje tak samo. Wszedzie jakas bezsmkowa lura, a nescafe i inne instat badziewia wyczuc idzie z kilku metrow. Natomiast poki co w Malezji kawke maja calkiem calkiem dobra. Nie jest to Wietnam, ale juz blisko.
Ludzie tez inni – bardziej usmiechnieci i milsci nawet od Tajow. Podoba mi sie tu.
Do meczetu tylko nie udalo mi sie wejsc, bo sie w pore modlitw wybralem. Ale beda jeszcze okazje, w koncu to muzulmanski kraj.