Archive for Listopad, 2009

24 – 25.11.09 – Ciudad Bolivar i droga do Brazylii.

Zeby wsiasc trzeba pomachac reka, zeby wysiasc – zaklaskac. Kokpit wystrojony jak na swieta. W srodku disco na full. I w rytmach tego disco (wlasciwie to taki mix hiphopu z salsa) szaleje po ulicach. Buseta. Autobusik miejski w Ciudad Bolivar. Tak wlasnie dzien mi sie zaczal. W tych dziwnych rytmach wybralem sie po bilet do Santa Elena de Uraien. A ze przegapilem klaskanie na wyjscie to posluchalem sobie tej muzyczki dosc dlugo. W pewnym momencie kierowca sie kapnal ze jakis gringo-podobny czlowiek jedzie cos dlugo. A bylo to w okolicach gdzie, po zmroku nawet tamtejsi mieszkancy nie chca sie znajdowac w tej okolicy. Kierowca i jego pomagier byli na tyle mili ze przerzucili mnie do autobusu jadacego z powrotem i wyjasnili kierowcy co ze mna maja zrobic.
Tak dotarlem na bus terminal. Zakupilem szybko bilecik i z powrotem. Znow buseta. A jeszcze podjechalo chwile wczesniej kilku policjantow. Jeden mnie zmierzyl odpowiednio i rzucil od niechcenia ale stanowczo – passeporto!
No wiec siedze w la buseta secundo slucham sobie muzyczki i ogladam miasto zza okna. I znow muzyczka leciala dluzej niz miala. Pomagier spytal mnie gdzie ja w koncu jade. Na deptak Orinoko – odpowiadam. To przegapiles, ale jak bedziemy wracac to ci dam znac. Za jakas godzine – dodal.
Pozniej juz bez ekscesow. A w jednym momencie ktos ino ryknal ze jakis gringo robi foto. Podnioslo mi sie ciut cisnienie i czmychlem czym predzej z miejsca.
Samo Ciudad Bolivar ma dosc ladna starowke. I to wszystko.
Po zmroku miasto pustoszeje. Nigdy sie bym nie spodziewal ze w kraju latynoskim o godzinie 18tej na ulicach goni sie wiatr. Nawet knajpy sa pozamykane. Szkoda.

Wieczorem udalem sie znow na dworzec. Wybralem sie wczesniej zeby jeszcze cos zjesc. W przydworcowej knajpce zamowilem jakies mieso z ryzem i soczek. Po chwili przysiadly sie dwie male dziolszki, a pozniej dwie starsze i tak mi towarzyszyly zabawiajac pytaniami. Z hiszpanskim idzie mi chyba coraz lepiej.

Przygod autobusowych ciag dalszy. Wpierw na trasie do Santa Elena bylo chyba ze 6 kontroli paszportowych, a pozniej autobus sie zepsul po srodku dzungli. Po jakichs dwoch moze trzech godzinach przyjechal nastepny i nas zabral w dalsza droge.
Dalej juz prosto. Do Brazylii.

21 – 24.11.09 – Najwiekszy wodospad na swiecie.

Autobusem nocnym dotarlem do Ciudad Bolivar – zmarzniety, bo klima byla ustawiona na minimalna temperature. Nawet polar mi nie pomogl. Ale wygodnie bylo, musze przyznac.

Zaraz po wyjsciu z autobusu dopadl mnie naganiacz na wycieczki pod Salto Angel, czyli najwiekszy wodospad na swiecie. Obiecywalem sobie wczesniej, ze wpierw pobede jeden dzien w samym miescie Bolivara i ostroznie przewertuje oferty roznych agencji. Ale wyszlo odrobine inaczej. Uleglem gosciowi po paru minutach. No bo w sumie po co mam czekac, a cena i tak pewnie nie bedzie sie wiele roznic.

I tak po chwili siedzialem juz z dwojka kanadyjczykow w malym samolocie typu cessna. Widoki z gory zapieraja dech. Po godzinie z hakiem lotu wyladowalismy w malej wiosce Canaima, z ktorej dnia nastepnego wysruszymy pod wodospad.

Dzis w planie jednak ogladanie mniejszych wodospadow otacajacych Canaime. Malych ale imponujacych. Hitem bylo przejscie za wodospadami. A wszystko to w przepieknej scenerii.

Cali mokrzy i zadowoleni wrocilismy do naszego domku na kolacje.


Dnia nastepnego wczesnie rano wyruszylismy w gore rzeki. Po paru godzinach bujania lodka i niezlego chlapania dotarlismy do obozu. Stad juz rzut kamieniem do wodospadu.




20.11. – Caracas – czyli pierwsze zetkniecie z Ameryka

Na dzien dobry slow kilka genezy sie nalezy.

Pierwsze oficjalne (czyt. Wypowiedziane glosno przeze mnie do osoby innej niz ja sam ) slowa o Ameryce Poludniowej padly za czasow szkoly sredniej na pewnym spotkaniu przy plackach ziemniaczanych. Po tym spotkaniu powstaly dwie legedy/anegdoty. Pierwsza, ze kwiatek duzo potrafi zjesc, a druga, ze wlasnie tenze kwiatek chce do Ameryki jechac Lacinskiej.

I tak od slowa do slowa, powolutku nadeszla chwila, ze ucalowalem rodzicow i dziewczyne i wsiadlem do pociagu, ktory zawiozl mnie na lotnisko pod Wroclawiem, skad udalem sie do Barcelony.

Ach Barcelona, cudowne miasto. Pochodzilem dzien caly po centrum, posiedzialem na molo i poszedlem na autobus nocny do Madrytu. Pozniej nastepny autobus na lotnisko i wylot na nowy lad.

Po wyladowaniu zorientowalem sie, ze: Senior Chavez (ciekawe czy cenzuruja internet;)) zrobil psikusa reszcie swiata i przesunal pobratyncom zegarki o kolejne 30 minut, ze mafia taksowkowa ma sie swietnie na kazdym kontynecie swiata, ze jak przystalo na socjalistyczny kraj, czarny rynek walutowy ma sie rowniez dobrze oraz oberwalem fala goraca i duchoty prosto w pysk.

Na lotnisku szybko spotkalem swojego couchsurfingowego hosta, z ktorym sie wczesniej umowilem i pojechalismy do centrum Caracas do mieszkanka.

Dobra kolacja i kilka slow, pozniej kima.


Nastepnego dnia pochodzilem troszke razem z zona gospodarza po parku i centrum miasta. Park Del Este na prawde ladny i godny polecenia. Jest tam tez mini zoo z pumami krokodylami i papugami roznymi. Centrum takie se, jakies takie chaotyczne. Po czym pod wieczor wrocilismy do domku na kolacje. Pogadalismy troche do nocy i do lozeczka.


Kolejny dzien w Caracas. Wybralem sie z moja osobista przewodniczka na kolejne zwiedzanie. Dzis nie chcialo mi sie lazic po miescie wiec pojechalismy zobaczyc kolejne dwa parki. A wieczorkiem poszlismy na wzgorze Avilla, ktore zamyka Caracas od strony polnocnej.

Po zejsciu ze wzgorza pojechalismy do iranskiej knajpki w dzielnicy Altamira. Pyszny halal hamburger i do domu.


Trzeci dzien w Stolicy. Wpierw pojechalem z Aida kupic bilet na autobus do Ciudad Bolivar, a nastepnie polazilsmy troche po miescie – Sabana Grande i Altamira. Dzis wyglada to ciut lepiej – sa nawet ladne miejsca w tym miescie.

Jeszcze na zakonczenie szybki rzut okiem na dom i muzeum Bolivara, narodowego bohatera i to by bylo na tyle jesli chodzi o Caracas.

Ameryka Ameryka.

I znow sie zaczyna. Planowana od bardzo dawna podroz do Ameryki Poludniowej dochodzi do skutku.
Plan jest taki: laduje, po przesiadkach w Hiszpanii, w Caracas w Wenezueli 17 tego listopada roku panskiego, po czym zaczynam zjezdzac na poludnie.
Pozniej odwiedzam kolejno Brazylie, Paragwaj, Urugwaj, Argentyne, Chile, Boliwie, Peru, Ekwador i Kolumbie gdzie koncze w okolicach maja.

Na mapce wyglada to tak:


Pokaż SA 2009-2010 na większej mapie

Malo czasu i w sumie malo kasy wiec nie obiecuje ze ten plan zostanie zrealizowany.
Obiecuje za to duzo zdjec.