Archive for Grudzień, 2009

23 – 31.12.2009 – Mate, spokoj, relaks – Urugwaj.

Urugwaj rowniez zamknie sie w jednym wpisie, choc spedzilem tu znacznie wiecej czasu niz w Paragwaju. A wlasnie, tak a propo.
5 tysiecy guarani w kieszeni, stoje na przystanku do granicy z Argentyna. Podjezdza autobus. Za ile, sie pytam. 5 tysiecy. A wiec udalo sie. Do Argentyny wjechalem bez pieczatki wyjazdowej z Paragwaju. Autobus sie nie zatrzymal, choc prosilem, a mnie sie nie chcialo wracac. Pozniej juz sprawnie do granicy z Urugwajem.

Urugwaj znany jest jako kraj usmiechnietych ludzi ceniacych sobie spokoj i relaks, a takze jako kraj mate plynacy (taki napar z ziol Yerba). A co za tym idzie nierzadko spotkac ludzi siedzacych na lawkach, lub spacerujacych, saczac mate godzinami. Juz mi sie podoba.
Po przejsciu granicy spedzilem kilka godzin w miasteczku granicznym Paysandu. Nic specjalnego ot miasteczko. Wieczorem autobus do stolicy.

Na dziendobry Montevideo przywitalo mnie przepieknym wschodem slonca. Pozniej pogoda sie spsula ale co tam. Przeczekalem chwile w hostelu nastepnie udalem sie na spacer po stolicy. Po poludniu miasto zrobilo sie puste, a wszystko dookola bylo zamykane. Wlacznie z pralnia, do ktorej oddalem swoje brudy, a ktora miala byc otwarta. Tak wiec zostalem na Swieta bez ciuchow. No nie wszystkich oczywiscie.
Z posilkiem poludniowym rowniez sie zrobil maly problem bo restauratorzy tez poszli swietowac. Ale tylko maly. Wieczorem hostel zorganizowal wieczerze wigilijna, a ja sie z przyjemnoscia przylaczylem, co by samemu do konca nie spedzac tego dnia.
Wieczerza byla tradycyjna urugwajska, wiec jestem usprawiedliwiony. A to dlatego ze na stole wyladowalo miesko wszelakie – kielbaski z grilla, rolada z kurczaka (pycha trzeba bedzie kiedys zrobic), i wieprzowinka. Procz tego sporo salatek. I duzo wina. Milo bylo.
A co robilem w Swieta? To co sie robi w Swieta czyli nic. I tez jak to w Swieta, odwiedzalem telefonicznie tych ktorych kocham.
Nie tylko ja zreszta nie robilem nic. Cale Montevideo nic nie robilo. Poza tym lalo na zewnatrz. Pod wieczor udalem sie na spacer do starej dzielnicy. Przepiekna architektura bardzo nadaje charakteru temu miastu. A miasto opustoszalo kompletnie – prawdziwe miasto duchow. Bylem praktycznie jedyna osoboa chodzaca po ulicach. Gdzieniegdzie tylko ktos siedzial w bramie czy na lawce i popijal mate.
Dzien kolejny znow deszcze z rana, a popoludniem spacer z aparatem po miescie – nie moge sie napatrzyc na te stare budynki (opisywac nie bede – bedzie galeria). Dzis juz troche ludzi sie pojawilo, ale ciagle pustki na ulicach. Udalo mi sie tez odzyskac ciuszki. A na kolacje kawal miesa z frytkami i piwem, przy pieknym zachodzie slonca.

W niedziele po Swietach udalem sie w miejsce zwane Punktem Diabla (Punta del Diablo) – na plaze (zapomnialem dodac, ze Urugwaj tez z plaz jest znany). Ma byc mala wioska rybacka, cicha i spokojna.
Udalem sie na kamping z mysla ze taniej, a moze tez i blizej plazy. Pomylilem sie w obu przypadkach. Za namiot dla jednej osoby zazyczyli sobie cene z poludnia Europy, tlumaczac sie ze tu sklep, tam restauracja i basen. A co to ma do rzeczy. No ok basen jest fajny. Blisko do plazy tez nie ma bo jakies 5 km trzeba maszerowac.
A wioska to rybacka jest ale chyba tylko poza sezonem. Teraz w jego szczycie to lowia tu ino turystow. Jest ich mase. Na szczescie charakter wioski zostal, a turysci wtapiaja sie w atmosfere miejsca. Jest spokojnie i milo.
Pogoda sie spsula i siapilo caly dzien. Wioska jakby opustoszala, co nadalo jej jeszcze charakteru.
Pojawil sie drobny problem. A mianowicie skonczyly mi sie pieniazki, a jedyny bankomat nie dziala. Bedzie autostop.

Z poczatku nie szlo zle. Po moze 10 minutach pierwsze auto. Powiedzieli, ze jada jakies 60 km. Gitara. Okazalo sie zaledwie okolo 30. Dobre i to pomyslalem. Pozniej jednak utknalem. Ponad dwie godziny stania w samym sloncu. Malo aut jakos jezdzilo, a ci co przejezdzali jakos nie mieli zamiaru sie zatrzymac. Naszczescie okazalo sie, ze wioska przy ktorej stalem posiada czynny bankomat.
Napilem sie, zjadlem hamburgera (burgery w Ameryce Pd rzadza) i wskoczylem do autobusu.

Colonia del Sacramento, male miasteczko nad delta La Platy. Ladne, kolonialne. Fajna relaksujaca atmosfera mimo, wielu turystow.
Spotkalem Saena, poznanego wczesniej w Montevideo. Razem udalismy sie na nabrzeze i z wolna saczylismy mate.
Znow piekny zachod slonca – chyba z tym bedzie mi sie kojarzyl ten kraj (tez).
Sama Colonia naprawde ma swoj klimat, male placyki, kolorowe domki, wyluzowani ludzie. W sumie jak i caly Urugwaj.

Jest w tym kraju jeszcze cos co jest zauwazalne – stare samochody. Klasyki motoryzacji z lat 50tych a czasem nawet i 30tych. I to nie jakies zlomy rozwalajace sie gdzies na poboczu. Na chodzie. Widzialem tez takie klasyki jak szczyt polskiej mysli motoryzacyjnej czyli Fiat 125 oraz Polonez.

24.12.09 – Pogodnych Swiat .

Zdrowych pogodnych i wesolych Swiat Bozego Narodzenia, duzo usmiechu i spokoju, zycze wszystkim. Feliz Navidad sie tutaj mowi.
Wyszlo na to ze ja sam Swieta spedze w Montevideo. Jakos nie czuc, ze sa Swieta – jest goraco, pada deszcz zamiast sniegu i nie ma bliskich w poblizu. Karpia tez nie bedzie – szykuje sie stek. Co kraj to obyczaj.
A sylwester w Buenos Aires.
Jeszcze raz wszystkiego dobrego.

19 – 22.12.09 – Paragwaj.

Do Paragwaju zajechalem w poludnie. Po przekroczeniu granicy (czytaj poprzedni post ), poszwedalem sie troche po Ciudad del Este. Miasto ciekawe chyba tylko dla mrowek. Tani sprzet elektroniczny, reszta – kicz. Wieczorem wyjechalem wiec do Asuncion.

Stolice przywitalem w niedziele wczesnym rankiem, co oznaczalo mniej wiecej jedno – kompletne pustki na ulicach. Jedynymi ludzmi na ulicach zdawali sie byc policjanci stojacy gdzies po rogach ulic.

Po krotkiej drzemce wybralem sie na miasto. I tu mile zaskoczenie. Po raz ktorys juz nie spodziewalem sie wiele, a tu calkiem ladna architektura nadajaca mily klimat centrum miasta. I tak pochodzilem, pokrecilem sie po uliczkach, do wieczora kiedy to nadeszla burza.

Nastepnego dnia udalem sie juz do miejscowosci Encarnacion lezacej przy granicy z Argentyna, a takze niedaleko ruin jezuickich misji. Asuncion na jeden dzien zupelnie wystarczy.

Misje jezuickie w tej czesci globu to byly takie utopijne zamkniete spolecznosci zarzadzane przez jezuitow, ktorzy to w ramach akcji chrystianizacyjnej sprawowaly rowniez wladze swiecka, zakladajac specjalne osiedla dla tubylcow (tzw. redukcje paragwajskie). I jak to z wszystkimi utopiami w historii bywalo – skonczylo sie ruinami i tym razem.

Ten dzien zalicze do takich z cyklu „ciekawe czy sie uda”. Do Encarnacion dojechalem poznym wieczorem, z 72000guarani w kieszeni (lokalna waluta, jeden dolar to jakies 4500). Trzabylo cos znalezc, zeby sie kimnac. Biblia mowi, ze tuz przy dworcu autobusowym jest tani hotelik. Nie taki tani jak sie okazalo (hmm jeszcze nigdy sie nie okazalo zeby cos bylo tansze niz w lonelyplanet napisane) i rudera w dodatku.
Jak mi pokazali pokoj economico to … powiem tylko tyle ze w najwiekszej norze w Indiach czy Kambodzy bylo ladniej i czysciej. Wiec zostalo juz tylko 37tys.

Rankiem ide na dworzec zeby dojechac do ruin w Trinidad. Kupuje bilecik i prosze pana zeby mnie uprzedzil gdzie wysiasc. Powiedzial gdzie wysiasc, ale zaraz potem dowiedzialem sie ze mialem wysiasc jakies 3 km wczesniej (w praktyce okazalo sie okolo 5). Cos mi mowia ze zaraz jakis busik przyjedzie czy cos i mnie moze zabrac.
Nie mam kasy, ide. Po chwili zatrzymalem kolesia, a ten na motorku mnie pod same ruiny podwiozl. Usmiech zadowolenia na twarzy, wiatr we wlosach. Ide do kasy z przekonaniem ze bilet bedzie kosztowal gora dyche. 25 – sie okazalo (oni chyba tez czytaja LP). Zostalo 12 w kieszeni. Ruiny owszem ciekawe, ale jak to ruiny. Szkoda ze nie postarali sie zadnych tablic informacyjnych umiescic.

Ide dalej do kolejnych ruin – miejscowosc Jesus. Oddalona o 12km od Trinidad. Daleko. Wyciagam palucha. Zatrzymal sie pickup. Usmiech zadowolenia na twarzy, wiatr we wlosach.

Te ruiny to wlasciwie tylko pozostalosci dosc pokaznego kosciola. Na szczescie bilet obejmuje obie atrakcje.

Czas wracac. Z nieba ukrop taki ze wytrzymac nie idzie, musze kupic wode bo nie wytrzymam. Do miejsca skad odjezdza bus do Encarnacion jedzie busik za jedyne 5000. Musze odmowic. Znow lapie stopa. Idzie znacznie gorzej a w dodatku idzie burza, i to wyglada na dosc powazna. W koncu udaje sie – zatrzymuja sie starsi panstwo pickupem. Usmiech zadowolenia na twarzy, wiatr we wlosach.

Docieram do Encarnacion. Zostaje ostatni odcinek jazdy – do Argentyny. W kieszeni ostatnie 5 tysiecy…

19.12.09 – Tres frontieras.

Granice w Ameryce Poludniowej to calkiem ciekawe zjawisko. Szczegolnie mozna to zaobserwowac tu na pograniczu Brazylii, Argentyny i Paragwaju.
Niby nic szczegolnego bo jak na kazdym przejsciu granicznym trzeba sie zglosic po pieczatke na wyjazd z kraju, a zaraz pozniej stempelek na wjazd do kraju. Z tym ze tu nikt tego nie pilnuje. Jak chcesz pieczatke to se przypilnuj tego. Mozesz sobie po nia isc, o tam jakies 3 km. Bo straznice imigracyjne sa sporo od siebie oddalone.

W Wenezueli autobus zatrzymal sie przy odprawie wenezuelskiej i sobie pojechal. Po pieczatke brazyliska z kolei czekalem ponad dwie godziny, bo sieste mieli.

Natomiast jadac z Brazylii do Argentyny trzeba sie upomniec kierowcy, zeby raczyl sie zatrzymac. Zatrzymie sie owszem, ale nie zaczeka. Bo po co. Trzeba czekac na drugi bus bo Argentynskiej budki to nawet nie widac. Po jakiejs godzinie ta sama historia. Zatrzymie sie pan kierowca a jakze, ale nie zaczeka. I zas czekanie.

A jeszcze fajniej jest na przejsciu z Argentyny do Paragwaju. Wsiada sie do busika w Argentynie i sie jedzie na granice. Tam o dziwo pan czeka. Pozniej wjezdzamy do Brazylii i przejezdzamy przez cale miasto, bez kontroli, az do granicy z Paragwajem. No a tam to juz trzeba dac znac kierowcy bo pogna dalej i trzeba sie bedzie wracac z 15toma kilogramami na plecach w 35cio stopniowym upale.
Tak wiec mozna granice przekraczac busikami. Ale mozna tez piechty, o czym sie niechcacy przekonalem. Wsiadlem do autobusu miejskiego w Paragwaju i sobie jade. Po jakims czasie skaplem sie skad znam mijana okolice – to granica. Trzabylo krzyknac zeby sie kierowca zatrzymal, ale jakos nie bylem na silach (no bo niby co mu da ze jakis gringo do niego bedzie en ingles). Wiec jade dalej. Po chwili juz bylem w Brazylii, bez zatrzymywania sie, bez kontroli. Wysiadlem w koncu jakis kilometr za granica. I co, no trzeba wrocic. I tak sobie ide. Granica Brazylijska – wszedlem do budynku celnego, przeszedlem spokojnie, bez niepokojenia celnikow, w przeciwnym kierunku do zmierzajacych do Brazylii setki ludzi. Pozniej most kilkaset metrow i emigracja Paragwaju. Nikt nawet na mnie nie spojrzal. No co w sumie to moja sprawa czy jestem w danym kraju legalnie czy nie, nieprawdaz.

Blog roku 2009

Zapisalem sie do konkursu na blog roku . Tak jakos samo to do mnie przyszlo. Doslownie – mailem.
Pomyslalem – czemu nie. Pewnie i tak z tego nic nie bedzie, duzo wieksze, ciekawsze i popularniejsze blogi kraza po sieci – ale dla zabawy, czemu nie.

Konkurs ma sie zaczac jakos w styczniu. O szczegolach powiadomie na tych skromnych lamach.

http://www.blogroku.pl/kwiatekdotcom,gw86a,blog.html

16 – 18.12.2009 – Park narodowy i wodospady Iguazu.

Na granicy Paragwaju, Brazylii i Argentyny natura utworzyla cos niesamowitego. Cos o czym krolowa Anglii powiedziala: „biedna Niagara”. Zespol wodospadow Iguazu.

Park narodowy jest podzielony miedzy Brazylie i Argentyne. Na dzien dobry zatem odwiedzilem brazylijska czesc. Autobusik podwiozl rzesze turystow pod szlak i powoli mozna bylo zaczac wsluchiwac sie w odglosy spadajacej wody. Pod koniec krotkiego szlaku slychac juz bylo tylko huk wodospadow.


Brazyliska strona okazala sie jednak tylko namiastka tego co mozna zobaczyc u poludniowego sasiada.

Nastepnego dnia tam sie wlasnie udalem. Tu szlakow juz jest kilka. Na poczatek udalem sie nad najwiekszy z wodospadow zwany Gardziela Diabla. Niesamowity. Niewyobrazalne ilosci wody gdzies spadaja w dol. I ten huk.

Pozniej odwiedzilem rowniez spektakularne lecz mniejsze wodospady. Wszystko to przy akompaniamencie spiewu dzungli.

11 – 15.12.09 – Miasto nad rzeka styczniowa.

Miasto nad rzeka styczniowa, bo to doslownie znaczy Rio de Janeiro, przywitalo mnie chmurami. I tak dobrze bo przez ostatni tydzien na okraglo tu lalo. Mialem lekkiego pietra jadac tu – nasluchal sie, naczytal i naogladal tyle o przestepczosci w Rio. Tam nie isc bo kradna, tam tez nie bo bija, a po zmroku to ani rusz a juz tym bardziej na Copacabane, bo dzieciaki z fawel wlasnie na lowy wychodza. Wiec sie czlowiek zastanawia. I tak juz na samym dworcu autobusowym – z dworca tylko taksowka, bo okolica niemila, a autobusy sa czesto napadane. Tyle ze w biblii (czyt. Przewodniku LonelyPlanet) zapomnieli napisac o bezposrednim polaczeniu busik plus metro. Szybciutko, czysto bezpiecznie i tanio.

Po dojezdzie na Copacobane, bo tam sie zatrzymam na najblizsze kilka dni, odnalazlem hostel, zostawilem wszystko co mialem i na spacerek. Zrobilem kilka krokow i o to ona. Najslynniejsza z plaz (moze nie najladniejsza ale z pewnoscia jedna z najslynniejszych) – Copacobana, ciagnaca sie rogalem przez prawie piec kilometrow. Wzdluz jeden wielki plac cwiczen – osobne sciezki dla rowerzystow, osobne dla biegajacych, co kilkadziesiat metrow przyrzady do cwiczen, na samej plazy dziesiatki boisk do pilki noznej, siatkowki (wlasciwie to siatkonogi bo miejscowi nie przepadaja za siatkowka) – aktywnosc sportowa az powala. A ci co nie cwicza albo przechadzaja sie plaza, albo siedza w minibarkach wzdluz Copy. I ja sie przeszedlem wzdluz. Po zmroku wrocilem do hostelu.


Nastepnego dnia po sniadanku udalem sie na slynne Corcovado, czyli gore na ktorej stoi posag Jezusa. Wyczytalem na blogu internetowych znajomych – Wloczykiji (w realu tez sie poznalismy – prawie dwal lata temu w Laosie – maly ten swiat) o mozliwosci wejscia na gore sciezka lesna i tym samym unikniecia oplaty za wjazd na gore. Odnalazlem szlak i w gore poprzez dzungle zwrotnikowa. Ciekawie sie szlo, wokol dzungla spiewala, co jakis czas mijalem jakis wodospad, czasem jakis piechur sie zjawil. Przyjemnie i bezpiecznie. Choc pozniej podejscie sie zrobilo dosc ciezkie. Moze i nie same podejscie co klimat – gorac i wilgotnosc, dalo w kosc.

W koncu wszedlem na gore a tu … bramki i pan sie o bilet pyta. Jaki bilet sie pytam.

- No zeby wejsc na taras trzeba bilet.
- Za ile?
- Za 5 reali.
- Ok – mysle sobie piatka to nieduzo mozna dac – a gdzie kasa?
- Na dole.
- ???
- Trzeba zjechac busikiem, kupic bilet i wrocic.
- Ale ja juz tu jestem, a w parku nikt nic nie mowil, o bilet nie pytal.
Nie zdaly sie tlumaczenia. Zjechalem busikiem podszedlem do kasy i prosze o bilecik.
- 14 reali poprosze.
- ???? Ale jak, yyy, czemu?
- No 5 za wejscie do parku i na taras, plus 9 za busika.
- Ale ja nie chce busika, ja tam na gore sam, parkiem wszedlem. Nie korzystalem i nie chce korzystac z waszych busikow.
- Przykro mi, tak juz tu u nas jest.

No i jak tu sie nie wkurzyc. Dalem, wjechalem, i wszedlem na taras. No, przynajmniej widoki nie zawiodly.


Na dol zszedlem znow parkiem i udalem sie wprost na Ipaneme, druga co do popularnosci plaze. Przeszedlem wzdluz, usiadlem na skale i poogladalem zachod slonca.


W niedziele caly dzien lalo wiec przesiedzialem w hostelu, nudzac sie strasznie (w czasie deszczu dzieci sie nudza).

Kolejny dzien rowniez zaczal sie od deszczu. Szybko jednak przestalo padac i mozna bylo wyjsc.

Wzdluz Copacabany przeszedlem, pod wzgorze zwane Glowa Cukru. Kolejka na gore 44 reale – w kieszeni 43. Hmm, co robic. Przypomnialo mi sie, ze kiedys czytalem, ze tu tez jest sciezka dzungla. I taka tez znalazlem. Znow niezwykle przyjemna trasa – po drodze nawet spotkac mozna kilka miejscowych stworzen takich jak endemiczne gatunki ptakow czy motyli, a takze male malpki. I tak wszedlem na gore sluchajac spiewu dzungli, zastanawiajac sie od czasu do czasu, czy sie nie powtorzy historia z Corcowado. Na szczescie sie nie powtorzyla. Mozna bylo bez problemow dokupic bilet na drugi odcinek, czyli wjazd kolejka linowa na sam szczyt (nie ma tam juz zadnych szlakow). Widoki z samej gory powalaja i wydaje mi sie ze sa o wiele lepsze niz te ze wzgorza Chrystusa. Widac prawie cale Rio.


Po zejsciu, udalem sie do centrum Rio. Za wiele sie nie spodziewalem, zdawalo mi sie ze bedzie to kolejne betonowe miasto rodem z PRLu. I znow niespodzianka – posrod tego calego betonu prawdziwe perelki dawnej architektury. Owszem wiele z nich zaniedbanych, ale naprawde ladnych.


Na zakonczenie dnia i prawie zakonczenie przygody z Brazylia zafundowalem sobie niemala uczte. Brazylijski grill-bufet – czyli restauracja typu jesz ile chcesz z grilowanym mieskiem w roli glownej. I tak do wyboru bylo od sushi poprzez surowki, salatki, szaloty, buraczki, ryz gotowany, ryz smazony, ziemniaczki w kilku odmianach po dania miesne w sosach wszelakich. Ale najlepsze przychodzilo do stolika samo. No prawie doslownie – kelnerzy chodzili i roznosili swiezo sciagniete z grila miesko. Oj jakiez to miesko – kurczaki, kielbaski, watrobki kurze, szaszlyki, kebaby, zeberka, rolady, zrazy wolowe i steki polkrwiste oczywiscie. Wszystko niesamowicie przyprawione i niesamowicie smaczne. A jak ktos mial jeszcze sily to na desrek mozna bylo ciast kilku skosztowac. Mnie juz na lakocie sil braklo. Cudowne miejsce.

Na zakonczenie wizyty w Miescie nad rzeka styczniowa udalem sie rzucic okiem na jeden z najwiekszych (o ile nie najwiekszy) stadionow swiata – Marakane. Niestety do srodka nie wszedlem – za duzo sobie zazyczyli. Obszedlem dookola tego kolosa, zajrzalem przez bramki na murawe i powrot.

2 – 9.12.2009 – Sao Luis – Olinda – Maceio – Salvador.

No i mnie rozlozylo. Tyle co zadano mi pytanie o tutejsze jedzonko. Polozylo mnie do lozka na dwa dni. Zupelna apatia.

Zaraz po dotarciu do Sao Luis wiedzialem ze tej miejscowosci sobie nie pozwiedzam. Choc w naplywie lepszego samopoczucia pochodzilem troche po miasteczku. Mialo byc piekne kolonialne, jedno z nielicznych takich w Brazylii miasteczek (dosyc czesto to slysze) no i bylo dosc urokliwe, ale znow bez przesady. Bardzo zniszczone. Jak renowacja bedzie ukonczona to rzeczywiscie bedzie tu ladnie.


Trzeciego dnia zaryzykowalem i wsiadlem do autobusu do Recife. Zaryzykowalem bo jazda miala trwac dwadzieścia cztery godziny, a ja nie do konca bylem pelen sil. Na szczescie obylo sie bez przygod. Za oknami brazylijskie stepy – niewiele do obserwowania.

Po dotarciu do Recife szybko przejechalem do mojej docelowej miejscowosci – Olinda.


I tu moj maly zachwyt. Sliczne domki, kazdy w innym kolorze. Na ulicach muzyka. Ludzie usmiechnieci i pokojowo nastawieni. Pieknie.

Poobchodzilem wszystkie uliczki, zajrzalem na plaze. Wieczorem znow sie wybralem na obchod. Na ulicach mala fiesta. Orkiestra z calkiem spora grupka ludzi chodzi po ulicach i graja i spiewaja i bawia sie. Gdzie indziej na malym placyku szkola capoeiry (brazylijska sztuka walki/taniec) miala swoj maly wystep/trening.

W niedziele rano udalem sie na msze. Z tresci to niewiele zrozumialem, poza stalymi fragmentami. Za to zwrocilo moja uwage przekazywanie sobie znaku pokoju. Ludzie doslownie rzucili sie sobie na szyje, obejmowali i calowali sie. Zupelna szczerosc i spotanicznosc za razem – cos pieknego. Nie do pomyslenia u nas.

Chcialoby sie tu zostac dluzej. Miasteczko ma wyjatkowy urok i atmosfere. Ale trzeba leciec dalej.

Pomyslalem ze zamiast jechac wprost do Salvadoru i wydac na to kupe kasy (ceny transportu w Brazylii sa wrecz kosmiczne – rujnuja mnie, takze psychicznie), to zatrzymam sie po drodze w miescie Maceio, poplazuje i pozniej pojade do Salvadoru – wydajac na to kupe kasy.

I tak tez uczynilem. Do Maceio zajechalem juz po zmroku i rozlozylem sie na plazy. Nad ranem, jak juz sepy zaczely zataczac kolka nade mna, dzwignalem sie i poobserwowalem wschod slonca. Taki troche dziwny. No bo wpierw sie robi jasno, pozniej widno, jak normalnie za dnia, a pozniej slonce szybko wyskakuje, zeby po pol godzinie byc juz prawie w zenicie. Dziwne rzeczy tu maja pod rownikiem.

Po poludniu, po znudzeniu plaza, po wyglupach w oceanie, jak juz piasek porzadnie parzyl w stopy – udalem sie na autobus do Salvadoru.


Do stolicy stanu Bahia zajechalem nad rankiem, przeczekalem na dworcu do normalnej godziny, zjadlem jakies sniadanko, kawka, soczek i udalem sie do hostelu. Po prysznicu i przebraniu sie, wybralem sie na zwiedzanie historycznej czesci Salvadoru – Pelourinho.

I musze przyznac ze robi wrazenie. Znow ladnie i kolorowo. Dodatkowo kilka ladnych placykow posrodku. Ale juz nie tak klimatycznie jak w Olindzie. Salvador ma swoja przykra takze reputacje. Co prawda policja jest dosc zauwazalna, ale mimo wszystko atmosfera nie za fajna.

Dzis swieto jakiegos miejscowego swietego i na ulicy fiesta na calego – mase straganow z jedzeniem piciem i muzyka na pelen regulator. I to nie jedna. Co kawalek graja co innego. A w srodku i dookola pelno ludzi skaczacych i tanczacych.


Nastepnego dnia nie robilem nic. Choc dzien zaczal sie dosc dziwnie. Zostalem poproszony o opuszczenie hostelu. Dzien wczesniej poznany polak narobil w nocy troche bydla i szefostwo hostelu myslalo ze jestesmy razem. Wiec poproszono i mnie o opuszczenie. Chwile trwalo zanim wytlumaczylem ze to nie ja.

Pozniej bylem na dworcu po bilet do Rio, troche internetu (w koncu moge na strone zajrzec). Wcinalem owoce caly dzien – nie robilem nic.

26.11 – 2.12.09 – Z Manaus do Belem Amazonka.

Do Manaus zajechalem dosc sprawnie, nad ranem. Chwile po wyjsciu z autobusu spotkalem sie z wczesniej pokrotce poznanym irlandczykiem i razem udalismy sie do portu zakupic bilet na statek do Belem.
Bez problemow udal sie zakup i chwile pozniej juz bylismy na lodce. Wyplywala nastepnego dnia ale pozwolono nam sie juz rozbic tego dnia. Musialem tylko sie zaopatrzyc w hamak. Oprocz hamaku kupilem jeszcze kilka owocow i wrocilem na statek.

Po poludniu wyszlismy jeszcze poszwedac sie po miescie troszke, ale nic ciekawego te Manaus.
Dnia nastepego zaladowany ludzmi statek ruszyl w dol Amazonki, prosto do Belem.
Na pokladzie poznalem jeszcze kilku innych turystow i czas jakos zabijalismy juz razem. Za burta nic za specjalnego – dzungla rozciagala sie w najlepsze. Brzegi jednak po obu stronach ledwo widoczne. Ogrom rzeki przytlacza. Czlowiek sobie nie zdaje sprawy jaka Amazonka jest potezna. A to pora sucha.

Po drodze powoli mijalismy male osady (ktore nawet wioskami nazwac nie wypada) oraz miasteczka. Na pokladzie senna atmosfera. Nuda, lenistwo, troche piwa, czytanie i sluchanie muzyki naprzemian z bujaniem sie w hamaku.

Do Belem doplynelismy czwartego dnia w poludnie. Od razu pojechalismy na dworzec autobusowy po bilet do Sao Luis. Ceny transportu powalaja w Brazylii. Nie wiem jak z tego wyjde finansowo.
Pozniej poszwedalismy sie troche po miescie i z powrotem na dworzec.