Archive for Styczeń, 2010

20 – 25.01.10 – Torres del Paine.

Przez ostatnie kilka dni chodzilem po parku. Nie jakims tam miejskim ale noszacym miano najlepszego parku w calej Ameryce Poludniowej – Torres del Paine w Chile.
Piec dni po gorach i dolinach, sto kilometrow pieknych szlakow. Mozna nawet wiecej, gdyz ja zrobilem tylko pieciodniowy szlak, popularne W, a mozna jeszcze kilka dni spokojnie sobie ogladac te cudne widoki. Mnie jak juz pisalem czas goni wiec stanelo na W.
Szczegolow co widzialem, kiedy w ile ktory odcinek przeszedlem, opisywac nie bede. Beda zdjecia, wkrotce. Napisze tylko, ze pogoda sie udala. Udalo sie zobaczyc wszystkie trzy wierze Torres naraz w sloncu (co zadko sie zdarza). Deszczu za bardzo nie bylo, ale za to wiatr szalal – do stu km na h. W nocy tylko sie budzilem i sprawdzalem czy namiot jeszcze ziemi sie trzyma, ale spisal sie swietnie. Choc z kepingu zwialo 10 namiotow. Nowe znaczenia slowa porywisty wiatr.
Drugiego dnia spotkalem dwoje Polakow i juz do konca razem przemierzalismy szlaki. Bardzo sympatyczni ludzie – kuzyni ona z Nowego Yorku, on z Tasmanii. Spotykaja sie zeby razem podrozowac.

Naprawde milo spedzony czas w cudownej scenerii.

18 – 20.01.10 – Autostop.

Mam ten problem z autostopem.
Raz ze nie bardzo lubie sie prosic o przyslugi, a o to przeciez chodzi, a dwa ze czasem sie po prostu odechciewa. Jak sie widzi jak niektorzy kombinuja zeby cie ino nie zabrac i klamia w zywe oczy, lub zgadzaja sie a potem se odjezdzaja beze mnie, jak mi sie przytrafilo w Comodoro Rividavii, gdzie czekalem dwie godziny bo koles obiecal a pozniej trzasnal drzwiami i odjechal. Lub jak w Rio Gallegos gdzie sie koles zgodzil ale pozniej cos sciemnial o doktorze na granicy i pojechal (jaka mial mine jak go spotkalem na tejze granicy). Albo stoi sie z paluchem godzinami w deszczu, a wszyscy pokazuja ze jada tylko tu, lub za chwile skrecaja. Ostatnio tez zauwazam znak, ze mam se zaplacic (pocieranie palcami o kciuk) – po prostu nie milo.
I tak tez stalem wyjezdzajac z Ushuaii, wiater szalal i deszcz padal i nic. W koncu po chyba dwoch godzinach ktos sie zatrzymal i zabral mnie do Rio Grande, 200 km blizej celu. Tam jednak musialem spedzic noc. Zadziczylem rozbijajac namiocik tuz pod znakiem zakaz biwakowania.

Nastepnego dnia bylo z poczatku nawet gorzej. Wstalem o 7ej zeby juz z samego rana lapac okazje a tu nic – wszystko pozamykane, wlacznie ze stacja benzynowa i nic nie jezdzi. Poszedlem na koniec miasta na wylotowke i stoje. Moze z 5 stopni ciepla, zimny wrecz arktyczny wiatr i deszcz. I tak stoje z tym kciukiem i marzne. W koncu zrezygnowany zaczalem wracac zeby wsiasc do autobusu, a tu mi sie koles zatrzymuje. Podwiozl mnie do punktu policyjnego za miastem (nie wiem czemu ale za i przed kazdym miastem w Argentynie sa posterunki policji – kontrola dokumentow i spisywanie danych wlacznie z skad i dokad sie jedzie; nie pytajcie po jaka cholere oni to robia), gdzie sie ciezarowki beda zatrzymywac. No jakos dzis sie nie chcialy zatrzymywac. I kolejne dwie godziny stania. Jak juz mi kciuk odmarzal, to byl dla mnie znak do kapitulacji. I znow w tym momencie sie zatrzymuje auto – tym razem do granicy, gdzie moglem z kierowcami oko w oko, tam ja mam przewage. Z granicy juz latwo. Pierwsza zapytana osoba zabrala mnie do samego Rio Gallegos. No ale wlasnie trzeba twarza w twarz. Babka tez juz kabinowac chciala ale zrzucila decyzje na meza, a ten tylko powiedzial ze jak sie zmieszcze to moge jechac. Co ja sie nie zmieszcze.
I tu przychodzi najlepsze co w autostopie – ta satysfakcja ze sie jedzie i poznani ludzie. Bo gdyby nie stop to nie poznalbym Julietty i Martina i nie zobaczylbym za wiele z Ziemi ognistej. Wiara w ludzi rosnie i to jest piekne.
Na stopa potrzeba tez czasu, a mnie, niestety zaczyna juz gonic – a tyle jeszcze miejsc przede mna.

Dotarlem do Chile, do Puerto Natales.
Ide do parku Torres del Paine – wracam za kilka dni.

5 – 18.01.10 – Patagonia.


I’ve just reached a place
Where the willow don’t bend.
There’s not much more to be said
It’s the top of the end.

Dokladnie tak – jestem na samym poludniu. Dalej sie bez bardzo grubej kasy nie da (dla zainteresowanych: ok 4tys dolarow za 10cio dniowy rejs na Antarktyde). Jestem w Ushuaia na Ziemi Ognistej, samiutkim koniuszku Argentyny, 14160 km w linii prostej od domu.
Jak do tego doszlo:
Plan byl taki – wsiadam w pociag wieczorem, wysiadam w Bahia Blanca i jade na samo poludnie – stopem. Ale dowiedzialem sie ze tak wlasciwie to mozna pociagiem dojechac do Bariloche, trzeba sie tylko przesiasc w miejscowosci niedaleko Bahia Blanca. Wiec czemu nie. Zmiana planu.
Rano dowiaduje sie ze ta miejscowosc niedaleko to ponad trzy godziny jazdy autobusem. No nic, jade dalej. Zajezdzam do miasteczka Viedma i od razu zmierzam na dworzec. Dworzec to duze slowo – opuszczony budynek poza miastem. Widok rodem z westernow. Pociag do Bariloche owszem jest, ale za 2 dni i w ogole jezdzi tylko raz w tygodniu. Jakos nie chce mi sie czekac.
A wiec powrot do planu pierwotnego. Zeby nie tracic nocki w Viedmie, wsiadam do autobusu do Trelew. Rankiem na miejscu, na dworcu autobusowym Trelew, udalem sie do informacji turystycznej z otwartym zapytaniem: gdzie tu mozna stopa lapac i jak tam dojechac. Pani ze zrozumieniem wyciagnela mapke i wskazala mi stacje na wylocie z miasta oraz poinformowala jakim autobusem tam dojechac.
Na jazde dlugo czekac nie musialem. Po kilku rozmowach z kierowcami, siedzialem w ciezarowce do Comodoro Rividavia – 400 km na poludnie. Za oknami niewiele – jeden wielki step. Ale bardzo klimatycznie.
W Comodoro szczescie mnie opuscilo. Utknalem na stacji. Jakos nikt nie chcial jechac tam gdzie ja. Przez chwile myslalem, ze cos sie ruszy ale koles, ktory obiecal jazde sie rozmyslil i bez zdania odjechal. Obejrzalem cudowny zachod slonca i rozbilem namiocik za stacja, zeby z rana zaczac od nowa.
Nastepnego dnia znow nic. Zmienilem stacje i tez echo. Tylko wietrzysko sypie piachem po oczach. Zeby nie tracic czasu wsiadlem w autobus nocny do Rio Gallegos.

Na miejscu sie dowiedzialem ze nastepny wolny bilet do Ushuaia, gdzie zmierzam, jest dopiero nastepnego dnia i drogawo troszke. Wiec znow na stacje.
Troche zajelo lapanie przewozu, ale udalo sie. I to do samego Ushuaia – prawie 600 km. Krajobrazy z poczatku takie same czyli step. Po przekroczeniu ciesniny Magellana (brzmi magicznie co nie), troszke sie zmienilo. Widoczki zaczely mi przypominac troszke szkocka wyspe Skye, tylko skala nie ta i wiaterek dmucha podobny. A czym dalej na poludnie tym czesciej pojawialy sie pagorki, a w koncu gory. Cudo.
A tak w ogole to fajnie sie jezdzi tirami, miejsca sporo, kierowcy fajni a najlepsze, ze na granicy (bo na chwile wjechalem do Chile) nie trzeba stac w dlugiej kolejce z cala rzesza turystow, po stepelek. Kierowca tylko powiedzial, ja jestem z nim, skinal na mnie i w droge. A jak jednemu celnikowi cos sie nie spodobalo ze nie stoje jak inni, to mu nazdal, ze on nie turysta on w pracy a ja z nim i koniec.

Szczescia ciag dalszy. Kolega mojego kierowcy, jadacy za nami, przewozil parke argentynskich autostopowiczow – Juliette i Martina i po krotkiej rozmowie zaproponowali mi nocleg u swojego wojka w Ushuaia. Cos pieknego, tymbardziej, ze dojezdzamy na miejsce po pierwszej w nocy.

I tak oto host mnie znalazl a nie ja hosta. Rodzinka aktywisow – mlodzi to anarchisci (na wiece chodza ale bez szalenstw), starsi sa czlonkami partii "Humanista". Szkoda ze nie znam na tyle hiszpanskiego zeby podyskutowac, bo byloby ciekawie.
Spedzilem w domku kilka bardzo udanych dni. Zasiedzialem sie szczerze mowiac.
Samo Ushuaia jest nieciekawym miastem – glowna ulica to takie krupowki, pelno turystow. Reszta miasta sie ciagle rozbudowuje i to w sposob raczej dziki. Powstaje pelno chaotycznych domkow pokrytych blacha falista lub innymi materialami z odzysku.
Ale za to poza miastem jest na co patrzec. Piekne gory i wspaniale widoki.
Jednego dnia wybralismy sie poza miasto do parku Tierra del Fuego, gdzie udalo mi sie uniknac placenia, jak to niektorzy nazywaja, faszystowskiego systemu cen, czyli miejscowi placa grosze a cala reszta jakies 10 razy wiecej. Ja wjechalem jako Argentynczyk. Sam park jest bardzo ladny a widoki przepiekne. Niestety padalo caly dzien.
Innego z koleji pojechalismy bardziej na wschod, gdzie rzadko ktokolwiek dociera. Bylismy tylko my i wiatr i przepiekne widoki.
Jeszcze innego dnia wybralem sie na spacer bardziej w gory, podejrzec tutejszy lodowiec, ktory wygladal szczerze mowiac jak pozostalosci sniegu po ostatniej zimie.
I wieczorami siedzielismy przy winku. Nawet cos naszego upichcilem – smakowalo. I trafily sie po drodze urodziny Juliety (tej dziolszki u ktorej wujka sie zatrzymalem) – znow argentynska fiesta.
I kiedy juz mialem wyjezdzac, zaproponowali mi zebym sie z nimi na wycieczke nad jezioro wybral, gdzie nocowac mamy – kolejne dwa dni. A po przyjezdzie byly urodziny znajomego ciotki i znow bylem zaproszony.
A pozniej byla niedziela i na dzien dobry mi powiedzieli, ze moge zapomniec dzis o stopie – ciezarowcy wypoczywaja, a wczasowicze wola inne dni na podroz.
I tak spedzilem na Ziemi Ognistej tydznien czasu. Szkoda tylko, ze pogoda byla troszke kiepska. Ponoc zimniejsze lato niz zwykle – czemu mnie to nie dziwi.
Jutro juz na pewno wyjezdzam.

Jest teraz tez chwila na krotkie podsumowanie pewnego etapu, gdyz przejechalem cala Ameryke z samej polnocy na samiutkie poludnie – okolo 13400km (wg google).
Dalej jade na polnoc z tym, ze juz teraz wiem, ze do Kolumbii najprawdopodobniej nie dotre. Skonczy sie na Boliwii. I to tez w sumie niewiadomo.
Koncza mi sie juz pieniazki. Jest tez inny powod dla ktorego wczesniej wracam, ale to sprawa osobista i nie chce mi sie jej tu poruszac.

31.12.09 – 5.01.10 – Nowy Rok w Buenos Aires.

Musze sie przyznac do kilku rzeczy.
Po pierwsze nie wiem jak opisac to co sie dzialo przez te kilka dni. Byl sylwester i hostelowa impreza z tej okazji. Mialem jechac do centrum i zobaczyc jak sie Portenios (tak sie nazywa mieszkancow Buenos), ale nikt nie byl mi w stanie powiedziec czy cokolwiek bedzie sie dzialo. A poza tym bylbym sam i wracalbym kawal drogi albo piechty albo taksowka. Wiec stwierdzilem ze dolacze sie do imprezy w hostelu.
I dobrze wybralem bo impreza byla udana. Wpierw grilowalismy na dachu do drugiej. A pozniej pojechalismy do jednego z wielu klubow. Noc skonczyla sie okolo 6tej.
Nastepnego dnia wszyscy dogorywali. Dopiero pod wieczor wyszedlem sie przejsc.
Kolejny dzien. Znow spacer, zadne tam zwiedzanie. Kilka parkow w tym calkiem sympatyczny – japonski. Wieczorem zrobilismy sobie kolacje w hostelu, do ktorej dolaczylo sie polowe "mieszkancow". Ja oczywiscie zapodawalem kuchnie wloska. Kolacja skonczyla sie kolo pierwszej po czym udalismy sie do kolejnego klubu (chyba najlepszego w jakim kiedykolwiek bylem). W lozku bylem okolo 8ej rano.

W niedziele wybralem sie z Avim, jednym z chlopakow z hostelu na niedzielny targ, do centrum. Schodzilismy caly dzien ogladajac pierdoly i jednoczesnie wczuwajac sie w atmosfere tego miejsca. Wieczorem znow tance. Ale inne tym razem. Avi szedl na lekcje tanga wiec zabralem sie z nim. Kilka krokow powiedzmy ze poznalem.
Nastepnego dnia znow pochodzilismy troche po centrum, jak i po portowej dzielnicy. Wieczorkiem pizza i wczesne lozko.
We wtorek przyszlo mi opuscic to piekne i klimatyczne miasto. Przyznam sie ze samego miasta za wiele nie widzialem. Na meczu tez zadnym nie bylem bo maja przerwe letnia. Oj chyba bedzie trzeba tu wrocic.
Po drugie, zaczynam miec problem z piciem, w tym kraju. Nie nie chodzi tu o ilosc a o wybor. No bo co tu wybrac kiedy kawa zdaje sie byc smaczniejsza niz w Brazylii, piwo jest calkiem niezle i tanie w dodatku, wino jest jeszcze smaczniejsze i rownie tanie, a do tego jest jeszcze mate, ktora mi posmakowala, no i soki (choc te nie tak dobre jak brazylijskie). No co wybrac.
Po trzecie – problem z jedzeniem. Jak wyzej, problem z wyborem. Wyborem pomiedzy stekami i innym czesciami zgrillowanej wolowiny, hamburgerami, kielbasami i innymi kanapkami, jak i pastami i pizzami, gdyz kuchnia wloska ma sie tu jak u siebie w domu (choc pizzy na plaskim spodzie uswiadczyc ciezko). A sa jeszcze empanady, ktore sa tu przepyszne.
Wspanialy poczatek roku we wspanialym miescie.