Khajuraho

11.12.2005 – Khajuraho

Prawie nic nie spałem, non stop otwierałem oko, żeby sprawdzić czy bagaż jest ok. Do Jhansi pociąg przyjechał dość wcześnie, bo przed 6tą rano. Wszystko było pozamykane. Do ósmej przesiedziałem na ławce, a później spróbowałem się czegoś dowiedzieć o pociągu do Jaipuru. Jeden koleś mi mówi, że do Jaipuru bezpośrednich pociągów nie ma, ale wie skąd jadą autobusy i że mnie tam zawiezie. Prywatne biuro podróży, a właściwie pokój z biurkiem i telewizorem, czyli miejsce przed jakim przestrzega śpiewnik. Koleś zapewnił, że autobusy jeżdżą codziennie. Kupuję – zobaczymy. Zaraz powyjściu z biura, przed jego drzwi podjechał właśnie autobus z Jaipuru. Oglądam, wygląda solidnie, więc chyba będzie ok.
Udaję się do biura informacji turystycznej. Zamknięte, otwierają dopiero o 10tej. Po chwile namysłu, udaję się na wcześniejszy autobus do Khajuraho, prywatny. I to, jak się później okazało, było moim błędem. Autobus jeszcze ok, coprawda był ścisk niesamowity, ale siedziałem i nawet się kimnąłem. Zatrzymujemy się w jakimś miasteczku, 40 km od Khajuraho. Kierowca kiwa do mnie, że mam się przesiąść. Oprowadza mnie po całym dworcu autobusowym i w końcu znajduje mi przewoźnika na dalszą drogę. Okazało się, że dalszą drogę przejadę w dżipie, pewnie tak miało być. Wsiadam do dżipa i czekam. I czekam. Po chyba pół godziny kierowca, a raczej jego szef, zdecydował się coś zrobić i dorzucił jeszcze kilku ludzi. Kilku czyli 18 (słownie osiemnastu), w tym dwoje dzieci, plus ja i kierowca. W jednym dżipie. Jak dla mnie, to chyba rekord. Ścisk niesamowity. A chyba tylko dlatego, że nie chciałem się przesunąć dalej, bo tak właściwie nie było gdzie, nie dorzucono jeszcze kilku osób.
Jakoś jedziemy. Kierowca co jakiś czas staje, a to po to żeby coś sprawdzić, a to wymienić pasażerów, a to by po prostu (no tak po ludzku) z kimś pogadać. Zaczyna mi działać na nerwy. Mam już naprawde dosyć. Na ostatnich kilometrach zaczyna ze mną gadać jakiś koleś. Jest mi już wszystko jedno, byle czas szybciej płynął. Po krótkim wypytaniu kim i skąd jestem, przedstawił się jako właściciel hotelu. Ciepła woda, 100 rupi. No dobra. Prowadź. Pokój w sumie ok, biore.
Samo Khajuraho okazuje się być małym miasteczkiem, żyjącym tylko w sezonie turystycznym. Dowiaduję się, że jest jeszcze w mieście festiwal tańca. Więc się tam udam.
Ale najpierw coś zjeść, ciągle jestem na herbatnikach i ciągle nienajlepiej się czuję. Zamawiam coś lekkiego i na słodko: gorącą czekoladę i ciastko z dżemem. Hmm. Czekolada okazuje się być rozwodnionym kakao, a ciastko to zwykły naleśnik. Ale za to smakował naprawde nieźle.
Po przekąsce udaję sie na wspomniany już wcześniej festiwal. Przedstawienie interesujące, choć momentami nudnawe. Wieczorem zrobio się zimno. Czekam, aż się skończy jeden taniec i spadam. Wydaje mi się, że to końca nie ma. Taniec, a właściwie pozycje gimnastyczne młodych joginów, non stop sa przedlużane.
W drodze powrotnej, co chwila mnie ktoś zaczepia, żeby pogadać. Przyplątał się jakiś „nauczyciel” z wioski. Namawia mnie na wycieczkę do wioski i nad wodospad. Mówi, że koniecznie muszę poznać prawdziwą kulturę. Pieprzy tak z piętnaście minut. Cały się trzęsę z zimna. Ok mówię, umówimy się tu jutro i pójdziemy. Ok. Nareszcie się odczepił. Na szczęście do hotelu trafiam bez problemu.

12.12. – Khajuraho

Dziś dzień świątyń. Na początek, największa Zachodnia Grupa. Są naprawde niesamowite. Mam ochotę tu przesiedzieć cały dzień. Nagle, zza płotu wyłania się jakiś koleś i krzyczy „hi Polish man”. Cholera to ten nauczyciel, pewnie znowu się doczepi. Na szczęście daje mi spokój.
Znowu ból brzucha… tym razem to głód, więc chyba wszystko już po staremu. Opuszczam świątynie i ide jeść. Ide do tej samej knajpki co wczoraj. Zamawiam kurczaka i ryż. Dużo ryżu. W końcu się nażarłem.
Teraz mogę iść oglądać wschodnie świątynie. Oddalone są trochę od miasteczka, ale za to w ogóle bez turystów. Zresztą w ogóle niewielu turystów jest w Khajuraho. Całą drogę spędzam w towarzystwie jakiegoś hindusa. Przyczepił się i idzie. W sumie, robi mi za przewodnika, bez niego musiałbym się pytać o drogę. Same świątynie, nie są już tak imponujące, ale też mają swój urok.
Po powrocie do Khajuraho, zaprowadza mnie do swojego sklepu, a jakże. Oglądam chwilę, dziękuję za towazystwo i żegnamy się. Był trochę rozczarowany, że nic nie kupiłem i bez skrępowania powiedział, żebym mu postawił piwo, za oprowadzanie. Na odchodne życzył mi, żebym zabrał pieniądze do następnego życia. Cokolwiek to znaczy.
Dziś też jest festiwal, więc też się tam udaję, ale nie siedzę już tak długo. Wracam w towarzystwie właściciela hotelu, który tak naprawdę okazał się być bratankiem właściciela. Zaprasza mnie na herbatę. Gadamy chwilę i idę do pokoju. Upragniony prysznic – nie działa. Grr. Idę spać.

13.12. – Khajuraho – Jhansi

Kolejny dzień cały w drodze. No prawie cały. Znowu zatłoczony autobus. Dobrze, że tym razem tylko autobus. Na szczęście nie było dżipa. Siedzę koło dziewczyny z Izraela i starszego małżeństwa, chyba ze Szwecji. Siedziałem obok nich na festiwalu i nawet zostałem poczęstowany cukierkiem. Prawie wcale nie gadamy, tak tylko zapoznawczo. Chyba wszyscy chcemy jakoś przemęczeć tę drogę.
Docieramy w końcu do Jhansi. Zaraz po wyjściu z autobusu, obskakują nas rikszarze. W końcu nie wytrzymałem i podniosłem znacznie głos. Dotarło do nich, bo poszli sobie. Za to Izraelce się to chyba nie spodobało. Powiedziała tylko cześc i poszła z jednym z rikszarzy. Po wyjściu z dworca, udałem się do Jhansi Fortu, który okazał się wart wycieczki. Na miejsce, podwiozło mnie dwóch kolesi na motorze. Fort był nieduży, ale fajny i wart zobaczenia.
Następnie obiadokolacja. Nie wiedziałem co wziąć wieć padło na „special thali”. Strzał w dziesiątkę – najlepsze thali jakie jadłem. Po kolacji na autobus. Ten już stał. Autobus z kuszetkami.
Dobiłem żołądek papają i w drogę.

Comments are closed.