Jaipur

14.12.2005 – Jaipur

Docieramy o czasie. W nocy choć było wygodnie, to wcale nie spałem. Cały czas trzęsło.
Po dotarciu, udaję się na dworzec autobusowy. Kupuję bilet do Delhi i wchodzę do informacji turystycznej. Tam udaje mi się załatwić nocleg. Hotelik, zbytnio nie polecany przez przewodnik, a nie wiem dlaczego. Jest całkiem dobry.
Idę na miasto. Już na samym początku dają mi się we znaki rikszarze. Po zjedzeniu pysznej „parathy”, na śniadanie, wchdzę na starówkę. Odwiedzam kolejno wieżę Iswar Minar, skąd jest piękny widok na całe miasto, przepiękny pałac Hawa Mahal i kompleks City Palace. Tam daję się namówić na wejście do sklepu, a tam z koleji na zakup, tego czego nie kupiłem w Varanasi i to za dużo niższą cenę. Tak więc prezenty świąteczne mam z głowy. Po City Palace idę jeszcze obejrzeć Central Museum i do hotelu.
W drodze do hotelu zatrzymuję się jeszcze na kolację, w Cooper Chimney, wspomnianym przez śpiewnik, na lokalną potrawę Laal Manas. Jagnięcina w ostrym sosie. Lokal jest dość drogi więc bezżadnych specjałów, Laal plus woda cytrynowa. Jagnięcina pyszna, choć mało i strasznie ostra (aż się popłakałem).
Z lekkim niedosytem idę się wyspać. Gorąca woda znów nie taka gorąca, ale udaje mi się w końcu pożądnie wykąpać.
Kima

15.12. – Jaipur

Budzę się trochę zmarznięty. Zasuwam zasłony, wskakuję w śpiwór i przedłużam spanie jak tylko można. Wstaję po 10tej.
Na śniadanie cos w rodzaju samosy. Następnie udaję się wprost do Tiger Fortu. Wpierw jednak wymieniam kasę i wysyłam kartki.
Do fortu wiedzie kręta, stroma droga, na której tylko ludzie. Żadnych rikszarzy. Drogę uprzykrzają mi jednak dzieciaki – żebraki. Nic tylko „halo, ten rupi”, albo „ball pen”. Albo chcą moje owoce. Staram się nie reagować, ignorować i zrozumieć zarazem, ale są naprawdę uprzykrzający. I co tu takiemu zrobić. Sam fort jest ogromny. Mury wiją się i wiją. Do zwiedzania jest co prawda jeden ciekawy budynek, ale chodzenie po murach i widoki na miasto w zupełności wystarczają.
Po forcie umyśliłem sobie, że pójdę do pałacu na wodzie „Jal Mahal”. Pałac reczywiście śliczny. Szkoda tylko, że jezioro na którym jest pałac jest takie brudne.
Wcinam owoce i wracm. Już po zmroku. Po drodze zatrzymuję się na pogawędkę z jakimś kolesiem, któremu podobają się moje galoty i chciałby też trochę dowiedzieć o Polsce. Przystanek kolejny na „chowmin”, zjadam dwie porcję, przyglądając się jak się to robi. Kolejny koleś mnie zatrzymuje. Rozmawiamy o turystyce, pierdołach, a w końcu o zakupach. No i znowu okazuje się, że koleś ma sklep i to wszystko, ta cała rozmowa to taka gra wstępna. Ale koleś bardzo miły. Daje się namówić na wejście do sklepu i daje się też namówić (znowu) na zakup kolejnego prezentu świątecznego. A i tak miałem to zrobić.
W drodze do hotelu jeszcze tylko wstąpiłem na thali.

Comments are closed.