New Delhi – powrót.

16.12. 2005- Delhi

Przedostatni dzień, tej jakże krótkiej wyprawy, zaczął się bardzo zimno. Całą drogę piździało. Całe szczęście, że wziąłem ze sobą kurtkę do autobusu, a wahałem się czy to zrobić.
Przeczekałem do 8ej i w drogę. Przystanek jest przy samym India Gate. Stamtąd poszedłem na Conaught Place (centralnym rondzie w mieście), do hoteliku, wskazanego prze przewodnik.
Chwilę się zdrzemnąłem i wyruszam na podbój miasta. Muszę powiedzieć, że od południowej strony Delhi jest całkiem przyjemnym miejscem. Dziś w planie mam Old Delhi, czyli to czego nie udało mi się obejrzeć pierwszego dnia. Na stare miasto wszedłem tą samą ulicą co ostatnio, tym razem jednak było jasno, więc mogę zajść dalej. Po zaczerpnięciu języka, dochodzę do Jamu Masjid, największego meczetu w Indiach. Rzeczywiście wielki i piękny zarazem. Próbuję wejść do środka. Za późno, zaraz się zaczynają modlitwy. Przyjdę poźniej. Pod samym meczetem coś się smaży. Wołowina! No tego się w Indiach nie spodziewałem. Biorę – pycha. Dokładka.
Idę do fortu. Red Fort jest chyba jedną z większych atrakcji Delhi, bo turystów tu pełno. Po zwiedzeniu, dość rozległego i po krótkim wylegiwaniu się na trawce, wracam do meczetu. Znowu za późno. Znowu modlitwy. Zatapiam się w uliczki odchodzące od meczetu. Raj dla mięsożerców. Wchodzę do knajpki, kosztuje dwóch potraw z wołowiny. Przepyszne. Wychodzę najedzony. Jeszcze tylko dobiję się małym kebabem i ananasem. No właśnie tak sobie wyobrażałem swoje podróże.
Wracam zmęczony do hoteliku. Po drodze, jeszcze kilka owoców kupuję, na później. Gorący przysznic – w końcu.
I o to mi właśnie chodziło, tam mają wyglądać moje przyszłe wojaże. I nawet samotność nie doskwiera, choć chciało by się z kimś pogadać.

17.12. – Delhi

Dzień powrotu. Już za chwile Święta i jak sobie o tym pomyśle, to mi się lepiej robi.
Około 10tej zadzwonił do mnie Manu (kumpel z wesela – chyba nie ma tak na imię, ale Sanjai do niego tak mówił). Umówiliśmy się na szesnastą do jakiejś świątyni. Zastanawiam się co wymyślił, bo takiej świątyni w mój przewodniku nie przewiduje. Zobaczymy.
Najpierw jednak lecę obejrzeć meczet. Trzecie podejście – może się w końcu uda. Wpadam na pomysł, żeby podjechać sobie metrem. Strzał w dziesiątkę. Szybko, cicho, czysto i tanio. Jednak jest już po 11tej i nie wiem czy mi się uda. Przyspieszam kroku. Udaje się. Na bramce daje się wrobić w bilet na wniesienie aparatu, za 150 rupi (ciekawe czy ktoś poza mną zapłacił). Koleś chce mnie jeszcze naciągnąć na przechowanie butów za 50, ale nie daje się tym razem. Meczet jest ogromny i bardzo ładny. Udaje sie na minaret. Widok prawie na całe centrum Delhi jest super. Czas kończyć zbliża się godzina modlitw.
Po meczecie czas na wołowinkę. Wcinam ją zawinięta w roti w drodze do India Gate. Po obejrzeniu łuku, wypoczywam na trace – mam jeszcze trochę czasu do spotkania z Manu. Umówiłem się z nim, w czymś zwanym Noida, później się dowiaduję, że Noida to już inna miejscowość, a na dodatek jeszcze w innym stanie. Docieram tam zatłoczonym, miejskim autobusem. Znajdujemy się z Manu i udajemy się do tej świątyni. Po dotarciu osłupiałem. Świątynia Akshardham już z daleka robi ogromne wrażenie. Po przejściu przez sito kontroli bezpieczeństwa, bramek do wykrywania metali, wchodzimy na teren świątyni. Akshardham jest niesamowita, nie mogę wyjść z zachwytu. Wygląda jak wszystko co widziałem dotychczas – w jednym. Nawet Taj Mahal wydaje mi się niespecjalny. Obchodzimy cały kopleks dość szybko, ze względu na mój ograniczony czas. Do Delhi znów wracam miejskim busem. Z przyjemnością spędziłbym tam cały dzień.
Po dotarciu na Connaugh Place wskakuje, szybko w metro i lece jeszcze po moją wołowinkę z roti. Mało się nie spóźniłem na autobus na lotnisko. W drodze, w autobusie poznaje jeszcze synka z Guadelupy. Rozmawiamy trochę, a po dotarciu na lotnisko rozstajemy się.
Czekanie na samolot też okazało się męczące. Zaraz po wejściu na pokład boeinga zasnąłem i przespałem start.

Comments are closed.