25 – 31.10 Pekin

25.10
Pekin przywital mnie niewiarygodnym smogiem i mgla. Ciezko bylo zobaczyc jakikolwiek budynek dalej niz 200 metrow. Po wyjsciu ze stacji udalem sie na metro i podjechalem na plac Tiananmen, gdzie niedaleko ma byc moj upatrzony wczesniej w internecie hostel. Po drodze mialem inne propozycje, ale drozsze. Po zajsciu do hostelu laska mi wciska ze nie ma juz pokoji za 30 juanow i najtansze sa za 50 (po drodze mialem jednego goscia co oferowal za 30 – trzabylo brac). Zaczynam negocjacje. Stanelo na 45 – mnie nie pasi. Dziekuje i wychodze. Za chwile za mna wolaja. Zostalo jak chcialem – 41. Do pokoju zaprowadza mnie inna laska i chwile po otwarciu mi drzwi wyciaga reke i mowi how much. Wolne zarty. Dalem jej juana na odczep sie. Zabrala i sie obrazila. Kij jej w oko. Szybko sie rozpakowalem, wzialem prysznic i poszlem spac. Pozno nie bylo ale cos sie zle czuje. Pigula na dobranoc.

26.10
Najbardziej zjebany dzien dotychczas
Mialem wstac wczesnie i isc prosto do do Zakazanego miasta, ale znow wyszlo inaczej. Ciagle sie zle czuje, chyba sie przeziebilem.
W koncu wychodze. Dochodze do placu Tiananmen i podchodza do mnie dwie laseczki. Czy moga ze mna pogadac bo chcialyby pocwiczyc angielski. No ok. Podchodzimy pod brame Zakazanego miasta. Tam tlum. W tyl zwrot ideziemy gdzies indziej. Zaprosily mnie na ceremonie herbaty. Siedzimy popijamy, jest milo i smacznie. Do czasu podania rachunku. Laski zaczynaja cos krecic i do mnie ile sie moge dolozyc, bo nie maja az tak duzo. Cholera to nie ta goscinnosc o ktorej mi opowiadal Near. W koncu (nie wiem dlaczego) wyciagnalem kase i sie dolozylem. Nie przyznam sie ile, ale duzo tego bylo, za duzo. Wychodzimy, podchodzi jakis koles i macha do dziewczyn. One nic. To sie pyta czy go nie pamietaja. One ze nie. Koles wymienia je z imienia, mowi z jakiego sa miasta (wszystko to samo co mnie powiedzialy). One znow, ze nie, ze on sie myli. I w nogi. Chwile pogadalem z gosciem. Okazalo sie, ze wykiwaly go w dokladnie ten sam sposob co mnie (tyle ze na wieksza kase). Wkurwiony na siebie, bo dalem sie jak dziecko, ide spowrotem na plac Tiananmen. Do zakazanego miasta juz za pozno. Decyduje sie na Letni palac. Ide na przystanek autobusowy, podchodzi do mnie jakas parka i ta sama spiewka co te laski i pytaja sie mnie, czy bym sie nie przeszedl z nimi po hutongach, wskazujac to samo miejsce gdzie znajduje sie herbaciarnia. Dziekuje i proponuje im przejazd do palacu letniego. Odmawiaja. Ok, mnie pasi.
Wsiadam w busa i jade. W trakcie jazdy spogladam do spiewnika, na palac. Pozniej na zegarek. Zas za pozno. Dojechalbym tam ino na jakas godzine co nie wystarcza, bo park wydaje sie byc duzy, a spiewnik proponuje przeznaczyc najlepiej pol dnia. Wysiadam, rozgladam sie za internetem. Moze chociaz zdjecia wrzuce. Zaprowadza mnie do kafejki jakis student, po drodze zesmy mogli sobie troche pogadac. Biore kompa – nie dosc ze drogo to jeszcze usb nie dziala. Niech to szlag.
Po jakims czasie wsiadam w busa powrotnego, przechadzam sie troche po hutongach. Jakos nic specjalnego, stara dzielnica, zapuszczona, zabrudzona. Zjadam jeszcze makaron i wracam do hostelu. Leb mnie ciagle napieprza, lykam piguly i do wyra
Pdsumowujac – nigdzie nie bylem, nic nie zobaczylem, stracilem kupe kasy i zdrowia.

27.10
Zas wstalem kolo dziesiatej. Szybki prysznic, kilka bulek parowych na sniadanie i prosto do zakazanego miasta. Tym razem nikt mnie nie zatrzymywal. Przed samym wejsciem tylko jeden studencik wciagnal mnie do obejrzenia wystawy jego rysunkow. Musze przyznac, ze niektore bardzo ladne i z mila checia bym kupil kilka gdyby nie ta cena, poza tym nie chce mi sie tego taszczyc.
W zakazanym miescie ludzi mnostwo, choc idzie przed nimi uciec, w waskie boczne uliczki miasta. Istotnie miasta – kompleks jest tak rozlegly ze idzie sie tam nawet zgubic. Co tez uczynilem. Krecilem sie po uliczkach, palac, wystawa, palac, pawilon i nie wiem gdzie jestem. O samym zakazanym miescie, o budynkach pisac nie bede – odsylam do ksiazek i internetu.
W zakazanym miescie spedzilem caly dzien. Wieczorem zjadlem jeszcze kolacje – ryz, makaron smazony i ryba, wskazujac paluchem na talerz innych. Za jedyne 15 juanow.

28.10
Na dzis w planie Palac Letni. Obiecalem sobie dzien wczesniej, ze wstane wczesniej – nie wyszlo. Do palacu docieram kolo 12tej. Ludzi mase, odnosze wrazenie, ze wiecej niz w zakazanym miescie, ale podobnie jak tam, nie trudno przed nimi uciec w boczne alejki. Albo przeczekac, duze zorganizowane grupy szybko przychodza, ale rownie szybko odchodza. Park jest ogromny, a wszystkich pawilonow jest rownie wiele. A najladniejsze kryja sie poza szlakami zorganizowanych wycieczek. Krece sie tak do zmroku, bez pospiechu. Jedyne co mnie pogania to pustka w zoladku.
Wracam do miasta i ide prosto do restauracji, tej samej co dzien wczesniej. Tym razem w ciemno wybieram danie z karty – smazony kurczak z papryka i imbirem. Pycha. Najedzony do syta ide jeszcze skorzystac z netu. Ide do najblizszej kafejki, place za kompa z usb i … i okazuje sie, ze wszystkie zajete. Oferuja mi drozszy, nie zgadzam sie. Zostaje po mojemu. Chcialem sciagnac skypa i przekopiowac zdjecia. Transfer tak wolny, ze musze dokupic godzine, a na dodatek czym dluzej sie sciaga tym bardziej zwalnia. W koncu przerwalo sciaganie i wyskoczyl jakis blad. Wkuzylem sie, zarzadalem zwrotu kasy i poszedlem do innej kafejki. Tu juz wszystko poszlo sprawnie – niepotrzebnie tracilem czas i kase w tamtej. Do pokoju wrocilem kolo pierwszej w nocy. A musze wczesniej wstac bo rano jade na mur chinski.

29.10
O trzeciej pobudka. Tyle ze to nie moj budzik, a hostel postanowil dokoptowac mi kilku ludzi do pokoju. Fakt pokoj cztero osobowy, z tym ze ostatnie dni bylem w nim sam. Ale o trzeciej nad ranem, powalilo ich. I jeszcze laska do mnie z usmiechem – haloo. Obrucilem sie na drugi bok i po chwili znow spalem.
Budzik zadzwonil o szostej. Potrzymalem kilka sygnalow, zeby towarzysze w pokoju uslyszeli i przestawilem godzine. Wstalem o siodmej.
Szybko sie wyszykowalem, na sniadanie te same buleczki, do metra i na dworzec autobusowy. Minela chwila i juz siedzialem we wlasciwym autobusie. Po godzinie autobus zajechal do Hueirou, gdzie mam sie przesiasc na minibusa do Huanghuachan. Poszukiwania minibusa zajely mi chwile. W miedzyczasie negocjowalem z taksiarzami. Oferowali sie za 80 juanow ja im na to, ze co najwyzej dyche im moge dac. Oni w smiech. Jeden zeszedl do 40, ale dalej nie chcieli. Poszedlem wzdluz drogi szukajac dalej minibusa. Postanowilem sie w koncu zapytac kogos. Padlo na chyba najladniejsza dziewczyne jaka do tej pory widzialem w Chinach. Po angielsku cos kumala, ale niestety nie wiedziala gdzie minibus. Nastepny byl mlodo wygladajacy koles. Ten gorzej z angielskim, ale cos wiedzial. Zaprowadzil mnie do samochodu policyjnego, tam zaczerpnal dalszej wiedzy. Po chwili wsiadl ze mna do autobusu, podjechalismy kilka przystankow, zaprowadzil mnie na przystanek minibusow, znalazl wlasciwego i wsadzil mnie do srodka. Co za koles. Cena za przejazd 5 juanow, a nie 80. Niecala godzinke pozniej jestem juz we wiosce skad, po zakupieniu kilku owocow, wyruszam na spacer po murze. Dochodze do muru a tam zadnych schodow, drabiny ani niczego podobnego. Wdrapuje sie. Lekcje wspinaczki Karola Maszketa nie poszly na marne. Jestem na murze chinskim sam, nikogo innego tylko ja. Ide wdluz podziwiajac widoki. Spotykam trojke francuzow, kilka slow i ide dalej. Docieram do szczytu i robie sobie przerwe na herbatke i owoca. Decyduje sie na dalsza droge na nastepny szczyt. Wpierw strome zejscie, zeby pozniej znow stromo wejsc pod gore. Mur tu jest poniszczony, miejscami zarosniety, gdzieniegdzie znow musze sie wspinac, lub nawet obejsc kawalek. Robi sie juz powoli pozno i musze zrezygnowac z dalszego trekingu. Postanawiam zejsc z muru i isc droga. Po chwili zapora. Wychodzi koles i daje mi kartke z napisem po angielsku, ze jak chce przejsc to 20 juanow. Krotka negocjacja – daje mu dyche. I tak za duzo, ale jakos nie chcialo mi sie bardziej naciskac. Po chwili dochodze do wioski.

Powrot do Pekinu minal szybko. Na kolacje ide znow do tej samej knajpki i znow wybieram w ciemno z karty – tym razem wylosowalem wolowine z makaronem.

30.10
Alez mi sie wstawac nie chcialo. Zwloklem sie z wyra kolo 11tej. Powoli udalem sie do swiatyni Nieba. Ludzi troche bylo, ale bez przesady. Powoli polazilem po parku, cieszac oko widokiem swiatyn. W centralnym punkcie znajduje sie okragly podwyzszony oltarz. Tam bylo najwiecej ludzi. Wszyscy chcieli sobie zrobic zdjecie w centralnym punkcie oltarza. Troche potrwalo zanim moznabylo zrobic jakiekolwiek zdjecie.
Ze swiatyni udalem sie do parku Beihai. Ale nie dotarlem. Do parku musialem przejsc przez plac Tiananmen, ale ten byl zamkniety, dla ludzi. Cos tam sie dzialo, jacys goscie, czy cos, nie mam pojecia. A dookola mi sie nie chcialo isc. Zawrocilem i pojechalem na dworzec kupic bilet na dalsza podroz. Chcialem jechac do Pingyao, ale nie bylo juz miejsc na kuszetki. Kupilem bilet do Datong. W zakupie pomagal mi jeden chincyk, choc w sumie chyba bym dal rady samemu. Tak czy owak jestem mu wdzieczny.
Nastepna w programie dnia, byla kolacja. Z okazji Pekinu i 60tego dnia podrozy, szarpnalem sie na kaczke po pekinsku. Pojechalem do restauracji poleconej mi przez Alana poznanego w Jinju w Korei. Zachwalal, ze najlepsza w miescie. Restauracja ma kilka pieter i jest chyba najwieksza w jakiej kiedykolwiek bylem. Mimo rozmiarow musialem chwile zaczekac bo, nie bylo wolnych stolikow. Po chwili zostalem doprowadzony do stolika. Zamowilem pol kaczki, troche ze wzgledu na rozmiary – balem sie, ze moge miec problem z dokonczeniem. Po chwili podjechal kucharz z moja kaczka, pokroil na kesy i poukladal na talerzu. Kelner dolozyl dodatki w postaci kapusty pekinskiej, cebulki zielonej, ogorka, papryki, czosnku i sosow (jeden sojowy, drugi pomidorowy – popularnie zwany keczupem). Nastepnie zaprezentowal jak sie powinno spozywac – na nalesniku, polozyc kes kaczki, wczesniej zatonkany w sosie, nastepnie dolozyc dodqatki i zawinac. Pozniej juz zaczal mnie powoli wkurzac. A to przestawial mi talerze na stole, a to dolewal mi non stop piwa i herbaty, a to wymyslil sobie, ze moj plecak powinien byc na krzesle, a nie na zolu. Chlopak sie staral, ale robil to w zlym momencie – jak kwiatek je to nie przeszkadzac. Kaczka swoja droga byla naprawde niezla. Nie to zebym narzekal, ale spodziewalem sie troche lepszej. Ale byla bardzo dobra. I w sumie moglem zamowic cala. Po tej polowce jeszcze miejsce bylo.
Po kolacji udalem sie prosto do hostelu.

31.10
Na dzis w planie mam Swiatynie Lamy i Beihai park. Wstaje jak zwykle. Jak zwykle te same bulki.
Do Swiatyni docieram metrem. Jest w miare malo ludzi. W miare jak na mozliwosci Pekinu. Pogoda tez dopisala. Swiatynia jest przepiekna. A dodatkowy efekt jest jak zawieje wiatr. Wszystkie flagi i dzwonki zaczynaja tanczyc i dzwonic. Mistyka pelna geba.
Spedzam troche czasu w swiatyni i jade dalej. W drodze do parku zatrzymuje siue na chwile na dziedzincu Zakazanego Miasta. Chwile ogladam i wychodze. Tuz przy wyjsciu podchodzi kilka dziewczyn. Czesc bla, bla, bla, nie przejdziesz sie z nami do hutongow, a pozniej moze wyskoczymy na herbate. Hmm. Nieeee dziekuje.
Do parku docieram juz prawie o zmierzchu. Bylbym szybciej, ale poszedlem przez przypadek, dluzsza droga. Park calkiem ladny, ale udalem sie tam tylko w jednym celu – sciana dziewieciu smokow. Cudo. Ale niestety doszedlem tam jak juz byla szarowka i nie moglem sie za bardzo cieszyc widoczkiem.
Ostatnia kolacje w Pekinie, zaliczylem w mojej ulubionej knajpie, wskazujac potrawy z menu jak zwykle paluchem w ciemno.

Comments are closed.