1 – 5.11 Datong, Pingyao, Luoyang

1.11
Cholera jak zimno. Do Datongu zajechalem wczesnie rano. Wychodze ze stacji, a tam lod na ulicach. Zimno jak diabli. Kto to widzial zeby w listopadzie bylo tak zimno. Pierwsze kroki skierowalem do kafejki internetowej, zeby przeczekac kilka godzin.
Kolo dziewiatej poszedlem cos zjesc, w pobliskiej jakiejs knajpce, a nastepnie udalem sie na dworzec autobusowy. Z posrod dwoch atrakcji, ktore oferuje Datong, a ktore nawet nie sa w miescie, czyli jaskinie Yungmen i wiszacy klasztor – wybralem to drugie. Klasztor znajduje sie jakies 60 km od miasta, trzeba sie tam dostac autobusem, a pozniej wziasc taksowke. Kupujac bilet na sutobus, od razu dostalem do samego klasztoru. Wsiadlem i po godzinie z hakiem bylem juz na miejscu. W miedzyczasie przyplatala sie jakas laska, studentka angielskiego (znowu?) i zaoferowala sie, ze zadzwoni po ojca, a ten mnie podrzuci do klasztoru. W miejscowosci 5 km od klasztoru kierowca kazal mi wysiasc z autobusu i prawie sila wsadzil mnie do prywatnego auta, nawet nie zdazylem podziekowac dziewczynie. Tyle co wsiadlem koles juz probowal zrobic biznes na drodze powrotnej. Chcial duzo za duzo, wiec podziekowalismy sobie. Odstawil mnie przy klasztorze i pojechal.
Klasztor robi wrazenie, choc moglby byc wiekszy. I pizdzi strasznie. Male jeziorko, przy klasztorze, bylo cale zamarzniete. Pochodzilem troche i wrocilem zasiic sie ciepla herbatka. W droge powrotna do miasta wybralem sie piechty – moj taksiarz juz dawno temu odjechal, a innych nie bylo. Podjechal jakis kolej na motorze, spytal sie dokad ide i pojechal. Po chwili wrocil i zaczal do mnie nawijac. Po chwili wywnioskowalem, ze chce mnie zabrac. Podwiozl mnie na sam dworzec autobusowy i wsadzil mnie do wlasciwego.
Po niecalych dwoch godzinach bylem spowrotem w Datongu. W pierwsze lepszej knajpie poznalem amerykanina, studiujacy jezyk chinski. Chwile pogadalismy, zjedlismy kolacje i rozeszlismy sie. Udalem sie jeszcze do kafejki internetowej, zabic czas i na pociag do Pingyao. Tym razem klasa hard sleaper, czyli milo i przyjemnie.

2.11
Tuz po wyjsciu z pociagu, podszedl do mnie gosc i zaczal gadac. Ten sam koles dzien wczesniej powiedzial mi czesc przed wejsciem do pociagu. Na szybko zamienilismy kilka slow. Wysoki Niemiec w sumie zorganizowal mi nocleg. Mial wczesniej zarezerwowany hostel i czekali na niego na stacji. Spytalem za ile nocleg – 40 w dormie, i pojechalem razem z nim. Koles – 65cio letni dwumetrowy Niemiec, prawie przez cale swoje zycie podrozuje. W pierwsza podroz ruszyl w latach 60tych i jezdzil przez 4 lata (wyczyn niesamowity zwazajac jaka byla sytuacja polityczna w tamtych czasach).
Po dojezdzie do Harmony Guest House zostalismy poczestowani herbata, a pozniej wyszlismy razem zwiedzac stare miasto. Wczesniej musielismy jednak kupic bilety. Cena 120 – kompletnie mnie nie urzadzala. Wyciagnalem przy kasie polski dowod osobisty i probowalem im wmowic, ze to legitymacja studencka. Nie wyszlo, zbyt dobrze (jak na chinskie warunki) mowili po angielsku, a na dowodzie jest wyrazny napis po angielsku, ze to dowod (jakos wczesniej nie zwrocilem na to uwagi). Odeslali mnie do innej kasy, zyczac wiecej szczescia. Podszedlem do kasy i ta sama spiewka, ze jestem studentem. Tym razem jednak wyciagnalem karte slaskiej kasy chorych (niniejszym chcialbym podziekowac panu Solorzowi za wymyslenie tych kart). Podzialalo, kompletnie nie umieli odczytac. Tak wiec z biletem studenckim ruszylem zwiedzac. Do obejrzenia kilkanascie budynkow, z ktorych wiekszosc to muzea – stare domy, pierwsze banki w chinach oraz kilka swiatyn. Niektore ciekawe, inne wrecz nudne. Wieczorem wrocilismy do hostelu. Tam poznalem kolejnego Kanadyjczyka na mojej trasie. Kilka slow i zgadalismy sie, ze razem pojedziemy obejrzec szaolin. Razem tez udalismy sie kupic bilety na pociag do Luoyang. Niestety klasy sleaper nie mieli, wiec zmuszony jestem jechac na siedzaco, chyba ze uda sie zamienic w pociagu.
Wieczorem udalismy sie jeszcze na piwko. Zgadalismy sie na temat polityczny i tu malo co sie nie scialem z Horstem. Ma za zle Polsce, ze jest tak proamerykanska i blokuje rozwoj Europy, sam przy tym nie zauwaza, co robia Niemcy i Francja na przyklad. Jest obuzony, ze jako nowi czlonkowie Uni osmielamy sie miec wlasne zdanie i bronimy wlasnych interesow. Po czesci ma racje, ale tylko po czesci.

3.11.
Musze przyznac, ze sie wyspalem. Wstalem, wzialem prysznic. Kompani juz czekali. Jeszcze kawa, kilka owocow na sniadanie i mozna wyjsc na miasto. Na dzis zaplanowalismy lazenie po murach miasta. Przylaczyla sie do nas jeszcze jedna Angileka (cudowny czysciutki angielski akcent). We czworke zlazilismy mury oraz kolejna przechadzke po starym miescie. Zatrzymalismy sie na jakis obiad i piwko, znow sie troche pokrecilismy. Jeszcze wieczorem wyskoczylismy na pierozki i kolejne piwko. I tak przeczekalismy do poznego wieczora. Pociag mamy o 00.52.

4.11.
Do Luoyang zajechalismy w poludnie. Podroz byla nawet znosna – 12 godzin hard seatem. Horst jechal sleaperem, a po wyjsciu z pociagu zgadal sie z jakas babka, a ta nas zaprowadzila do hotelu. Normalny, regularny hotel, za jedyne 60 juanow. Czemu nie.
Po rozpakowaniu poszlismy cos przekasic i udlaismy sie obejrzec jaskinie Longmen. Nie powiem jaskinie robia wrazenie. Moze nie jakoscia, bo wiekszosc Budd jest poniszczona, po ekscesach kulturalnej rewolucji, ale iloscia, jaskin i Budd jest po prostu mnostwo.
Do hotelu wrocilismy wieczorem, zjedlismy cos jeszcze i poszlismy w sumie wczesnie spac – rano na osma mamy zamowiony transport do klasztoru Shaolin.

5.11
Pobodka, szybkie sniadanie w hotelu i do autobusu. Juz chwile pozniej okazalo sie, ze to nie sam transport jak nam powiedziano, ale chinska wycieczka. I to nie do samego Shaolin, ale jeszcze do jakis innych swiatyn. Bilet jedyne 160 juanow – myslalem ze mnie krew zaleje. Pytam za co, no to laska mi tlumaczy ze jest kilka swiatyn i klasztor i jakies kung-fu show. Ok niech bedzie. Swiatynie poboczne do Shaolin byly, ze ujme to delikatnie badziewne. Do Shaolin dojechalismy przed druga i zaraz uslyszelismy ze o czwartej powrot. Wkurwilem sie niezle. Obszedlem klasztor byle jak, nie zobaczylem w sumie tego co chcialem. Chociaz udalo mi sie zerknac do sali treningowej, mlodych adeptow i podpatrzec troche trening. Samo kung-fu show trwalo zaledwie pol godziny z czego kilka minut bylo poswiecone na probe nauki turystow, kilku ruchow. Reszta byla git. Wrocilem do autobusu z poczuciem, ze zwiedzilem tak wazne dla mnie miejsce w tak haniebny sposob, w stylu jakim wrecz czasem pogardzam. Coz mam powod, zeby tam wrocic.
Po powrocie do Luoyang, kolacja i na dworzec. Wieczorem pociag do Xian.

Comments are closed.