14 – 19.01 – Chiny – epilog. Kunming, Yuanyang.

Pociagiem wygodnie sobie zajechalem do Kunmingu z planem spedzenia kilku dni w klasztorze cwiczac kung-fu. Plan ten jednak szybko uleg zmianie. Po pierwsze kilka dni nic mi nie da, kilka tygodni jakies efekty by dalo. Po drugie czas i budzet powoli zaczynaja gonic (szczegolnie budzet). Po trzecie Chiny zaczynaja mnie meczyc. I w koncu po czwarte nie chcieli mi sprzedac najtanszego biletu do Dali. To ostatnie zadecydowalo.
Wsiadlem w autobus i udalem sie do hostelu, a nastepnie do konsulatu Wietnamu. Wiza do odbioru za dwa dni. Koszt bagatela 350 juanow – niezle sobie licza.
I tak wiec kolejne dwa dni spedzalem na szlajaniu sie po hostelu, ogladaniu filmow, graniu w bilarda i pingponga oraz kilku piwach. Sloneczko grzalo i bylo fajnie.
Wietnamcy wklepali mi na wize dokladna date wjazdu do ich jakze socjalistycznego kraju, ktora odbiegala o caly dzien od moich planow. Szybkie spojrzenie do spiewnika i zakup biletu do Yuanyang gdzie podziwiac mozna tarasy ryzowe. A ze jest to po drodze to czemu nie.
W Yuanyang wyladowalem o swicie, nie wiedzac gdzie wlasciwie jestem. Wszedzie dookola mgla. Po ustaleniu, gdzie jestem, co trwalo dosc dlugo, udalem sie znalezc jakas kwatere. Na miejscu poznalem Stevena, Belga, ktory niemalze od razu zaroponowal mi, zebym sie do niego dolaczyl na ogladanie tarasow. Kilku godzinna wycieczka 200 rmb za auto. Chwile pozniej poznalismy dwie Izraelki, ktore sie wybiora z nami (co obnizylo koszty do akceptowalnej sumy).
Kierowca zabral nas w njalepsze miejsca, a i pogoda sie zdecydowala poprawic. Widoki niesamowite, pozostawie je bez komentarza – odsylam do galerii..
Po powrocie do miasteczka, poszlismy cos zjesc i wybralismy sie na kilkukilometrowy spacer do kolejnych tarasow. Zachod slonca tylko upiekszyl widoki.
Nastepnego dnia rano udalem sie juz na autobus do Hekou – miasta granicznego z Wietnamem. Wlasciwie nie tak z samego rana. Budzik mi nie zadzwonil tak jak mial i musialem jechac pozniejszym autobusem. I zamaist cztrech godzin jechalismy szesc i pol, co moglo skutkowac dotarciem na miejsce tuz po zamknieciu granicy. Na szczescie byla otwarta. Przejscie z kraju do kraju odbylo sie gladziutko, pieczatka tu, formularzyk i pieczatka tam i juz China za plecami.
Alez zonka mieli chinscy celnicy jak nie znalezli u mnie przewodnika po chinach, juz chcieli sobie zawlaszczyc, a tu nie ma. Ksiazke wczesniej, razem z kurtka zimowa wpakowalem w pudelko i wyslalem do domu. Ciekawe czy po otwarciu paczki ja sie nie zdziwie – na pokwitowaniu przesylki widnieje napis – paczka moze byc otwarta oficjalnie. Tak ze sie zobaczy czy aby Chinski rzad oficjalnie nie zapierdzieli mi spiewnika.
Chiny zakonczylem po prawi trzech misiacach wedrowki, wliczajac Hong Kong i Macau. Mozna tu jednak spedzic zdecydowanie duzo wiecej czasu. Kraj ten ma strasznie wiele do zaoferowania. Ja jedynie obejrzalem czesc Panstwa Srodka. Ludzie na ogol sa bardzo sympatyczni i pomocni, choc na drogach trzeba sie miec na bacznosci, a niektore ich zachowania budza wrecz odraze (z glosnym odchrzakiwaniem i pluciem na czele).
Wydalem tez duzo wiecej kasy niz planowalem. Choc teraz musze przyznac, ze moje zalozenia byly nierzeczywiste. Na dzien szlo mi okolo 20-25 dolarow. Mozna oczywiscie obciac koszty, chociazby jezdzac tanszymi klasami kolejowymi (tzw. hard seater – wykle miejsce siedzace) zamiast kuszetek, ale z czasem i biorac pod uwage czasy przejazdow, po prostu nie chcialo mi sie meczyc.
Chiny tez potrafia wymeczyc pozadnie, jest to tego typu kraj za ktorem sie teskni tuz po opuszczeniu, a ktorego sie ma dosyc juz kilka godzin po wjezdzie. Ale zdecydowanie warto bylo.

Comments are closed.