8 – 11.02 – Phnom Penh. Kambodża.

8.02
Przejscie graniczne bylo dosc zwariowane, ale dla nas okazalo sie dosc sprawnie zorganizowane. Jako ze wsiadlem do bezposredniego autobusu relacji HCMC – Phnom Penh nie mialem sie martwic o nic. Przewodnik skasowal nas po 25 dolarow za wize (normalnie powinno byc 20, piec wzial, jak to sie wyrazil za bezpieczenstwo) wzial paszporty i zniknal, niewiele nam mowiac. Chwile pozniej przyniosl podbite paszporty z nowa wlepka i mozna byl jechac dalej.
W autobusie poznalem calkiem sympatyczna parke z anglii i po dotarciu do PP razem udalismy sie do hostelu.
Po rozpakowaniu wzielismy tuk tuka (taka zmotoryzowana riksza) i kazalismy sie obwiezc po miescie. Miasto duzo ladniejsze od Saigonu.
Wieczorem smaczna kolacja, troche bilardu, kilka piwek.

9.02
Z rana po sniadanku, wzielismy sobie rowerki i udalismy sie w wycieczke po miescie. Zatrzymujac sie co jakis czas, by cos przekasic, lub napic sie czegos. Wrocilismy wieczorem, po odwiedzeniu, kilku miej turystycznych miejsc w miescie. Kolacja w tym samym miejscu, jakis film wieczorem i kima.

10.02
Wieczorem dnia poprzedniego dolaczyl do nas Johnatan, Holender, ktorego poznalem wczesniej w Wietnamie. Razem udalismy sie z rana, do muzeum – wiezienia S-21. Byla szkola z ktorej Pol Pot i jego swita uzodzila miejsce tortur setek tysiecy Kambodzan. Niektore prezentacje robia dosc wstrzasajace wrazenie. Po muzeum na rowerkach udalismy sie na pola smierci. Droga byla calkiem niezla i pedalowalo sie milo, ale jakos zjechalismy z wlasciwej drogi i uswiadomiono nas o tym dopiero jakies 10 km pozniej.
Pola smierci to z kolei miejsce w ktorym wczesniej torturowanych w S-21 ludzi, zabijano. Robiono to w dosc bestialski sposob, zeby oszczedzic drogocennych kul – bito ciezkimi narzedziami, kijami bambusowymi, lub podrzynano gardla.
Z powrotem do miasta dotarlismy bez przygod, szybko i sprawnie. Wieczorem udalismy sie do, innego pensjonatu do znajomego Johnatana, na partyjke bilarda i kilka piwek.

11.02
Nastepnego dnia, pojechalem z Johnatanem do ambasady Laosu – wyrobic wizy, a nastepnie udalismy sie obejrzec palac krolewski. Musze przyznac, ze robi wrazenie. Pieknie ozdobione budynki, wokol wszedzie zielen i kwiaty. Szkoda tylko ze cudzozeimcy musza placic 25 razy wiecej od miejscowych.
Po palacu szybko przemiescilismy sie do innej czesci miasta, zeby obejrzec swiatynie Wat Phnom. Ladna swiatynia na wzgorzu, z Budda w srodku. Prawie udalo nam sie obejrzec nie placac. Prawie bo straznicy kapli sie i opuscilismy miejsce ciut szybciej niz planowalismy.
Wieczorem troche kart, piwa i takie tam.

Comments are closed.