11 – 18.02 – Sihanoukville.

Z samego rana wsiedlismy do autobusu i po kilku godzinach zatrzymalismy sie w nadmorskiej miejscowosci Sihanoukville. Miasteczko niewielkie, slynace glownie ze swoich plaz oraz nieustajacych imprez. Troche nam zajelo znalezienie lokum, gdyz nasi angielscy znajomi szukali czegos o wyzszym standardzie, a ja z Jonathanem nie koniecznie (byleby taniej). W koncu sie rozdzielilismy i znalezlismy osobne lokum. Oni za 20 dolarow za pokoj, my za free. Dokladnie za darmo. Taniej byc juz nie moze. W miasteczku jest kilka miejsc gdzie mozesz spac za darmo, a w zamian zobowiazujesz sie u nich jesc i pic, co juz takie tanie nie jest, choc oczywiscie nikt cie nie pilnuje.

Kolejne dni spedzalismy na plazowaniu, piciu i imprezowaniu.
Ktoregos dnia wybralismy sie na rowerki, zwiedzic okolice, a przy okazji zagrac z miejscowymi w siatkowke plazowa, innego dnia poplynelismy na wycieczke o wdziecznej nazwie Booze Cruise. Czas plynal wolno i milo.
I tak zasiedzialem sie prawie tydzien, ramiona sie troche spalily, a organizm zmeczyl sie ciaglymi imprezami i promocjami w stylu happy hour. Na kilku takich happy hour bylo co pojesc. Raz zaserwowali bufet spagetti, a innym razem byl pizza bufet. Alez sie wtedy nazarlem.

Czas nadszedl wracac do Phnom Penh, odebrac wizy z ambasady Laotanskiej i ruszyc w dalsza droge.

Comments are closed.