8 – 11.03 – Luang Prabang i koniec Laosu.

8.03
Wstalem dosc wczesnie i po szybkim i smacznym sniadanku, udalem sie na dworzec gdzie autobus do Luang Prabang juz czekal. Potwierdzilem, ze to ten i wsiadlem do srodka. Po jakims czasie autobus wypelnil sie, glownie bialymi twarzami. Po chwili wszedl kontroler i zaczal sprawdzac bilety. Mowie mu, ze nie mam, ze mialem zakupic u kierowcy, jak mi dzien wczesniej powiedziano. Na to ten mi, ze ok moge jechac ale jako, ze miejsc juz nie ma to moge jedynie dostac plastikowe krzeselko i siedziec w alejce. I czy by mi to przeszkadzalo. Zdziwiony troszke, odpowiadam, ze miejsca jeszcze sa i tak tez mi powiedziano, a na taborecie przez szesc godzin to mi owszem przeszkadzac bardzo bedzie. Na to ten mi pokazal palcem drzwi. Wychodze, ide do kasy i pytam sie kiedy nastepny autobus. Pani grzecznie, ze za godzine i ze jest nawet tanszy o okolo dolara. Ok mowie i biore. Po chwili podchodzi ten kanar i mi gada, ze sprawdzil i ze sa jeszcze wolne miejsca w tym pierwszym autobusie. Spojrzalem sie na niego wymownym wzrokiem i odpowiedzialem, ze wiem ale nie chce juz tamtym busem jechac. Koles wyczul napiecie i zamilkl grzecznie. Wolna godzinke wykozystalem na shakea.

Droga sie dosc ciagla ale widoczki zza okien naprawde zarabiste. Prawie ciagle wspinalismy sie pod gore, kreta droga. Pod wieczor dotarlismy do Luang Prabang. Znalazlem jakis pokoik za 45000 kipow i poszedlem na miasto (duze slowo) cos zjesc. W okolicy nocnego targu zapodaja tania kuchnie, placi sie 5000 kipow za talerz i wcina sie ile chce. Udalo mi sie tez w koncu zakupic kilka owocow – pomaranczy i z trudem wytargowanych oraz z bolem na twarzy sprzedanych bananow, za cene przypominajaca te normalana, jaka placi rowniez laotanczyk.

9.03
Rano na sniadanko – znalazlem buleczki na parze nadziewane wieprzowinka, takie same jakimi sie zywilem w Chinach. Pozniej ruszylem na podboj miasta (duze slowo). L.P. bylo kiedys stolica Laosu, a teraz glownie slynie ze swoich swiatyn.
Przed obchodem swiatyn postanowilem wykabinowac przejazd na dzien nastepny w kierunku granicy z Tajlandia. Byly dwie opcje, jak mi sie zdawalo – lodka po Mekagu, dwa dni i dosc drogo oraz autobus z przesiadka gdzies w polnocnym Laosie. Zapytalem sie dla pewnosci czy aby nie ma bezposredniego przejazdu do Huay Xai na granicy i otrzymalem odpowidz pozytywna. Zlapalem wiec tuk tuka na dworzec, oczywiscie oddalony od miasta o 6 km i oczywiscie nie obylo sie bez targowania za przejazd. Na szczescie trafilem na spoko kolesia, ktoremu dalo sie wytlumaczyc, ze albo bedzie stac caly dzien, dlubac w nosie i niczego nie zarobi, albo mnie podwiezie za taka cene jaka mu proponuje. Pomyslal trche i w koncu sie zgodzil. Po kilku minutach na dworcu kupuje juz bilecik. Pani w okienku mnie informuje, ze jak kupie na ten sam dzien to 140 tys, a jak na jutro to 145. Zaczynam sie smiac i jednoczesnie probuje dowiedziec czemuz to tak sobie pani to wymyslila. Ano temuz, ze ta piatka to niby za rezerwacje miejsc. I tak w bialy dzien na panstwowym dworcu ozynaja cie z usmiechem na twarzy. Ot Laos.
Po powrocie do miasta, wyruszylem ogladac swiatynie. I do godziny drugiej juz obszedlem wiekszosc wartosciowych, a takze wieksza czesc miasta. Luang jest malutka miescina i poza tymi swiatyniami i jakims muzeum nie ma niczego (doslownie) wiecej. Reszte dnia probowalem wykabinowac co z soba zrobic, a zadanie bylo o tyle trudne, ze akurat dzis byla jakas awaria pradu i nawet jego nie bylo. Tak wiec shaki odpadly. Zjadlem jakies ciasteczko i wybralem sie do dosc oddalonej od centrum knajpki serwujacej ponoc (patrz LonelyPlanet) najlepsze jedzonko w Prabang. Zlazilem wiec reszte miasta i knajpy nie znalazlem. Wrocilem do centrum i zamowilem jakis lokalny specjal w jakiejs knajpce. Poprosilem wczesniej kelnera o wytarcie stolika bo sie cos lepil, po czym ten przylecial ze szmata do podlogi i sprawnie kilkoma ruchami wypucowal stoliczek. Dobrze ze z mopem nie przyszedl. Samo jedzonko calkiem calkiem, choc ostre jak cholera.
Okolo szostej wlaczyli prad i wymyslilem sobie, ze sie udam do jednej knajpki w ktorej ponoc (patrz LonelyPlanet) puszczaja filmy. Knajpki juz nie ma wiec zmuszony zostalem do powrotu do pokoju. Na chwile sie jeszcze zatrzymalem na neta i poszedlem grzecznie spac.

10.03
Rano znow chinskie sniadanko. Zostawilem tez sobie na dzis jedna swiatynie, krolujaca na wzgorzu nad Luang Prabang. Wdrapalem sie na gorke poogladalem co bylo, a nie za wiele tego bylo, choc ladne widoki na miasteczko i zszedlem na dol.
Nastepny w programie byl shake bananowo-kawowy. Juz mialem go zamawiac, a tu za plecami slysze polska mowe. I tak przy shakeu i nalesnikach poznalem Dominike i Tomka. Po krotkiej rozmowie okazalo sie, ze sa to "Wloczykije", ktorych stronke internetowa ogladalem przed wyjazdem. Jaki ten swiat maly. Razem wybralismy sie na zupke z makaronem, a pozniej rozstalismy, gdyz musialem juz isc na autobus.
Wczesniej oczywiscie tuk tuk, ale znow bez sensacji i zbednych nerwow. Autobus jest calonocny i na miejsce dojezdzam rano.

11.03
Kolejna koszmarna nocka, a to glownie dzieki jednej pani ktora, zapewnie wiedzac o tym, ze ma chorobe lokomocyjna, usiadla na samym tyle autobusu tuz obok mnie i zaraz otwarla okno. Po chwili zrobilo sie zimno, a caly wiatr wial prosto w moja twarz.
Kilka razy probowalem zamknac, ale zaraz sie budzila i otwierala okno. Dookola wszyscy w kurtkach zimowych i czapkach, wlacznie z nia, ale tylko chyba mi zalezalo na tym zeby to okno zamknac. Przypominalo mi to sytuacje z pogranicza Tybetu. Taka sama glupota. Oczywiscie nic nie spalem.
Na miejsce dojechalismy przed osma rano i od razu udalem sie na granice. Przejscie nareszcie normalne, bez zadnych wyludzen, bez lapowek. Usmiech, dziendobry, pieczatka, dowidzenia, usmiech i juz jestem w Tajlandii.

Laos mnie nie zachwycil. Poza Don Det nie widzialem niczego jakos specjalnego. Nie rozumiem zachwytu wielu podroznikow nad tym krajem. Bieda, ze az piszczy, a drozej jak w Wietnamie.
Dla lokalnych bialy czlowiek jest niczym wiecej jak dolarem o duzym nominale. Targowac sie za bardzo nie chca i wola nie sprzedac niz sposcic cene. I ozynaja turystow na kazdym kroku i robia to z usmiechem na ustach.
Nie kupisz ty, to zaraz przyjdzie inny, jakis amerykanin, lub niemiec czy francuz emeryt i zaplaci bez zajakniecia. Zeby byc sprawiedliwym dodam tylko, ze inne na tym polu byly Don Det i Savannakhet, gdzie ludzi traktowano normalnie.
Pewnie w innych mniejszych miejscowosciach tez jest fajnie, ale ja nie poswiecilem temu krajowi zbytnio duzo czasu i odwiedzilem glownie stricte turystyczne miejsca.
Na szczescie nie jestem odosobniony w swoich opiniach na temat tego kraju(a takze osciennych). Kilku poznanych osob podziela moje spostrzezenia. A juz myslalem, ze to cos ze mna nie tak.
I tak sie zastanawiajac, dlaczego te trzy kraje sa takie chytre na turystow, doszedlem do wniosku, ze to wina francuzow. Cos slabo zadzili tymi ziemiami, ze taki burdel pozostal.

Comments are closed.