7 – 9.04 – Melaka.

7.04

Melaka to kolejne miasto o chrakterze kolonialnym. Praktycznie przez cala swoja historie bylo pod wladaniem obcych – najpierw przyplyneli Portugalczycy w 16 wieku, pozniej na ich miejsce przybyli Holedrzy, a pozniej Brytyczycy. Przez chwile byli tu tez Japonczycy. Tak czy inaczej europejczycy mocno odcisneli tu swoje pietno. Co w polaczeniu z "rdzennymi" chinczykami daje niezla mieszanke zarowno pod wzgledem architektonicznym jak i kulinarnym. A zapomnialbym jeszce o Hindusach – tez sa.
Po przyjezdie zostawilem toboly w hostelu i udalem sie na przechadzke po miasteczku. Byl juz wlasciwie zmrok wiec wiele sie niedzialo i wiele nie zobaczylem. Pochodzilem troche, cos zjadlem, zatrzymalem sie na kawke w chinatown, kupilem kilka owocow i wrocilem do hostelu.

8.04
Po sniadanku i kawce wybralem sie na zwiedzanie. Na pierwszy strzal poszedl portugalski fort na wzgorzu, a wlasciwie to co z niego zostalo czyli kilka scian. Po Portugalczykach i Holendrach do fortu przybyli brytole i z kosciola zrobili sobie magazyn na proch i bron, a historia juz kilka razy pokazala jak sie takie genialne plany koncza. Pozniej sie rozpadalo i to znacznie wiec trzebabylo sie gzies schowac. Na szczescie obok fortu stoi muzeum niepodleglosci. Wystawa w sumie nudna, ale przynajmniej nie kapie z gory.
Nastepnie kroki skierowalem na stary holenderski ratusz "Stadthuys", tu naszczescie brytyjczycy byli bardziej rozwazni i zrobili sobie … ratusz, a teraz sa tu muzea – historii, etnografii i literatury oraz mala wystawa chinskiego zeglarza Ho, ktory ponoc oplynal swiat zanim jeszcz Kolumb sie narodzil, a tu w Malace byl kilka razy. Po ratuszu-muzeum udalem sie do Kosciola Chrystusa zbudowanego przez Holedrow w 1753 roku. Z zewnatrz jednak prezentuje sie duzo lepiej niz wewnatrz. Pozniej znow sie rozpadalo i utknale gdzies pomiedzy "Little India", a licznymi kafajkami – ciasteczko tu, kawka tam… W chwili miedzy deszczem, a deszczem udalem sie jeszcze na chwilke do chinatown, a pozniej juz do hostelu – nie dosc, ze zneczony, to jeszcze mokry.

9.04
Dzis juz bez deszczu. Po porannej (czyt. poludniowej) kawce udalem sie ponownie trasa hostel – male indie – chinatown, obejrzec to samo tylko na such oraz rozejrzec sie za swieza ziarista kawa. Niestety kawy nie udalo sie zakupic (ciagle nie umie sobie wydarowac, ze nie kupilem jej w Wietnamie), ale za to odwiedzilem kilka swiatyn. Nastepnie udalem sie na dluzszy spacer do osady portugalskiej, oddalonej od centrum jakies cztery kilometry. Poza malymi domkami przypominajacymi moze troszke te z okolic Portugalii, niczego wiecej tam nie ma. Wrocilem wiec z powrotem do chinatown, ktore to dopiero po zmroku pokazuje swoje prawdziwe piekno i charakter.
Wieczorem zmeczony wrocilem do hostelu. Czas spac bo rano czeka mnie autobus do kolejnej destynacji.

Comments are closed.