12 – 17.04 – Shenzhen, Hong Kong. Powrot do domu.

Samolot wyladowal na lotnisku w Shenzhen, w Chinach, tuz przed polnoca. Chwile poniej bylem juz w autobusie do miasta. Nie wiedzialem dokladnie gdzie jechac, wiec wypytalem o droge. Jedna dziewczyna zdecydowala sie mnie zaprowadzic do hostelu. Zanim go jednak znalezlismy minelo kupe czasu, na miejsce zaszlismy kolo 2 w nocy. Hostel Loft w Shenzhen sam w sobie jest super, ale lokalizacja jest okropna.
Na miejscu, poznalem Krzyska z Lodzi i razem w trojke poszlismy … na masaz stop. Jakis taki dziwny kaprys. Masaz gitara, 80 minut za niecale 5 dolarow. Do hostelu wrocilismy nad ranem.
Po kilku godzinach snu sprobowalem obdzwonic wszystkie mozliwe biura w sprawie biletu lotniczego (wczesniej w Singapurze niczego nie zalatwilem). I nic. Niedziela. Wszystko pozamykane. Zdecydowalem, ze zostane jeszcze ten dzien w Shenzhen, a do Hong Kongu pojade nastepnego dnia razem z Krzyskiem.
Tymbardziej, ze zaproponowal mi nocleg u niego w mieszkanku. W miedzyczasie poszedlem do dzielnicy "elektrycznej". I tak jak bylem prawie w szoku w sklepach o podobnej tematyce w Singapurze, czy wczesniej w HK, tak teraz
szok byl wiekszy, bo do czynienia mialem nie z jednym budynkiem, a z cala ulica pelna kilkupietrowych budynków o asortymencie stricte elektryczno-elektronicznym. Po kilku sklepach i bardzo pobieznym ich obejsciu mialem juz dosc. Tymbardziej, ze spalem zaledwie 3 godziny. Wrocilem do hostelu posiedzialem chwile i razem z Krzyskiem udalismy sie znaleac jakas knajpke na kolacje. Bez powodzenia. Co za beznadziejne miejsce.
Shenzhen, a szczegolnie miejsce w ktorym znajduje sie hostel jest chyba jedynym miastem w Chinach, gdzie nie idzie znaleac jakiejkolwiek jadlodajni. Zakupilem wiec jakas zupke i przyrzadzilem ja w hostelu.
Poniej spac.

Nastepnego dnia wyruszylismy do Hong Kongu. Przejscie graniczne bez problemu, troche jazdy kolejka i juz bylismy na miejscu. Nastepnie ruszylem do agencji obslugujacej ofiary bankructwa "OasisHongKong". W sumie niczego
nowego sie nie dowiedzialem, mam dzwonic do biur lotniczych i pytac, a o kase musze wypelnic formularz i czekac, nawet do pol roku. Jako, ze byl juz wieczor obejrzelismy na nabrzezu Hong Kong Central pokaz swiatel i laserow i wrocilismy do mieszkania. Na miejscu kilka piwek w towarzystwie Krzyska i Shili, jego dziewczyny i spac.
Z samego rana zaczalem dzwonic po biurach lotniczych, z nadzieja, ze cos sie znajdzie. Wiekszosc biur juz nie miala miejsc na najblizsze kilka tygodni. Najlepsza oferta to Quantas Air Lines, na 21 kwietnia. Zostalo mi tylko zadzwonic do Air New Zealand i opcje by sie wyczerpaly. Na dzien dobry ze zmarnowanym glosem poprosilem o pierwszy wolny termin i chwile pozniej uslyszalem – 16 kwiecien. Czyli tak jak planowalem i nawet zdaze na WizzAira z Londynu do Polski – bomba. Godzine poniej juz mialem bilet w rece.
Reszte dnia spedzilem na kreceniu sie po HK Central oraz Kowloon, dokanczajec to czego nie zrobilem bedac tu za pierwszym razem, czyli przejazdzka najdluzszymi ruchomymi schodami swiata oraz hongkongskim dwupietrowym tramwajem.
Takie banalne, a cieszy.
Wieczorem spotkalem sie z Krzyskiem, ktory caly dzien spedzil na targach elektroniki i razem, po malym jedzonku w mojej ulubionej knajpce z pierwszych odwiedzin HK, udalismy sie na targ elektroniczny w Sham Shui Po oraz Mong Kok.
Poniej do domku, gdzie czekala juz Shila oraz jej znajomi – won ton i whisky.
Samolot mialem o 8.45, a stawic na lotnisku 2 godziny przed lotem, a wiec czekala mnie wczesna pobudka. Postanowilem wcale sie nie klasc spac.
Na lotnisko autobus mialem prawie spod mieszkania i po kilkudziesieciu minutach jazdy bylem juz na miejscu.
Szybka odprawa, chwile czekania gapiac sie z oddali na wschodzace slonce nad Hong Kongiem (uwielbiam to miasto – jest po prostu genialne) i wylot do Londynu.
Dwanascie i pol godziny pzniej wyladowalem w stolicy Wielkiej Brytanii. Jako, ze mialem piec godzin czasu do nastepnego lotu, postanowilem odwiedzic Sanjego, ktory mieszka niedaleko. Po malym piwku i porcji smazonego ryzu,
czas bylo zbierac sie na kolejny lot – ostatni na tej wyprawie.
16ty kwietnia byl najdluzszym dniem mojego zycia, dzieki zmianom czasu doba dla mnie miala 31 godzin.

Dnia 17tego kwietnia po 230 dniach wyprawy wyladowalem w domu. Na lotnisku juz czekala moja niezastapiona kuzynka Marta i po kilkudziesieciu minutach moglem sie zameldowac w domu, gdzie nikt sie mnie nie spodziewal.

Comments are closed.