2 – 9.12.2009 – Sao Luis – Olinda – Maceio – Salvador.

No i mnie rozlozylo. Tyle co zadano mi pytanie o tutejsze jedzonko. Polozylo mnie do lozka na dwa dni. Zupelna apatia.

Zaraz po dotarciu do Sao Luis wiedzialem ze tej miejscowosci sobie nie pozwiedzam. Choc w naplywie lepszego samopoczucia pochodzilem troche po miasteczku. Mialo byc piekne kolonialne, jedno z nielicznych takich w Brazylii miasteczek (dosyc czesto to slysze) no i bylo dosc urokliwe, ale znow bez przesady. Bardzo zniszczone. Jak renowacja bedzie ukonczona to rzeczywiscie bedzie tu ladnie.


Trzeciego dnia zaryzykowalem i wsiadlem do autobusu do Recife. Zaryzykowalem bo jazda miala trwac dwadzieścia cztery godziny, a ja nie do konca bylem pelen sil. Na szczescie obylo sie bez przygod. Za oknami brazylijskie stepy – niewiele do obserwowania.

Po dotarciu do Recife szybko przejechalem do mojej docelowej miejscowosci – Olinda.


I tu moj maly zachwyt. Sliczne domki, kazdy w innym kolorze. Na ulicach muzyka. Ludzie usmiechnieci i pokojowo nastawieni. Pieknie.

Poobchodzilem wszystkie uliczki, zajrzalem na plaze. Wieczorem znow sie wybralem na obchod. Na ulicach mala fiesta. Orkiestra z calkiem spora grupka ludzi chodzi po ulicach i graja i spiewaja i bawia sie. Gdzie indziej na malym placyku szkola capoeiry (brazylijska sztuka walki/taniec) miala swoj maly wystep/trening.

W niedziele rano udalem sie na msze. Z tresci to niewiele zrozumialem, poza stalymi fragmentami. Za to zwrocilo moja uwage przekazywanie sobie znaku pokoju. Ludzie doslownie rzucili sie sobie na szyje, obejmowali i calowali sie. Zupelna szczerosc i spotanicznosc za razem – cos pieknego. Nie do pomyslenia u nas.

Chcialoby sie tu zostac dluzej. Miasteczko ma wyjatkowy urok i atmosfere. Ale trzeba leciec dalej.

Pomyslalem ze zamiast jechac wprost do Salvadoru i wydac na to kupe kasy (ceny transportu w Brazylii sa wrecz kosmiczne – rujnuja mnie, takze psychicznie), to zatrzymam sie po drodze w miescie Maceio, poplazuje i pozniej pojade do Salvadoru – wydajac na to kupe kasy.

I tak tez uczynilem. Do Maceio zajechalem juz po zmroku i rozlozylem sie na plazy. Nad ranem, jak juz sepy zaczely zataczac kolka nade mna, dzwignalem sie i poobserwowalem wschod slonca. Taki troche dziwny. No bo wpierw sie robi jasno, pozniej widno, jak normalnie za dnia, a pozniej slonce szybko wyskakuje, zeby po pol godzinie byc juz prawie w zenicie. Dziwne rzeczy tu maja pod rownikiem.

Po poludniu, po znudzeniu plaza, po wyglupach w oceanie, jak juz piasek porzadnie parzyl w stopy – udalem sie na autobus do Salvadoru.


Do stolicy stanu Bahia zajechalem nad rankiem, przeczekalem na dworcu do normalnej godziny, zjadlem jakies sniadanko, kawka, soczek i udalem sie do hostelu. Po prysznicu i przebraniu sie, wybralem sie na zwiedzanie historycznej czesci Salvadoru – Pelourinho.

I musze przyznac ze robi wrazenie. Znow ladnie i kolorowo. Dodatkowo kilka ladnych placykow posrodku. Ale juz nie tak klimatycznie jak w Olindzie. Salvador ma swoja przykra takze reputacje. Co prawda policja jest dosc zauwazalna, ale mimo wszystko atmosfera nie za fajna.

Dzis swieto jakiegos miejscowego swietego i na ulicy fiesta na calego – mase straganow z jedzeniem piciem i muzyka na pelen regulator. I to nie jedna. Co kawalek graja co innego. A w srodku i dookola pelno ludzi skaczacych i tanczacych.


Nastepnego dnia nie robilem nic. Choc dzien zaczal sie dosc dziwnie. Zostalem poproszony o opuszczenie hostelu. Dzien wczesniej poznany polak narobil w nocy troche bydla i szefostwo hostelu myslalo ze jestesmy razem. Wiec poproszono i mnie o opuszczenie. Chwile trwalo zanim wytlumaczylem ze to nie ja.

Pozniej bylem na dworcu po bilet do Rio, troche internetu (w koncu moge na strone zajrzec). Wcinalem owoce caly dzien – nie robilem nic.

Comments are closed.