11 – 15.12.09 – Miasto nad rzeka styczniowa.

Miasto nad rzeka styczniowa, bo to doslownie znaczy Rio de Janeiro, przywitalo mnie chmurami. I tak dobrze bo przez ostatni tydzien na okraglo tu lalo. Mialem lekkiego pietra jadac tu – nasluchal sie, naczytal i naogladal tyle o przestepczosci w Rio. Tam nie isc bo kradna, tam tez nie bo bija, a po zmroku to ani rusz a juz tym bardziej na Copacabane, bo dzieciaki z fawel wlasnie na lowy wychodza. Wiec sie czlowiek zastanawia. I tak juz na samym dworcu autobusowym – z dworca tylko taksowka, bo okolica niemila, a autobusy sa czesto napadane. Tyle ze w biblii (czyt. Przewodniku LonelyPlanet) zapomnieli napisac o bezposrednim polaczeniu busik plus metro. Szybciutko, czysto bezpiecznie i tanio.

Po dojezdzie na Copacobane, bo tam sie zatrzymam na najblizsze kilka dni, odnalazlem hostel, zostawilem wszystko co mialem i na spacerek. Zrobilem kilka krokow i o to ona. Najslynniejsza z plaz (moze nie najladniejsza ale z pewnoscia jedna z najslynniejszych) – Copacobana, ciagnaca sie rogalem przez prawie piec kilometrow. Wzdluz jeden wielki plac cwiczen – osobne sciezki dla rowerzystow, osobne dla biegajacych, co kilkadziesiat metrow przyrzady do cwiczen, na samej plazy dziesiatki boisk do pilki noznej, siatkowki (wlasciwie to siatkonogi bo miejscowi nie przepadaja za siatkowka) – aktywnosc sportowa az powala. A ci co nie cwicza albo przechadzaja sie plaza, albo siedza w minibarkach wzdluz Copy. I ja sie przeszedlem wzdluz. Po zmroku wrocilem do hostelu.


Nastepnego dnia po sniadanku udalem sie na slynne Corcovado, czyli gore na ktorej stoi posag Jezusa. Wyczytalem na blogu internetowych znajomych – Wloczykiji (w realu tez sie poznalismy – prawie dwal lata temu w Laosie – maly ten swiat) o mozliwosci wejscia na gore sciezka lesna i tym samym unikniecia oplaty za wjazd na gore. Odnalazlem szlak i w gore poprzez dzungle zwrotnikowa. Ciekawie sie szlo, wokol dzungla spiewala, co jakis czas mijalem jakis wodospad, czasem jakis piechur sie zjawil. Przyjemnie i bezpiecznie. Choc pozniej podejscie sie zrobilo dosc ciezkie. Moze i nie same podejscie co klimat – gorac i wilgotnosc, dalo w kosc.

W koncu wszedlem na gore a tu … bramki i pan sie o bilet pyta. Jaki bilet sie pytam.

- No zeby wejsc na taras trzeba bilet.
- Za ile?
- Za 5 reali.
- Ok – mysle sobie piatka to nieduzo mozna dac – a gdzie kasa?
- Na dole.
- ???
- Trzeba zjechac busikiem, kupic bilet i wrocic.
- Ale ja juz tu jestem, a w parku nikt nic nie mowil, o bilet nie pytal.
Nie zdaly sie tlumaczenia. Zjechalem busikiem podszedlem do kasy i prosze o bilecik.
- 14 reali poprosze.
- ???? Ale jak, yyy, czemu?
- No 5 za wejscie do parku i na taras, plus 9 za busika.
- Ale ja nie chce busika, ja tam na gore sam, parkiem wszedlem. Nie korzystalem i nie chce korzystac z waszych busikow.
- Przykro mi, tak juz tu u nas jest.

No i jak tu sie nie wkurzyc. Dalem, wjechalem, i wszedlem na taras. No, przynajmniej widoki nie zawiodly.


Na dol zszedlem znow parkiem i udalem sie wprost na Ipaneme, druga co do popularnosci plaze. Przeszedlem wzdluz, usiadlem na skale i poogladalem zachod slonca.


W niedziele caly dzien lalo wiec przesiedzialem w hostelu, nudzac sie strasznie (w czasie deszczu dzieci sie nudza).

Kolejny dzien rowniez zaczal sie od deszczu. Szybko jednak przestalo padac i mozna bylo wyjsc.

Wzdluz Copacabany przeszedlem, pod wzgorze zwane Glowa Cukru. Kolejka na gore 44 reale – w kieszeni 43. Hmm, co robic. Przypomnialo mi sie, ze kiedys czytalem, ze tu tez jest sciezka dzungla. I taka tez znalazlem. Znow niezwykle przyjemna trasa – po drodze nawet spotkac mozna kilka miejscowych stworzen takich jak endemiczne gatunki ptakow czy motyli, a takze male malpki. I tak wszedlem na gore sluchajac spiewu dzungli, zastanawiajac sie od czasu do czasu, czy sie nie powtorzy historia z Corcowado. Na szczescie sie nie powtorzyla. Mozna bylo bez problemow dokupic bilet na drugi odcinek, czyli wjazd kolejka linowa na sam szczyt (nie ma tam juz zadnych szlakow). Widoki z samej gory powalaja i wydaje mi sie ze sa o wiele lepsze niz te ze wzgorza Chrystusa. Widac prawie cale Rio.


Po zejsciu, udalem sie do centrum Rio. Za wiele sie nie spodziewalem, zdawalo mi sie ze bedzie to kolejne betonowe miasto rodem z PRLu. I znow niespodzianka – posrod tego calego betonu prawdziwe perelki dawnej architektury. Owszem wiele z nich zaniedbanych, ale naprawde ladnych.


Na zakonczenie dnia i prawie zakonczenie przygody z Brazylia zafundowalem sobie niemala uczte. Brazylijski grill-bufet – czyli restauracja typu jesz ile chcesz z grilowanym mieskiem w roli glownej. I tak do wyboru bylo od sushi poprzez surowki, salatki, szaloty, buraczki, ryz gotowany, ryz smazony, ziemniaczki w kilku odmianach po dania miesne w sosach wszelakich. Ale najlepsze przychodzilo do stolika samo. No prawie doslownie – kelnerzy chodzili i roznosili swiezo sciagniete z grila miesko. Oj jakiez to miesko – kurczaki, kielbaski, watrobki kurze, szaszlyki, kebaby, zeberka, rolady, zrazy wolowe i steki polkrwiste oczywiscie. Wszystko niesamowicie przyprawione i niesamowicie smaczne. A jak ktos mial jeszcze sily to na desrek mozna bylo ciast kilku skosztowac. Mnie juz na lakocie sil braklo. Cudowne miejsce.

Na zakonczenie wizyty w Miescie nad rzeka styczniowa udalem sie rzucic okiem na jeden z najwiekszych (o ile nie najwiekszy) stadionow swiata – Marakane. Niestety do srodka nie wszedlem – za duzo sobie zazyczyli. Obszedlem dookola tego kolosa, zajrzalem przez bramki na murawe i powrot.

Comments are closed.