6 – 7.02.10 – Santiago.

Z rana zajechalem do Stolicy. I od razu zmiany – cieplo i slonecznie. Juz zaczynalo mi tego brakowac.
Sprobuj najlepszego sniadania w Ameryce Poludniowej! Prawdziwe sniadanie – jajecznica, tosty, kawa – zadna instant, prawdziwa kawa (no instant coffee, real one), mase owocow.
Tak sie oglaszal hostel wiec go wybralem – no sorry ale taka reklama na mnie zawsze dziala. I co … No niezupelnie jak w reklamie. Owszem byla jajecznica i kilka owocow ale…
A z kawa to przegieli spodziewalem sie kawy i czekam i czekam, przychodzi koles i daje mi cos co wyglada na slaba herbate. Chcialem juz mu powtorzyc ze kawe nie herbate por favor, ale zrobilem malego lyka i jednak kawa.
No niezupelnie takiej real one sie spodziewalem. No nic.
Jakos tak sie w ogole dziwnie sklada w tej mojej podrozy ze laduje w najwiekszych miastach w weekend lub jakies swieto. W Latino swiecie oznacza to jedno – wszystko zamkniete i na ulicach pustki. Tak bylo tez i tutaj.
W sobote po leku polazilem, poszwedalem sie po miescie. Przez przypadek tez na msze poszedlem.
Wieczorem zas spotkalem sie z Justyna i Christianem, parka polsko-chilijska poznana wczesniej w Torres del Paine. Poszlismy na piwko i pizze.
A w niedziele tylko spacerek popoludniowy. Zmeczenie daje sie we znaki i nie chce mi sie zawiele.
Wybralem sie co prawda do muzeum historii prekolumbijskiej w Chile. Mialo to byc jedno z najlepszych muzeow w Ameryce i w sumie moje pierwsze na tym kontynecie (jeszcze mi sie odbija British Museum i Luvrem). Mialo bo przyszedlem 5 minut przed zamknieciem.
Wiec pochodzilem troche – soczek tu, kawka tam.





Podoba mi sie Santiago. I tyle. Kropka.

Comments are closed.