3.02 – 5.02.10 – Chiloe.

Zajechalem do Chile. Znow byla smieszna granica. Smieszna bo Chilijczykom sie zachciewa sprawdzanie bagazy w poszukiwaniu zywnosci. I zaczeli skanowac wszystkie torby, a nam przyszlo czekac.

A w ogole to sniegiem sypnelo i droge zasypalo. Chcialem przed zima i sniegiem uciec na koniec swiata a tu masz. Gupi.

I jestem na wyspie Chiloe. Jako ze leje i jest brzydko i be, to nie jest za fajnie. Ale poza widokami, ktorych nie ma, jest tu co innego.

Przepyszne owoce morza. I tanie w ogole. Okolo dolara za kilo – przepysznie.

A teraz spadam do Santiago.

Comments are closed.