20 – 25.01.10 – Torres del Paine.

Przez ostatnie kilka dni chodzilem po parku. Nie jakims tam miejskim ale noszacym miano najlepszego parku w calej Ameryce Poludniowej – Torres del Paine w Chile.
Piec dni po gorach i dolinach, sto kilometrow pieknych szlakow. Mozna nawet wiecej, gdyz ja zrobilem tylko pieciodniowy szlak, popularne W, a mozna jeszcze kilka dni spokojnie sobie ogladac te cudne widoki. Mnie jak juz pisalem czas goni wiec stanelo na W.
Szczegolow co widzialem, kiedy w ile ktory odcinek przeszedlem, opisywac nie bede. Beda zdjecia, wkrotce. Napisze tylko, ze pogoda sie udala. Udalo sie zobaczyc wszystkie trzy wierze Torres naraz w sloncu (co zadko sie zdarza). Deszczu za bardzo nie bylo, ale za to wiatr szalal – do stu km na h. W nocy tylko sie budzilem i sprawdzalem czy namiot jeszcze ziemi sie trzyma, ale spisal sie swietnie. Choc z kepingu zwialo 10 namiotow. Nowe znaczenia slowa porywisty wiatr.
Drugiego dnia spotkalem dwoje Polakow i juz do konca razem przemierzalismy szlaki. Bardzo sympatyczni ludzie – kuzyni ona z Nowego Yorku, on z Tasmanii. Spotykaja sie zeby razem podrozowac.

Naprawde milo spedzony czas w cudownej scenerii.

Comments are closed.