18 – 20.01.10 – Autostop.

Mam ten problem z autostopem.
Raz ze nie bardzo lubie sie prosic o przyslugi, a o to przeciez chodzi, a dwa ze czasem sie po prostu odechciewa. Jak sie widzi jak niektorzy kombinuja zeby cie ino nie zabrac i klamia w zywe oczy, lub zgadzaja sie a potem se odjezdzaja beze mnie, jak mi sie przytrafilo w Comodoro Rividavii, gdzie czekalem dwie godziny bo koles obiecal a pozniej trzasnal drzwiami i odjechal. Lub jak w Rio Gallegos gdzie sie koles zgodzil ale pozniej cos sciemnial o doktorze na granicy i pojechal (jaka mial mine jak go spotkalem na tejze granicy). Albo stoi sie z paluchem godzinami w deszczu, a wszyscy pokazuja ze jada tylko tu, lub za chwile skrecaja. Ostatnio tez zauwazam znak, ze mam se zaplacic (pocieranie palcami o kciuk) – po prostu nie milo.
I tak tez stalem wyjezdzajac z Ushuaii, wiater szalal i deszcz padal i nic. W koncu po chyba dwoch godzinach ktos sie zatrzymal i zabral mnie do Rio Grande, 200 km blizej celu. Tam jednak musialem spedzic noc. Zadziczylem rozbijajac namiocik tuz pod znakiem zakaz biwakowania.

Nastepnego dnia bylo z poczatku nawet gorzej. Wstalem o 7ej zeby juz z samego rana lapac okazje a tu nic – wszystko pozamykane, wlacznie ze stacja benzynowa i nic nie jezdzi. Poszedlem na koniec miasta na wylotowke i stoje. Moze z 5 stopni ciepla, zimny wrecz arktyczny wiatr i deszcz. I tak stoje z tym kciukiem i marzne. W koncu zrezygnowany zaczalem wracac zeby wsiasc do autobusu, a tu mi sie koles zatrzymuje. Podwiozl mnie do punktu policyjnego za miastem (nie wiem czemu ale za i przed kazdym miastem w Argentynie sa posterunki policji – kontrola dokumentow i spisywanie danych wlacznie z skad i dokad sie jedzie; nie pytajcie po jaka cholere oni to robia), gdzie sie ciezarowki beda zatrzymywac. No jakos dzis sie nie chcialy zatrzymywac. I kolejne dwie godziny stania. Jak juz mi kciuk odmarzal, to byl dla mnie znak do kapitulacji. I znow w tym momencie sie zatrzymuje auto – tym razem do granicy, gdzie moglem z kierowcami oko w oko, tam ja mam przewage. Z granicy juz latwo. Pierwsza zapytana osoba zabrala mnie do samego Rio Gallegos. No ale wlasnie trzeba twarza w twarz. Babka tez juz kabinowac chciala ale zrzucila decyzje na meza, a ten tylko powiedzial ze jak sie zmieszcze to moge jechac. Co ja sie nie zmieszcze.
I tu przychodzi najlepsze co w autostopie – ta satysfakcja ze sie jedzie i poznani ludzie. Bo gdyby nie stop to nie poznalbym Julietty i Martina i nie zobaczylbym za wiele z Ziemi ognistej. Wiara w ludzi rosnie i to jest piekne.
Na stopa potrzeba tez czasu, a mnie, niestety zaczyna juz gonic – a tyle jeszcze miejsc przede mna.

Dotarlem do Chile, do Puerto Natales.
Ide do parku Torres del Paine – wracam za kilka dni.

Comments are closed.