New Delhi

26.11.2005 – Delhi

„Szachrajstwa Delhi” – tak w sumie mógłbym nazwać pierwsze godziny w tym mieście. Ale po kolei.
Podróż samolotem minęła bardzo szybko i sprawnie. Po wylądowaniu, złapałem pierwszego stresa, bo mi sie gdzies plecak zapodział. Jak się kapłem, że czekam na niego przy przylotach z Bangkoku – sprawa się wyjaśniła i plecak się oczywiście znalazł. Później zakup waluty lokalnej i na podbój Indii.
Szachrajstwa Delhi to nagłówek wielkiej tabeli w śpiewniku, ostrzegający przed oszustwami naciągaczy taksówkowych i innych im podobnych.
Na lotnisku aż roi się od taksiarzy, którzy oferują swą niezbędną pomoc – tych olałem. O tym jeszcze pamiętałem – z tabeli. Dojechałem do głównego dworca autobusem – starym jak świat, swoją drogą – ale dotarł. Tam się zaczęło. Podjechał rikszarz i zaoferował podwóz do Paharganj (okolica najtańszych noclegów) za 10 rupi. Niedrogo myślę sobie więc wsiadam. Docieramy do jakiegoś syfu, a tam stoi koleś i mówi, że po ostatnim zamachu cały rejon jest zniszczony, i że tam się noclegu nie znajdzie [cytat z tabeli:"naciągacze mogą próbować wmówić przybyszowi, że w Delhi wybuchły zamieszki i próbować zawieść go do pozornie bezpiecznej dzielnicy"], no to już łykłem (no co tu ciągle coś wybucha, a ostatnio wiadomości nie śledze). Zabrał mnie do „informacji turystycznej” ["naiwny przybysz trafia wówczas do biura"]. Tam właściciel stwierdził, że rzeczywiście ta okolica jest zniszczona i tam noclegu nie znajdę. Zaproponował mi, zatem wycieczkę do Agry z przejazdem do Lucknow za 120 dolców. Hehe, nawet nie wiem czy tyle mam. Zaoferował także kilka hoteli, które okazały sie być niewiele tańsze od tej wycieczki ["szybko znajduje miejsce w innym hotelu, od którego zarówno on jak i kierowca otrzymują prowizje"]. Koleś z info zdradził się jednak, że podał inną datę wybuchów w Delhi i że zginęło dużo turystów. Na to się już nie nabrałem, taki naiwny to już nie jestem. Przemiłemu panu z biura odpowiedziałem, że na całe trzy tydnie mam tylko 3000 rupi i musze coś innego wykombinować. Zaśmiał mi się w twarz (drugi raz zresztą – pierwszym razem to gdy mu powiedziałem, że to nie moja pierwsza wizyta w Indiach. Może pomyślał sobie, że naiwność turystów nie zna granic. Hmm – coś w tym jest). Wyszedłem z biura i powiedziałem rikszarzowi, żeby zawiózł mnie na dworzec skąd mnie zabrał. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze kilka hoteli po 80 dolarów za noc i prze cały czas wysłuchiwałem jak to w Delhi jest niebezpiecznie i że dworce wogóle są pozamykane. Na koniec, jak już mnie odwiózł na dworzec główny, wysępił ode mnie 100 rupi (już mi się nie chciało kłócić). Dworzec, oczywiście zamknięty nie był, wyglądał nocą troche strasznie. Setki, jeżeli nie tysiące ludzi, leżą na wszystkich peronach, poprzykrywani tylko kocami. Niezbyt sympatyczny widok.
Po drugiej stronie dworca jest ów strasznie zniszczony Paharganj. Trochę syfu to może jest, ale bomba to to na pewno nie była. W drodze do hostelu odprowadzało mnie dwóch naganiaczy, wmawiając mi, że wszystkie otwarte hoteliki z wolnymi miejscami, są zamknięte i bez wolnych miejsc.
W końcu doszedłem do jednego (oczywiście zamkniętego). Otwiera koleś:
- Po ile noc?
- 200 rupi
- Czyli 150? – pytam
- Nie 200 – odpowiada
- To dowidzenia
- Eee zaczekaj
- Czyli 150? – ponawiam pytanie
- No – strasznie cicho, ale odpowiedział
I tak w końcu leżę na wygodnym łóżeczku. Jest kablówka i mecz NBA na ESPN (zawsze chciałem mieć ten kanał ☺ )

27.11. – Delhi

I znowu dałem się naciągnąć. Zaraz po wyjściu z wyra udałem się na dworzec zarezerwować sobie bilet na jutro do Agry. Tam jakis koleś powiedział, że biuro na dworcu jest nieczynne (istotnie pisali, że w niedziele może być zamknięte) ["na stacji New Delhi mogą oni zniechecac do rezerwacji w international tourist bureau(I piętro), kierując do agencji po drugiej stronie ulicy"] i zaprowadził mnie do innego, gdzie koleś gdzieś zadzwonił i okazało się, że tam miejsc też już nie ma i że muszę jechać tym droższym (a jakże) Wyszedłem więc i wróciłem na dworzec. Na miejscu drugi kolo powiedział mi, że biuro jest czynne, ale wkrótce zamykają. Po chwili mi powiedziano, że pociąg oczywiście jest i bez problemu zarezerwowałem sobie miejsce. Następnie chciałem wrócić do pokoju i opłacić kolejną noc. Chciałem, bo powrót nie okazał się rzeczą prostą. Nie dość, że zapomniałem nazwy,to jeszcze kompletnie myliły mi się uliczki. W końcu po około godzinie chodzenia w kółko – znalazłem. Następnie udałem się do golibrody. Samo golenie niedrogie i całkiem przyjemne (pierwszy raz ktoś inny mnie golił), ale nie wiedząc czemu, dałem sie namówic na masaż twarzy, który choć jeszcze przyjemniejszy to za to pieć razy droższy.
Potem jeszcze spacer po mieście – niesamowicie brudnym. Co jakiś czas ktoś podchodził, pytając skąd jestem i gdzie jadę dalej, itd. Najlepsza była gromadka dzieciaków, co chwile pytająca gdzie moja żona oraz „kiss kiss”.
Po godzinie szóstej zrobiło się ciemno, więc wróciłem do pokoju.

Comments are closed.