Agra

28.11.2005 – Agra

Wyjechałem z Delhi, z pewnym niesmakiem, żeby nie powiedziec ze zniechęceniem. Delhi mnie rozczarowało, choc właściwie go nie poznałem. Bałem się trochę, że z Agrą i całą resztą może być podobnie.
Pociąg Delhi – Agra spisal się nieźle, choć było ciasno i zimno, bo sie okna nie domykały. W Agrze zaraz po przyjeździe, poszedłem zarezerwować bilet do Varanasi, ale po 20 minutach stania w kolejce, zrezygnowałem. Udałem się więc do Info Turism, przy okazji dajac się namówić na rikszę (tym razem bez ekscesów). W Info miły pan, sprawdził mi cenę biletu, pokazał gdzie jest bank (musiałem wymienic kase), a nawet zadzwonił do dwóch hotelików, żeby sprawdzić cenę i spytać się czy są wolne miejsca. Wylądowałem co prawda w całkiem innym pensjonacie, ale to był przypadek. Siedząc w kolejce w banku, przeglądałem śpiewnik i tam natrafiłem na Turist Guest Home, gdzie właśnie się znajduję. Po dotarciu, zamówiłem pokój oraz całkiem smaczny obiadek (kashmir birjani – smażony ryż z ważywami i bananem oraz chapati). Później chwilka drzemki.
Nadszedł czas na Taj Mahal. Na miejsce dotarłem piechty, po drodze ignorując setki wołających rikszarzy. Przy bramie głównej podszedł do mnie, jak się później okazało, przewodnik. Pomógł zakupić bilet, no i się przedstawił. Podziękowałem grzecznie, a ten swoje: zapłacisz po zakończeniu, jak ci sie będzie podobać, bla bla, wedle uznania, itp. Odpowiadam, że nie dam mu 370 rupi, za oprowadzenie z wykladem. A ten zaś to samo. W koncu dałem za wygraną, wedle uznania to wedle uznania. No i weszliśmy. Ha i to bez kolejki – ta była dość spora. Taj jest przepiękny. Można by tam spędzić cały dzień po prostu się gapiąc na niego. Tyle tylko, że mój przewodnik troszkę gonił i podziwianie troszkę osłabło. Starał się, nie powiem, pokazał mi kilka rzeczy, na które bym nie wpadł chodząc samemu. Tyle, że gonił. Podziękowałem mu dając, wedle uznania – 100 rupi. Zrobił rozczarowaną minę, twierdząc, że to nawet nie połowa. No to mu powiedziałem, że od początku mówiłem, że całości mu nie dam. Podalismy sobie ręce i się rozstaliśmy (chciałem jeszcze troche sie pogapić na Taj). Przewodnik stwierdził jeszcze, że poczeka na mnie przy wyjściu, bo chce mi jeszcze coś pokazać. Pochodziłem jeszcze po kompeksie, cykłem kilka fotek i jak się już ściemniło wyszedłem. Ku mojemu zaskoczeniu koleś rzeczywiście czekał. To co chciał mi jeszcze pokazać to – sklepik z pamiątkami. Wow, a jakże inaczej. Po drodze się go spytałem ilu turystów ma dziennie? Jednego – czyli dziś akurat mnie. Mają jakiś system i rozdzielają po osobie na dzień. Zrobiło mi się troche głupio, bo w sumie był spoko, starał się i takie tam. Ale cóż, jak nie my ich, to oni nas.
Po wyjściu z murów Taj Mahal, udałem się na dworzec, zrobić w końcu rezerwację, unikając tych sępów na kółkach. Właściwie to już sam nie wiem, czy zarezerwowałem bilet czy nie. Rano muszę się jeszcze stawić i potwierdzić rezerwację. Zobaczymy. Wracając już do pokoiku, zjadłem jeszcze kolację u przydrożnych sprzedawców. Chapati z ziemniaczkami i herbatka. Bardzo smaczne nie powiem. I tanio.
A teraz mnie komary wpieprzają

29.11. – Agra

Drugi dzień w mieście minął równie dobrze. Obudziłem się, a właściwie obudził mnie właściciel, ok 11tej. „Dzieńdobry jest godzina jedenasta, a wypisanie z pokoju jest o dziesiątej. Zosatje pan dzień dłużej czy nie?” Odpowiadam mu, że właściwie to nie wiem, bo muszę potwierdzić rezerwację pociągu. Spojrzał na mój bilet. – Rezerwacja jest na 110%.
No to ok. Czy mogę tu zostawić bagaż.
Po chwili jestem juz w drodze na dworzec (tak na wszelki wypadek) i do Agra Fortu.
Bilet pewny, tak jak mi mówił właściciel. Idę zatem do Fortu. Po drodze jeszcze tylko chapati u znajomego sprzedawcy.
Tuż przed bramą fortu, zobaczyłem idący kondukt pogrzebowy, więc poszedłem za nimi. Po jakimś czasie stwierdziłem, że i tak nie będę mógł zdjęc robić, więc wróciłem.
Agra Fort jest piękny. Zrobił na mnie chyba nawet większe wrażenie, niż sam Taj. Może dlatego, że jest wiekszy, a może dlatego, że Taj jest pokazywany w każdym programie i folderze o Indiach i jest troche oklepany. A może to ja jestem dziwny. W forcie spotykam pierwszą Polkę. Bardzo sympatyczna dziewczyna. Chwilę gadamy, trochę po polsku, a trochę po angielsku, z uwagi na jej męża Rogera (chyba Francuz, ale gadał cały czas po angielsku). I rozstajemy się. Jeszcze trochę szlajam się po forcie, próbując wejść tam gdzie inni nawet nie próbują i kończę powoli z fortem.
Następnie udaję się do Himad-ud-Daulah – mauzoleum jednego wazira (coś jakby premier) z lat 1620tych, zwane także małym Tajem. Bardzo ładny budyneczek, rzeczywiście, ciut (ale bez przesady) nasuwający skojarzenia z Taj Mahal. A przede wszystkim wcale nie odwiedzany prze turystów. Cisza, spokój.
Po powrocie do hoteliku, kolacja w towarzystwie francuza i na peron.
Do Varanasi.

Comments are closed.