Varanasi.

30.11.2005 – Varanasi

Pociąg się spisał. Klasa sleeper (kuszetki bez przedziałów i bez klimy), też wporzo. Jadąc znów zastanawiałem się jakie to Varanasi będzie, miałem obawy.
Po wyjściu z pociągu, udaję się do biura informacji (UP tourism znajduje się na dworcu więc kłopotów nie ma). Tam poznaję pewną parkę. Ona Australijka, on Nowozelandczyk. Czekając na swoją kolej, podpytałem ich o hotel i bezpieczeństwo. W sumie i tak wybrałem inny hotel (znowu przypadkiem). Zarezerwowałem bilet, no to do hotelu. Oczywiście rikszarze już czekają. Zgodnie z radami, mówię, że chce jechać na główny Ghat(schody do Gangesu). No to ok i i stargowałem cenę do 25 rupi i w drogę. Nie wiem do końca jak to wyszło, ale koleś poprosił, żebym mu pokazał mapę. No to mu pokazuję. Miałem tam zapisaną nazwę hoteliku, Vishnu Rest House. Koleś zobaczył i mówi, że za tą samą cenę zawiezie mnie tam. Nic o przepełnieniu, czy spaleniu. Spytałem jeszcze, czy jest to przy Pandey Ghat. No tak – owszem. To w drogę. Po chwili docieramy. Hotelik miły, nie drogi, z knajpką i tarasem na dachu. Więc biorę. Zjadłem jeszcze sniadanie (czyt. lunch): chapati i veg stuf paratha(nadziewane ważywami chapati) i uderzam w miasto.
Wychodzę na ghaty. Najbliższa nazywa się Shivalo i właśnie palą na niej zwłoki. Podchodzi do mnie koleś i zaczyna opowiadać o ceremonii, zapraszając do małej świątynii z której lepiej widać. Rozmowa sobie płynie. Pyta się mnie, gdzie się zatrzymałem. To mu mówię, że w Vishnu. A on mi na to, że to nie jest prawdziwe Vishnu Rest House, a Pandey Ghat jest kilka Ghatów dalej. Cholera znowu dałem się wykiwać, ale może nie będzie źle, bo pokój nie drogi i całkiem niezły. Ide dalej.
Przy głównym ghacie – Desawuatha, podchodzi do mnie koleś i zaczyna mi robić masaż rąk. Mówię, nie dzięki. On mi na to, że masaż głowy karku i całej reszty tylko 10R. No to jak tylko 10 to dawaj, może być nieźle. Wow, było. Ino, że w pewnej chwili, masujący mi mówi, że jeśli ja happy to i on happy. Hola hola, mówię mu, że mowa była o 10 rupiach, a on mi na to, że on robi masaż, a ja się zastanowię. Kończy masaż i się mnie pyta, czy ja happy. Mówię, że ok.
- No to jak happy, to minimum 200 rupi
- Wow – mówie – gadane było 10 rupi
- Nie, 200
- Nie, 10
- Nie, 200
- Było mówione 10, więc jest 10. Bierzesz, czy nie!
- Nie
- Ok.- I ide. Nie to nie. Nie kazałem mu. Tym razem, w przeciwieństwie do przewodnika z Taj Mahal, żal mi nie było.
Główny ghat, swoją drogą jest naprawde ładny.
Idę dalej. Zaraz powinien być ghat, na który odbywa się najwięcej kremacji. Dochodzę, właśnie kogoś palą. Podchodzi do mnie jakiś synek i zaprasza na taras. Mówi, że to nie biznes, że kasy nie chce. To gitara. Prowadź. Z tarasu widać wszystko, cały obrzęd palenia. Po chwili zaprasza mnie do jakiejś babci. To ide.
- Żyj długo…. bla bla, zbieramy na drewno, żeby biedni mogli być spaleni. Kilo drewna kosztuje 150 rupi.
I jak tu się nie wkurwić. Daję 10. Babka się patrzy jak na idiotę. Wstaję i odchodzę. Koleś idzie z mną i mówi, że za opowiadanie i dla rodziny, co łaska. Kurwa. Moja łaska opiewa na 10 rupi.
- A czemu nie 20?
Ech. Odchodzę. Przynajmniej mam kilka fotek i filmik (coś czego nie wolno robić, bo dusza nie pójdzie do nieba). Wracam do hotelu, z myślą czy go w ogóle znajdę. Jeszcze na chwilę siadam na głównym ghacie. Chłonę atmosferę. Podchodzi do mnie jakiś kolejny człowiek. Z początku go nie poznaję, za to on mnie tak. „Are you happy?” Skubańce mają świetną pamięć. I znowu to samo – on 200, ja – 10. Tym razem już wyciąga rękę. Masz ino wydaj resztę. Reszty do końca nie miał. Stanęło na 15 rupiach. A niech ci bedzie. Wracam. Po drodze kto idzie – Melanie i Richard – parka z dworca. Gdzie byłeś, co widziałeś i takie tam. Napomknęli coś o kolacji, więc sie spytałem, czy się mogę do nich dołączyć, bo w sumie, też nic nie jadłem. Poszliśmy do knajpki, do której mieli wcześniej zamiar iść, ale jakoś im wyszło inaczej. Melanie zamówiła jakąś zupę, Richard chole (cieciorka) z jakimś nadmuchiwanym chapati, a ja Thali Extra: ryż, daal (soczewica), rajta (sałatka), chapati i jakieś jeszcze coś z ważywami. Gitara. Siedzimy, jemy, opowiadamy i smiejemy się. Wszyscy się na nas gapią, z kelnerami na czele. Jest super.
Odprowadzają mnie jeszcze do ghata i się żegnamy.
Do hotelu trafiam bez problemu. Włściciel oferuje ranną wycieczkę łodzią po Gangesie, a później po świątyniach. Troszkę z niepewnością, ale zgadzam się. Pytam się jeszcze Sebastiena – francuza który też „przez przypadek” trafił do tego hoteliku, czy też się udaje. Że będzie bezpieczniej.
Mam nadzieję, że nie będziemy tą dwójką turystów, która od czasu do czasu, ginie bez śladu w Varanasi.

1.12. – Varanasi

… Pobudka, godzina 5.20. Łupanie do drzwi. Otwieram oczy (choć właściwie nie wiem, jak mi się to udało, bo do 2-3 zrzerały mnie komary). Otwierają się uszy. Wszędzie słyszę nawoływania muezinów, dźwięki trąbek, talerzy, bębnów i Bóg (a raczej cała plejada bogów) wie czego jeszcze. Wstaję i ubieram się szybko, oszołomiony tym co słyszę zza okien. Schodze na dół, gdzie Sebastien już czekał. Po chiwli wychodzi szef, wita się z wszystkimi i woła kogoś. Przeyszedł kolega i zabiera nas. Wychodzimy, wszędzie ciemno, dźwięki powoli ustają. Przeciskamy się wąskimi, mrocznymi zaułkami, aż dochodzimy do ghatu. Tam odbiera nas następny kolega, ktoy okazał się być szefem łódki. Wchodzimy i w drogę. Ze strony Gangesu ghaty wyglądają niesamowicie. Schodzą się ludzie, a niektórzy już tu są i albo wyśpiewują modły, albo medytują w ciszy. W wodzie niektórzy zażywają już porannej kąpieli. Lub robią pranie. Powoli dopływamy do ghatu, gdzie się odbywają kremacje. Robię kilka zdjęć (choć oczywiście nie wolno, Sebastien też pstrykal, więc chyba tak właściwie, to my europejczycy w ogóle, mamy inne religie w dupie). Zaczynamy wracać. W drodze powrotnej widzimy już kompletnie inny obraz. Ghaty już się zapełniły wienymi. Słychać wszechobecną muzykę, śpiewy i nawoływania. Woda też już pełna ludzi, tych rytułalnie się obmywających i tych co się im przyglądają z łódek. Doływamy do mety. Łódkarz oczywiście wyciąga łapę po napiwek. Mówimy, jaka kasa, wszystko zostało ustalone i zapłacone w hotelu i żadnej kasy. Znowu słyszę: „sir you happy, me happy”. Mówimy zgodnie, nie. Aten nam wyjeżdża z: „you no good people”. No to pojechał nam po ambicji i troche chyba po sumieniu. Masz po dysze. Wracamy do hotelu.
Śniadanko i wyruszamy do świątyń. Zabiera nas gościu, który wygląda na szefa tego biznesu. Oglądamy trzy świątynie Munumar Manoli (boga małp), Tulsi Manas i Durga. Wyglądają imponująco. Następny na trasie był przejazd do dzielnicy muzułmańskiej, gdzie wyrabiają jedwabne sari, chusty i inne tego typu rzeczy. Są naprawde ekstra i mam ochotę nawet klika wziąć, ale się powstrzymuję. Budżet mógłby nie wytrzymać. Zabrałem wizytówkę, żeby być przygotowanym na raz następny.
Powrót do hotelu. Wycieczkę zaliczam do bardzo udanych.
Następnie udajemy się do złotej świątyni. Jest ukryta w centrum, a innowiercą na teren świątynny wchodzić nie wolno. Dochodzimy. Stary sprzedawca sari mówi nam, że jak nie beziemy mieli żadnego urządzenia elektrycznego, to możemy wejść. Wchodzimy pojedynczo. Świątynia okazuje się graniczyć z wielkim meczetem, którego z ulicy nie widać. Granicą jest płot z drutu kolczastego, a dookoła jest pełno straży. Po ostatnim morderstwie jakiegoś polityka, dwa dni temu, straży jest wszędzie pełno.
Po wyjściu Seba chce kupić trochę haszyszu. Spotyka jakiegoś dealera i idziemy do niego do mieszkania. Francuz ubił targ – 10g za 400rupi. Kolejnie udajemy się na mała przekąskę i na tajemnicze „special lassi” w barze „Lolita”. Krążymy trochę po uliczkach pełnych sprzedawców sari, owoców, warzyw i różnego rodzaju pamiątek. W końcu znajdujemy „lolitę”. Witają nas dzieciaki. Zamawiamy lassi, którego nieoficjalną nazwą jest „bang lassi”. Dołącza do nas właściciel Lukie, brat Lolity. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, popijając lassi. Idziemy na ghaty. Po dojściu do głównego ghatu frencziego dopadają masażyści, ci sami co mnie wczoraj. I chyba nawet mnie poznali, bo żaden nie podszedł. Dookoła nas trwają codzienne rytuały i ceremonie. „Special Lolita Lassi” zaczęło działać. Czas stanął w miejscu. Jedynie kable zwisające przypominają o czasach współczesnych. Oraz z wolna przechodzący turyści. Otaczają nas dźwięki, pieśni, modły, piszczałki, bębenki, dzwonki. Od czasu do czasu jakaś krowa zajrzy na ceremonię. Niesamowite przeżycie.
Po jakimś czasie, nawet nie wiem ile go minęło, udaliśmy się do hotelu. Zabieram plecak i udaję się na dworzec. Sebastien stwierdził, że przejedzie się ze mną, bo i tak musi zarezerwować bilet. Na miejsce docieramy zwariowaną rikszą. Czułem się jak na czymś co, możnaby określić mianem Street Riksza Rafting. Frenczi zarezerwował bilet i udaliśmy się na kolację. Thali w typowej hinduskiej knajpie. Pełno miejscowych i żadnego turysty. Thali wyśmienite. Miejscowi próbowali prezentować dania, z dumą podkreślając o indyjskości potraw. Sprawiali wrażenie bardzo zadowolonych.
Po kolacji roztaliśmy się. Seba wrócił do hotelu, ja udałem się na peron.

Comments are closed.