Lucknow.

2.12.2005 – Lucknow.

Pociąg już na mnie czekał. Wskoczyłem i w drogę. Na miejscu znowu zostałem obudzony, tym razem przez sprzedawców gazet (ostatnio, w Varanasi obudziły mnie dzieciaki).
Sanjai już chyba na mnie czekał. Od razu wsiedliśmy na jego motor i do domu. Po drodze zatrzymaliśmy się w jego ulubionym miejscu, gdzie przychodzi zakurzyć. Zaczynam poznawać jego kumpli. Świetna ekipa.
W domu rodzina już czeka, wszyscy witają z uśmiechem. Poznaję po kolei siostry Sanjaia: Kamlesz, Rainu, Ranjanę i Vandanę oraz braci Rahula i Raja, a także ich rodziców, mężów, żony i dzieci, kuzynostwo i innych zanjomych rodzinki. Wszyscy wykazują ogormną radość i zainteresowanie moją osobą. Aż się nieswojo czuję. Popołudnie spędzam na zakupach, na rozległym targowisku. Sanjai sobie ubzdurał, że mi kupi ciuchy, na jego ślub i nie miałem wyjścia. Z początku nalegał na tradycyjny hinduski strój i nawet już go kupiliśmy, ale zrezygnowałem z niego. Źle bym się w nim czuł. Stanęło na koszuli, galotach i butach. I tak się głupio czuję, że mi to kupił, ale On już taki jest.
Po powrocie kolacja i spanko, tym razem bez komarów, bo Sanjai włączył jakiegoś komarobija.

3.12. – Lucknow

Dzień zaczynam od wycieczki z Direszem (kumplem Sanjego), który ma mnie obwieźć po okolicy i pokazać prawdziwe Lucknow. Diresz sobie też przypomniał, że musi rozwieść zaproszenia dla rodziny i znajomych. I tak minął prwie cały czas. Poznałem przy okazji, prawie całą jego rodzinę (oczywiście zapominając wszystkich imon).
Po południu ma się odbyć ceremonia błogosławieństwa (czy coś), na której Sanjai ma być cały wysmarowany kurkumą. Ceremonia opóźniła się o dobrą godzinę, a w międzyczasie jestem rozpieszczany przez rodzinkę. Poza tym zaczął mnie boleć brzuch i muszę coś z tym zrobić koniecznie bo ślub już jutro.
Sama ceremonia wyglądała tak, że rodzice się modlili z hinduksiędzem, a w innych pomieszczeniach trwają tańce i ogólne zabawy. Po zakończeniu rytułału, kiedy rzeczywiście doszczętnie wysmarowany, a póżniej umyty w zimnej wodzie, Sanjai pozbierał się do kupy, udaliśmy się na pięterko na małe conieco. Ja zamawiam pieprzówkę na żołądek.
I spać

4.12. – Lucknow – Kanpur – Dzień ślubu

Polskie lekarstwo z indyjską wódką działa. Czuję się lepiej. Jeszcze może nie do końca super, ale zdecydowanie lepiej. Za to, z nosa mi cieknie. Wszyscy się o mnie martwią.
Powoli sprawy związane z ceremonią zostają zapinane na ostatni guzik (bardzo powoli). W sumie schodzę jako pierwszy, wyszykowany i gotowy do drogi. W końcu, po ponad godzinnym opóźnienu, ruszamy do Kanpur.
Droga minęła sprawnie. Po krótkim postoju, w domu przeznaczonym na odpoczynek, ruszamy do miejsca przeznaczenia.
Droę przebywamy piechty, w oświetlonym dookoła korowodzie. W środku impreza na całego. Wszyscy tańczą, klaszczą, a ci co bogatsi rozrzucają pieniądze. Długo nie dałem się prosić i wciągnęły mnie tańce. A co, jak się bawić, to się bawić. Moje wykonanie tańcy wzbudziło (trochę dziwny dla mnie) zachwyt i prwie każdy chciał ze mną tańczyć.
W ogóle, moja osoba wzbudziła powszechne zainetresowanie. Mnóstwo ludzi podchodziło pogadać, zapytać choćby skąd pochodzę (kąpletnie nie wiedząc gdzie leży Polska i lokując ją gdzieś w Wielkiej Brytanii).
Sama ceremonia, rozpoczeła się od modlitw pary młodej, przed domem weselnym. Pózniej, po jakimś czasie, została wprowadzona Pani młoda. Rachna w swoim sari wyglądała ślicznie
Młodzi zostali usadowieni w fotelach, w centralnym punkcie sali. Następnie, podniesieni wysoko przez znajomych, zarzucili na siebie kwiatowe wieńce. Potem nastąpiła sesja zdjęciowa, a w innej części sali trwały tańce. Po zdjęciach para młoda mogła się w końcu posycić (ja też). W międzyczasie orkiestra się zmyła i jak się później okazało był to koniec tańców. Po kolacji, była przerwa przed główną ceremonią.
Rytułał zaślubin zaczął sie na dobre. Ksiądz, razem ze starszyzną, rozpoczął modły, w otoczeniu rodzin pary młodej. Po długim (bardzo długim) rytuale, na którym każdy przysypiał, z Sanjim na czele, młody wstał i złożyl przysięgę małżeńską, obchodząc słup modlitewny siedem razy.
Następnie, para udała się na krótki odpoczynek, po którym nastąpiła jeszcze jedna, krótka ceremonia. Sanjai z Rachną, pojechali gdzieś do świątyni, a po powrocie Rachna została opłakiwana przez swoją rodzinę.
Na zakończenie, para młoda wsiadła do nowego samochodu Sanjego (suzuki maruti – prezent od rodziców Rachny) i odjechała do Lucknow. Rachna musiała ze sobą zabrać cały swój dobytek, ponieważ po ślubie pani młoda już nie wraca do swojego domu, tylko przenosi się do domu swojego męża.
I to w sumie był już poranek następnego dnia.

Comments are closed.