Lucknow – cd.

5.12.2005 – Lucknow

Powrót do Lucknow był długi i męczący, dale dotarliśmy. Nos mam czerwony, jak ten od renifera-Rudolfa i non stop się z niego leje. Raju daje mi jakąś miksture na katar (mieszanka miodu, pieprzu, imbiru i ghi) i ide spać.
Budze się, jest godzina siódma, w domu nic szczególnego się nie dzieje. W końcu mam okazję poznać Rachnę. Zamieniamy kilka słów, trochę się śmiejemy, w towarzystwie sióstr. Wpadam na pomysł, żeby zrobić grzane piwo. Jest piwo, są goździki – do roboty. Grzaniec okazał się wielką atrakcją. Musiałem nawet dorobić, bo zainteresowanie było ogromne. Polskiego lekarstwa (tak było przedstawiane), spróbowali prawie wszyscy w domu, z siostrami na czele. Nawet rodzice skosztowali. Smakować za bardzo im nie smakowało, ale dali się przekonać, że to lekarstwo. Było przy tym kupę zabawy. Kilka osób pytało się mnie nawet o przepis, a ja go podając musiałem jakoś ukryć, że składnikiem jest piwo – nie piją alkoholu.

6.12. – Lucknow

Kolejny dzień zaślubin, uroczystość powitania pani młodej.
Z rana nic się nie dzieje. Wszyscy odsypiają dzień wcześniejszy.
Po południu Raju zabiera mnie na salę, gdzie odbywać się będzie uroczystość, budynek szkolny, w którym zajęte będą dwie duże sale. Później wracamy do domu. I tak kilka razy. Trzeba wszystkiego dopilnować.
Na imprezę zaczynamy się zbierać około godziny osiemnastej. Na miejscu, na środku podwyższonej sceny, usadowiona jest para młoda i przyjmują prezenty od wszystkich gości oraz pozują do zdjęć. Kilka razy zrobili sobię przerwę, żeby potańczyć. I w sumie to wszystko. Około północy cała rodzina, z kilkoma przyjaciółmi Snajego i ze mną, poszliśmy na kolację. Po niej jeszcze trochę potańczyliśmy i około pierwszej pojechliśmy do domu.

7.12. – Lucknow

Znów późna pobudka, znowu wszyscy odsypiają. Cały dzień leniwy. Kilka partii szachów z Rajem, rozmowy z głową rodziny i Sanją (kuzynką Sanjego) i tak do wieczora.
Weieczora, w którym zostałem zaproszony przez Rahula i Raja na „NonVeg”. Mała knajpka gdzieś z dala od domu. Specjalnością są kurczaki na klika sposobów. Mmm, tego mi było trzeba. Najpierw „cream chicken”, następnie „tomato chicken”, a na koniec „rosted chicken”. A to wszystko z roti (bardzo cieńkie chapati), cebulką i pysznymi sosami. Pyyycha.
Ze szczęśliwym podniebieniem wracam do domu.
Na koniec dnia, późnym wieczorem, cała rodzinka (bez rodziców) zbiera się w jednym pokoju, żeby sobie pośpiewać. Zabawa trwała do pierwszej, z minutami.

8.12. – Lucknow

Żołądek mi całkiem wysiadł, cały dzień odczuwam bóle, nieraz odwiedzając toaletę. Prawie nic nie jem.
W połowie dnia jedziemy do centrum handlowego, gdzie Sanjai kupuje kilka rzeczy, Rachna jakieś ciuszki, itp. Następnie udajemy się na kawe z ciastkiem. Ja biorę herbatkę z cytryną. W knajpie poznajemy holenderską rodzinkę. Żona postanowiła się pouczyć hindi, więc przyjechali sobie tu na kilka miesięcy. Ot tak.
Po powrocie do domu, do biegunki dochodzą wymioty. Po którejś wizycie w kiblu, daję się namówić na wizytę u lekarza. Przepisał mi kilka pigułek i powinno być lepiej.
Wracam do domu i idę prosto spać. Zażywam piguły. Zamieniam też w końcu kilka zdań z Sanjim. W końcu, bo w sumie przez te wszystkie dni, nie wiele czasu mieliśmy, żeby pogadać. No, ale to zrozumiałe, w końcu synek się żenił i miał kilka ważniejszych spraw na głowie, niż zabawianie mnie.
Chyba piguły pomogą, zobaczymy.

9.12. – Lucknow

Pomogły, bo czuję się lepiej, chociaż w ogóle nie mam apetytu. Na śniadanie herbatniki, lanczu tylko troszeczkę mi się udało zjeść.
W domu kszątanina. Młodzi Pandeyowie już spakowani. Jeszcze tylko kilka rzeczy.
Udaję się z Sanjim na dworzec zarezerwować bilet. Rezerwacja na jutro. Cnyba nawet lepiej bo wydobrzeje. Z brzuchem ciągle coś nie tak. A właściwe bardzo nie tak. Znowu muszę iść do lekarza. Tym razem wizyta odbywa się na telefon, bo go już w biurze nie bylo. Przepisał kolejne prochy – zobaczymy.
Po powrocie zarzywam piguły i kładę sie spać, w niemałych bólach.
Wcześniej jeszcze pożegnałem się z Sanjim i Rachną, mieli samolot o 19tej oraz z Kamlesh – pojechała do domu szwagra i będzie tam kilka dni.

10.12. – Lucknow

Nadszedł dzień mojego wyjazdu z Lucknow. Jak się czuję? Chyba lepiej, bo nawet jeść mogę. Nie forsuję się z tym, ale coś wchodzi. Szczególnie „chowmin” (makaron smażony z warzywami)
Cały dzień się w sumie nudzę. Nie ma za wiele co robić. Kilka partyjek szachów z małymi Pandeyami, spacerek na dworzec, po potwierdzenie rezerwacji, które w sumie otrzymuję połowicznie, bo muszę jeszcze raz potwierdzić koło 10tej.
Do wieczora nic się nie dzieje.Tuż przed moim wyjazdem Raju odwozi Reinu z dzieciakami do jej domu.
Później moja kolej. Gorące pożegnanie z zaprosinami na kolejne odwiedziny, prezencik w postaci pieniędzy (Raju mówi, że u nich to taka tradycja i odmówić nie mogę). Ostatni uścisk dłoni głowy rodziny. I na dworzec. Bracik Sanjego dopilnował wszystkiego, łącznie z tym, że mnie posadził na moim miejscu w pociągu. Kilka ostatnich słów, podziękowania i pożegnanie.
W drogę

Comments are closed.