20 – 25.01.10 – Torres del Paine.

Przez ostatnie kilka dni chodzilem po parku. Nie jakims tam miejskim ale noszacym miano najlepszego parku w calej Ameryce Poludniowej – Torres del Paine w Chile.
Piec dni po gorach i dolinach, sto kilometrow pieknych szlakow. Mozna nawet wiecej, gdyz ja zrobilem tylko pieciodniowy szlak, popularne W, a mozna jeszcze kilka dni spokojnie sobie ogladac te cudne widoki. Mnie jak juz pisalem czas goni wiec stanelo na W.
Szczegolow co widzialem, kiedy w ile ktory odcinek przeszedlem, opisywac nie bede. Beda zdjecia, wkrotce. Napisze tylko, ze pogoda sie udala. Udalo sie zobaczyc wszystkie trzy wierze Torres naraz w sloncu (co zadko sie zdarza). Deszczu za bardzo nie bylo, ale za to wiatr szalal – do stu km na h. W nocy tylko sie budzilem i sprawdzalem czy namiot jeszcze ziemi sie trzyma, ale spisal sie swietnie. Choc z kepingu zwialo 10 namiotow. Nowe znaczenia slowa porywisty wiatr.
Drugiego dnia spotkalem dwoje Polakow i juz do konca razem przemierzalismy szlaki. Bardzo sympatyczni ludzie – kuzyni ona z Nowego Yorku, on z Tasmanii. Spotykaja sie zeby razem podrozowac.

Naprawde milo spedzony czas w cudownej scenerii.

18 – 20.01.10 – Autostop.

Mam ten problem z autostopem.
Raz ze nie bardzo lubie sie prosic o przyslugi, a o to przeciez chodzi, a dwa ze czasem sie po prostu odechciewa. Jak sie widzi jak niektorzy kombinuja zeby cie ino nie zabrac i klamia w zywe oczy, lub zgadzaja sie a potem se odjezdzaja beze mnie, jak mi sie przytrafilo w Comodoro Rividavii, gdzie czekalem dwie godziny bo koles obiecal a pozniej trzasnal drzwiami i odjechal. Lub jak w Rio Gallegos gdzie sie koles zgodzil ale pozniej cos sciemnial o doktorze na granicy i pojechal (jaka mial mine jak go spotkalem na tejze granicy). Albo stoi sie z paluchem godzinami w deszczu, a wszyscy pokazuja ze jada tylko tu, lub za chwile skrecaja. Ostatnio tez zauwazam znak, ze mam se zaplacic (pocieranie palcami o kciuk) – po prostu nie milo.
I tak tez stalem wyjezdzajac z Ushuaii, wiater szalal i deszcz padal i nic. W koncu po chyba dwoch godzinach ktos sie zatrzymal i zabral mnie do Rio Grande, 200 km blizej celu. Tam jednak musialem spedzic noc. Zadziczylem rozbijajac namiocik tuz pod znakiem zakaz biwakowania.

Nastepnego dnia bylo z poczatku nawet gorzej. Wstalem o 7ej zeby juz z samego rana lapac okazje a tu nic – wszystko pozamykane, wlacznie ze stacja benzynowa i nic nie jezdzi. Poszedlem na koniec miasta na wylotowke i stoje. Moze z 5 stopni ciepla, zimny wrecz arktyczny wiatr i deszcz. I tak stoje z tym kciukiem i marzne. W koncu zrezygnowany zaczalem wracac zeby wsiasc do autobusu, a tu mi sie koles zatrzymuje. Podwiozl mnie do punktu policyjnego za miastem (nie wiem czemu ale za i przed kazdym miastem w Argentynie sa posterunki policji – kontrola dokumentow i spisywanie danych wlacznie z skad i dokad sie jedzie; nie pytajcie po jaka cholere oni to robia), gdzie sie ciezarowki beda zatrzymywac. No jakos dzis sie nie chcialy zatrzymywac. I kolejne dwie godziny stania. Jak juz mi kciuk odmarzal, to byl dla mnie znak do kapitulacji. I znow w tym momencie sie zatrzymuje auto – tym razem do granicy, gdzie moglem z kierowcami oko w oko, tam ja mam przewage. Z granicy juz latwo. Pierwsza zapytana osoba zabrala mnie do samego Rio Gallegos. No ale wlasnie trzeba twarza w twarz. Babka tez juz kabinowac chciala ale zrzucila decyzje na meza, a ten tylko powiedzial ze jak sie zmieszcze to moge jechac. Co ja sie nie zmieszcze.
I tu przychodzi najlepsze co w autostopie – ta satysfakcja ze sie jedzie i poznani ludzie. Bo gdyby nie stop to nie poznalbym Julietty i Martina i nie zobaczylbym za wiele z Ziemi ognistej. Wiara w ludzi rosnie i to jest piekne.
Na stopa potrzeba tez czasu, a mnie, niestety zaczyna juz gonic – a tyle jeszcze miejsc przede mna.

Dotarlem do Chile, do Puerto Natales.
Ide do parku Torres del Paine – wracam za kilka dni.

5 – 18.01.10 – Patagonia.


I’ve just reached a place
Where the willow don’t bend.
There’s not much more to be said
It’s the top of the end.

Dokladnie tak – jestem na samym poludniu. Dalej sie bez bardzo grubej kasy nie da (dla zainteresowanych: ok 4tys dolarow za 10cio dniowy rejs na Antarktyde). Jestem w Ushuaia na Ziemi Ognistej, samiutkim koniuszku Argentyny, 14160 km w linii prostej od domu.
Jak do tego doszlo:
Plan byl taki – wsiadam w pociag wieczorem, wysiadam w Bahia Blanca i jade na samo poludnie – stopem. Ale dowiedzialem sie ze tak wlasciwie to mozna pociagiem dojechac do Bariloche, trzeba sie tylko przesiasc w miejscowosci niedaleko Bahia Blanca. Wiec czemu nie. Zmiana planu.
Rano dowiaduje sie ze ta miejscowosc niedaleko to ponad trzy godziny jazdy autobusem. No nic, jade dalej. Zajezdzam do miasteczka Viedma i od razu zmierzam na dworzec. Dworzec to duze slowo – opuszczony budynek poza miastem. Widok rodem z westernow. Pociag do Bariloche owszem jest, ale za 2 dni i w ogole jezdzi tylko raz w tygodniu. Jakos nie chce mi sie czekac.
A wiec powrot do planu pierwotnego. Zeby nie tracic nocki w Viedmie, wsiadam do autobusu do Trelew. Rankiem na miejscu, na dworcu autobusowym Trelew, udalem sie do informacji turystycznej z otwartym zapytaniem: gdzie tu mozna stopa lapac i jak tam dojechac. Pani ze zrozumieniem wyciagnela mapke i wskazala mi stacje na wylocie z miasta oraz poinformowala jakim autobusem tam dojechac.
Na jazde dlugo czekac nie musialem. Po kilku rozmowach z kierowcami, siedzialem w ciezarowce do Comodoro Rividavia – 400 km na poludnie. Za oknami niewiele – jeden wielki step. Ale bardzo klimatycznie.
W Comodoro szczescie mnie opuscilo. Utknalem na stacji. Jakos nikt nie chcial jechac tam gdzie ja. Przez chwile myslalem, ze cos sie ruszy ale koles, ktory obiecal jazde sie rozmyslil i bez zdania odjechal. Obejrzalem cudowny zachod slonca i rozbilem namiocik za stacja, zeby z rana zaczac od nowa.
Nastepnego dnia znow nic. Zmienilem stacje i tez echo. Tylko wietrzysko sypie piachem po oczach. Zeby nie tracic czasu wsiadlem w autobus nocny do Rio Gallegos.

Na miejscu sie dowiedzialem ze nastepny wolny bilet do Ushuaia, gdzie zmierzam, jest dopiero nastepnego dnia i drogawo troszke. Wiec znow na stacje.
Troche zajelo lapanie przewozu, ale udalo sie. I to do samego Ushuaia – prawie 600 km. Krajobrazy z poczatku takie same czyli step. Po przekroczeniu ciesniny Magellana (brzmi magicznie co nie), troszke sie zmienilo. Widoczki zaczely mi przypominac troszke szkocka wyspe Skye, tylko skala nie ta i wiaterek dmucha podobny. A czym dalej na poludnie tym czesciej pojawialy sie pagorki, a w koncu gory. Cudo.
A tak w ogole to fajnie sie jezdzi tirami, miejsca sporo, kierowcy fajni a najlepsze, ze na granicy (bo na chwile wjechalem do Chile) nie trzeba stac w dlugiej kolejce z cala rzesza turystow, po stepelek. Kierowca tylko powiedzial, ja jestem z nim, skinal na mnie i w droge. A jak jednemu celnikowi cos sie nie spodobalo ze nie stoje jak inni, to mu nazdal, ze on nie turysta on w pracy a ja z nim i koniec.

Szczescia ciag dalszy. Kolega mojego kierowcy, jadacy za nami, przewozil parke argentynskich autostopowiczow – Juliette i Martina i po krotkiej rozmowie zaproponowali mi nocleg u swojego wojka w Ushuaia. Cos pieknego, tymbardziej, ze dojezdzamy na miejsce po pierwszej w nocy.

I tak oto host mnie znalazl a nie ja hosta. Rodzinka aktywisow – mlodzi to anarchisci (na wiece chodza ale bez szalenstw), starsi sa czlonkami partii "Humanista". Szkoda ze nie znam na tyle hiszpanskiego zeby podyskutowac, bo byloby ciekawie.
Spedzilem w domku kilka bardzo udanych dni. Zasiedzialem sie szczerze mowiac.
Samo Ushuaia jest nieciekawym miastem – glowna ulica to takie krupowki, pelno turystow. Reszta miasta sie ciagle rozbudowuje i to w sposob raczej dziki. Powstaje pelno chaotycznych domkow pokrytych blacha falista lub innymi materialami z odzysku.
Ale za to poza miastem jest na co patrzec. Piekne gory i wspaniale widoki.
Jednego dnia wybralismy sie poza miasto do parku Tierra del Fuego, gdzie udalo mi sie uniknac placenia, jak to niektorzy nazywaja, faszystowskiego systemu cen, czyli miejscowi placa grosze a cala reszta jakies 10 razy wiecej. Ja wjechalem jako Argentynczyk. Sam park jest bardzo ladny a widoki przepiekne. Niestety padalo caly dzien.
Innego z koleji pojechalismy bardziej na wschod, gdzie rzadko ktokolwiek dociera. Bylismy tylko my i wiatr i przepiekne widoki.
Jeszcze innego dnia wybralem sie na spacer bardziej w gory, podejrzec tutejszy lodowiec, ktory wygladal szczerze mowiac jak pozostalosci sniegu po ostatniej zimie.
I wieczorami siedzielismy przy winku. Nawet cos naszego upichcilem – smakowalo. I trafily sie po drodze urodziny Juliety (tej dziolszki u ktorej wujka sie zatrzymalem) – znow argentynska fiesta.
I kiedy juz mialem wyjezdzac, zaproponowali mi zebym sie z nimi na wycieczke nad jezioro wybral, gdzie nocowac mamy – kolejne dwa dni. A po przyjezdzie byly urodziny znajomego ciotki i znow bylem zaproszony.
A pozniej byla niedziela i na dzien dobry mi powiedzieli, ze moge zapomniec dzis o stopie – ciezarowcy wypoczywaja, a wczasowicze wola inne dni na podroz.
I tak spedzilem na Ziemi Ognistej tydznien czasu. Szkoda tylko, ze pogoda byla troszke kiepska. Ponoc zimniejsze lato niz zwykle – czemu mnie to nie dziwi.
Jutro juz na pewno wyjezdzam.

Jest teraz tez chwila na krotkie podsumowanie pewnego etapu, gdyz przejechalem cala Ameryke z samej polnocy na samiutkie poludnie – okolo 13400km (wg google).
Dalej jade na polnoc z tym, ze juz teraz wiem, ze do Kolumbii najprawdopodobniej nie dotre. Skonczy sie na Boliwii. I to tez w sumie niewiadomo.
Koncza mi sie juz pieniazki. Jest tez inny powod dla ktorego wczesniej wracam, ale to sprawa osobista i nie chce mi sie jej tu poruszac.

31.12.09 – 5.01.10 – Nowy Rok w Buenos Aires.

Musze sie przyznac do kilku rzeczy.
Po pierwsze nie wiem jak opisac to co sie dzialo przez te kilka dni. Byl sylwester i hostelowa impreza z tej okazji. Mialem jechac do centrum i zobaczyc jak sie Portenios (tak sie nazywa mieszkancow Buenos), ale nikt nie byl mi w stanie powiedziec czy cokolwiek bedzie sie dzialo. A poza tym bylbym sam i wracalbym kawal drogi albo piechty albo taksowka. Wiec stwierdzilem ze dolacze sie do imprezy w hostelu.
I dobrze wybralem bo impreza byla udana. Wpierw grilowalismy na dachu do drugiej. A pozniej pojechalismy do jednego z wielu klubow. Noc skonczyla sie okolo 6tej.
Nastepnego dnia wszyscy dogorywali. Dopiero pod wieczor wyszedlem sie przejsc.
Kolejny dzien. Znow spacer, zadne tam zwiedzanie. Kilka parkow w tym calkiem sympatyczny – japonski. Wieczorem zrobilismy sobie kolacje w hostelu, do ktorej dolaczylo sie polowe "mieszkancow". Ja oczywiscie zapodawalem kuchnie wloska. Kolacja skonczyla sie kolo pierwszej po czym udalismy sie do kolejnego klubu (chyba najlepszego w jakim kiedykolwiek bylem). W lozku bylem okolo 8ej rano.

W niedziele wybralem sie z Avim, jednym z chlopakow z hostelu na niedzielny targ, do centrum. Schodzilismy caly dzien ogladajac pierdoly i jednoczesnie wczuwajac sie w atmosfere tego miejsca. Wieczorem znow tance. Ale inne tym razem. Avi szedl na lekcje tanga wiec zabralem sie z nim. Kilka krokow powiedzmy ze poznalem.
Nastepnego dnia znow pochodzilismy troche po centrum, jak i po portowej dzielnicy. Wieczorkiem pizza i wczesne lozko.
We wtorek przyszlo mi opuscic to piekne i klimatyczne miasto. Przyznam sie ze samego miasta za wiele nie widzialem. Na meczu tez zadnym nie bylem bo maja przerwe letnia. Oj chyba bedzie trzeba tu wrocic.
Po drugie, zaczynam miec problem z piciem, w tym kraju. Nie nie chodzi tu o ilosc a o wybor. No bo co tu wybrac kiedy kawa zdaje sie byc smaczniejsza niz w Brazylii, piwo jest calkiem niezle i tanie w dodatku, wino jest jeszcze smaczniejsze i rownie tanie, a do tego jest jeszcze mate, ktora mi posmakowala, no i soki (choc te nie tak dobre jak brazylijskie). No co wybrac.
Po trzecie – problem z jedzeniem. Jak wyzej, problem z wyborem. Wyborem pomiedzy stekami i innym czesciami zgrillowanej wolowiny, hamburgerami, kielbasami i innymi kanapkami, jak i pastami i pizzami, gdyz kuchnia wloska ma sie tu jak u siebie w domu (choc pizzy na plaskim spodzie uswiadczyc ciezko). A sa jeszcze empanady, ktore sa tu przepyszne.
Wspanialy poczatek roku we wspanialym miescie.

23 – 31.12.2009 – Mate, spokoj, relaks – Urugwaj.

Urugwaj rowniez zamknie sie w jednym wpisie, choc spedzilem tu znacznie wiecej czasu niz w Paragwaju. A wlasnie, tak a propo.
5 tysiecy guarani w kieszeni, stoje na przystanku do granicy z Argentyna. Podjezdza autobus. Za ile, sie pytam. 5 tysiecy. A wiec udalo sie. Do Argentyny wjechalem bez pieczatki wyjazdowej z Paragwaju. Autobus sie nie zatrzymal, choc prosilem, a mnie sie nie chcialo wracac. Pozniej juz sprawnie do granicy z Urugwajem.

Urugwaj znany jest jako kraj usmiechnietych ludzi ceniacych sobie spokoj i relaks, a takze jako kraj mate plynacy (taki napar z ziol Yerba). A co za tym idzie nierzadko spotkac ludzi siedzacych na lawkach, lub spacerujacych, saczac mate godzinami. Juz mi sie podoba.
Po przejsciu granicy spedzilem kilka godzin w miasteczku granicznym Paysandu. Nic specjalnego ot miasteczko. Wieczorem autobus do stolicy.

Na dziendobry Montevideo przywitalo mnie przepieknym wschodem slonca. Pozniej pogoda sie spsula ale co tam. Przeczekalem chwile w hostelu nastepnie udalem sie na spacer po stolicy. Po poludniu miasto zrobilo sie puste, a wszystko dookola bylo zamykane. Wlacznie z pralnia, do ktorej oddalem swoje brudy, a ktora miala byc otwarta. Tak wiec zostalem na Swieta bez ciuchow. No nie wszystkich oczywiscie.
Z posilkiem poludniowym rowniez sie zrobil maly problem bo restauratorzy tez poszli swietowac. Ale tylko maly. Wieczorem hostel zorganizowal wieczerze wigilijna, a ja sie z przyjemnoscia przylaczylem, co by samemu do konca nie spedzac tego dnia.
Wieczerza byla tradycyjna urugwajska, wiec jestem usprawiedliwiony. A to dlatego ze na stole wyladowalo miesko wszelakie – kielbaski z grilla, rolada z kurczaka (pycha trzeba bedzie kiedys zrobic), i wieprzowinka. Procz tego sporo salatek. I duzo wina. Milo bylo.
A co robilem w Swieta? To co sie robi w Swieta czyli nic. I tez jak to w Swieta, odwiedzalem telefonicznie tych ktorych kocham.
Nie tylko ja zreszta nie robilem nic. Cale Montevideo nic nie robilo. Poza tym lalo na zewnatrz. Pod wieczor udalem sie na spacer do starej dzielnicy. Przepiekna architektura bardzo nadaje charakteru temu miastu. A miasto opustoszalo kompletnie – prawdziwe miasto duchow. Bylem praktycznie jedyna osoboa chodzaca po ulicach. Gdzieniegdzie tylko ktos siedzial w bramie czy na lawce i popijal mate.
Dzien kolejny znow deszcze z rana, a popoludniem spacer z aparatem po miescie – nie moge sie napatrzyc na te stare budynki (opisywac nie bede – bedzie galeria). Dzis juz troche ludzi sie pojawilo, ale ciagle pustki na ulicach. Udalo mi sie tez odzyskac ciuszki. A na kolacje kawal miesa z frytkami i piwem, przy pieknym zachodzie slonca.

W niedziele po Swietach udalem sie w miejsce zwane Punktem Diabla (Punta del Diablo) – na plaze (zapomnialem dodac, ze Urugwaj tez z plaz jest znany). Ma byc mala wioska rybacka, cicha i spokojna.
Udalem sie na kamping z mysla ze taniej, a moze tez i blizej plazy. Pomylilem sie w obu przypadkach. Za namiot dla jednej osoby zazyczyli sobie cene z poludnia Europy, tlumaczac sie ze tu sklep, tam restauracja i basen. A co to ma do rzeczy. No ok basen jest fajny. Blisko do plazy tez nie ma bo jakies 5 km trzeba maszerowac.
A wioska to rybacka jest ale chyba tylko poza sezonem. Teraz w jego szczycie to lowia tu ino turystow. Jest ich mase. Na szczescie charakter wioski zostal, a turysci wtapiaja sie w atmosfere miejsca. Jest spokojnie i milo.
Pogoda sie spsula i siapilo caly dzien. Wioska jakby opustoszala, co nadalo jej jeszcze charakteru.
Pojawil sie drobny problem. A mianowicie skonczyly mi sie pieniazki, a jedyny bankomat nie dziala. Bedzie autostop.

Z poczatku nie szlo zle. Po moze 10 minutach pierwsze auto. Powiedzieli, ze jada jakies 60 km. Gitara. Okazalo sie zaledwie okolo 30. Dobre i to pomyslalem. Pozniej jednak utknalem. Ponad dwie godziny stania w samym sloncu. Malo aut jakos jezdzilo, a ci co przejezdzali jakos nie mieli zamiaru sie zatrzymac. Naszczescie okazalo sie, ze wioska przy ktorej stalem posiada czynny bankomat.
Napilem sie, zjadlem hamburgera (burgery w Ameryce Pd rzadza) i wskoczylem do autobusu.

Colonia del Sacramento, male miasteczko nad delta La Platy. Ladne, kolonialne. Fajna relaksujaca atmosfera mimo, wielu turystow.
Spotkalem Saena, poznanego wczesniej w Montevideo. Razem udalismy sie na nabrzeze i z wolna saczylismy mate.
Znow piekny zachod slonca – chyba z tym bedzie mi sie kojarzyl ten kraj (tez).
Sama Colonia naprawde ma swoj klimat, male placyki, kolorowe domki, wyluzowani ludzie. W sumie jak i caly Urugwaj.

Jest w tym kraju jeszcze cos co jest zauwazalne – stare samochody. Klasyki motoryzacji z lat 50tych a czasem nawet i 30tych. I to nie jakies zlomy rozwalajace sie gdzies na poboczu. Na chodzie. Widzialem tez takie klasyki jak szczyt polskiej mysli motoryzacyjnej czyli Fiat 125 oraz Polonez.

24.12.09 – Pogodnych Swiat .

Zdrowych pogodnych i wesolych Swiat Bozego Narodzenia, duzo usmiechu i spokoju, zycze wszystkim. Feliz Navidad sie tutaj mowi.
Wyszlo na to ze ja sam Swieta spedze w Montevideo. Jakos nie czuc, ze sa Swieta – jest goraco, pada deszcz zamiast sniegu i nie ma bliskich w poblizu. Karpia tez nie bedzie – szykuje sie stek. Co kraj to obyczaj.
A sylwester w Buenos Aires.
Jeszcze raz wszystkiego dobrego.

19 – 22.12.09 – Paragwaj.

Do Paragwaju zajechalem w poludnie. Po przekroczeniu granicy (czytaj poprzedni post ), poszwedalem sie troche po Ciudad del Este. Miasto ciekawe chyba tylko dla mrowek. Tani sprzet elektroniczny, reszta – kicz. Wieczorem wyjechalem wiec do Asuncion.

Stolice przywitalem w niedziele wczesnym rankiem, co oznaczalo mniej wiecej jedno – kompletne pustki na ulicach. Jedynymi ludzmi na ulicach zdawali sie byc policjanci stojacy gdzies po rogach ulic.

Po krotkiej drzemce wybralem sie na miasto. I tu mile zaskoczenie. Po raz ktorys juz nie spodziewalem sie wiele, a tu calkiem ladna architektura nadajaca mily klimat centrum miasta. I tak pochodzilem, pokrecilem sie po uliczkach, do wieczora kiedy to nadeszla burza.

Nastepnego dnia udalem sie juz do miejscowosci Encarnacion lezacej przy granicy z Argentyna, a takze niedaleko ruin jezuickich misji. Asuncion na jeden dzien zupelnie wystarczy.

Misje jezuickie w tej czesci globu to byly takie utopijne zamkniete spolecznosci zarzadzane przez jezuitow, ktorzy to w ramach akcji chrystianizacyjnej sprawowaly rowniez wladze swiecka, zakladajac specjalne osiedla dla tubylcow (tzw. redukcje paragwajskie). I jak to z wszystkimi utopiami w historii bywalo – skonczylo sie ruinami i tym razem.

Ten dzien zalicze do takich z cyklu „ciekawe czy sie uda”. Do Encarnacion dojechalem poznym wieczorem, z 72000guarani w kieszeni (lokalna waluta, jeden dolar to jakies 4500). Trzabylo cos znalezc, zeby sie kimnac. Biblia mowi, ze tuz przy dworcu autobusowym jest tani hotelik. Nie taki tani jak sie okazalo (hmm jeszcze nigdy sie nie okazalo zeby cos bylo tansze niz w lonelyplanet napisane) i rudera w dodatku.
Jak mi pokazali pokoj economico to … powiem tylko tyle ze w najwiekszej norze w Indiach czy Kambodzy bylo ladniej i czysciej. Wiec zostalo juz tylko 37tys.

Rankiem ide na dworzec zeby dojechac do ruin w Trinidad. Kupuje bilecik i prosze pana zeby mnie uprzedzil gdzie wysiasc. Powiedzial gdzie wysiasc, ale zaraz potem dowiedzialem sie ze mialem wysiasc jakies 3 km wczesniej (w praktyce okazalo sie okolo 5). Cos mi mowia ze zaraz jakis busik przyjedzie czy cos i mnie moze zabrac.
Nie mam kasy, ide. Po chwili zatrzymalem kolesia, a ten na motorku mnie pod same ruiny podwiozl. Usmiech zadowolenia na twarzy, wiatr we wlosach. Ide do kasy z przekonaniem ze bilet bedzie kosztowal gora dyche. 25 – sie okazalo (oni chyba tez czytaja LP). Zostalo 12 w kieszeni. Ruiny owszem ciekawe, ale jak to ruiny. Szkoda ze nie postarali sie zadnych tablic informacyjnych umiescic.

Ide dalej do kolejnych ruin – miejscowosc Jesus. Oddalona o 12km od Trinidad. Daleko. Wyciagam palucha. Zatrzymal sie pickup. Usmiech zadowolenia na twarzy, wiatr we wlosach.

Te ruiny to wlasciwie tylko pozostalosci dosc pokaznego kosciola. Na szczescie bilet obejmuje obie atrakcje.

Czas wracac. Z nieba ukrop taki ze wytrzymac nie idzie, musze kupic wode bo nie wytrzymam. Do miejsca skad odjezdza bus do Encarnacion jedzie busik za jedyne 5000. Musze odmowic. Znow lapie stopa. Idzie znacznie gorzej a w dodatku idzie burza, i to wyglada na dosc powazna. W koncu udaje sie – zatrzymuja sie starsi panstwo pickupem. Usmiech zadowolenia na twarzy, wiatr we wlosach.

Docieram do Encarnacion. Zostaje ostatni odcinek jazdy – do Argentyny. W kieszeni ostatnie 5 tysiecy…

19.12.09 – Tres frontieras.

Granice w Ameryce Poludniowej to calkiem ciekawe zjawisko. Szczegolnie mozna to zaobserwowac tu na pograniczu Brazylii, Argentyny i Paragwaju.
Niby nic szczegolnego bo jak na kazdym przejsciu granicznym trzeba sie zglosic po pieczatke na wyjazd z kraju, a zaraz pozniej stempelek na wjazd do kraju. Z tym ze tu nikt tego nie pilnuje. Jak chcesz pieczatke to se przypilnuj tego. Mozesz sobie po nia isc, o tam jakies 3 km. Bo straznice imigracyjne sa sporo od siebie oddalone.

W Wenezueli autobus zatrzymal sie przy odprawie wenezuelskiej i sobie pojechal. Po pieczatke brazyliska z kolei czekalem ponad dwie godziny, bo sieste mieli.

Natomiast jadac z Brazylii do Argentyny trzeba sie upomniec kierowcy, zeby raczyl sie zatrzymac. Zatrzymie sie owszem, ale nie zaczeka. Bo po co. Trzeba czekac na drugi bus bo Argentynskiej budki to nawet nie widac. Po jakiejs godzinie ta sama historia. Zatrzymie sie pan kierowca a jakze, ale nie zaczeka. I zas czekanie.

A jeszcze fajniej jest na przejsciu z Argentyny do Paragwaju. Wsiada sie do busika w Argentynie i sie jedzie na granice. Tam o dziwo pan czeka. Pozniej wjezdzamy do Brazylii i przejezdzamy przez cale miasto, bez kontroli, az do granicy z Paragwajem. No a tam to juz trzeba dac znac kierowcy bo pogna dalej i trzeba sie bedzie wracac z 15toma kilogramami na plecach w 35cio stopniowym upale.
Tak wiec mozna granice przekraczac busikami. Ale mozna tez piechty, o czym sie niechcacy przekonalem. Wsiadlem do autobusu miejskiego w Paragwaju i sobie jade. Po jakims czasie skaplem sie skad znam mijana okolice – to granica. Trzabylo krzyknac zeby sie kierowca zatrzymal, ale jakos nie bylem na silach (no bo niby co mu da ze jakis gringo do niego bedzie en ingles). Wiec jade dalej. Po chwili juz bylem w Brazylii, bez zatrzymywania sie, bez kontroli. Wysiadlem w koncu jakis kilometr za granica. I co, no trzeba wrocic. I tak sobie ide. Granica Brazylijska – wszedlem do budynku celnego, przeszedlem spokojnie, bez niepokojenia celnikow, w przeciwnym kierunku do zmierzajacych do Brazylii setki ludzi. Pozniej most kilkaset metrow i emigracja Paragwaju. Nikt nawet na mnie nie spojrzal. No co w sumie to moja sprawa czy jestem w danym kraju legalnie czy nie, nieprawdaz.

Blog roku 2009

Zapisalem sie do konkursu na blog roku . Tak jakos samo to do mnie przyszlo. Doslownie – mailem.
Pomyslalem – czemu nie. Pewnie i tak z tego nic nie bedzie, duzo wieksze, ciekawsze i popularniejsze blogi kraza po sieci – ale dla zabawy, czemu nie.

Konkurs ma sie zaczac jakos w styczniu. O szczegolach powiadomie na tych skromnych lamach.

http://www.blogroku.pl/kwiatekdotcom,gw86a,blog.html

16 – 18.12.2009 – Park narodowy i wodospady Iguazu.

Na granicy Paragwaju, Brazylii i Argentyny natura utworzyla cos niesamowitego. Cos o czym krolowa Anglii powiedziala: „biedna Niagara”. Zespol wodospadow Iguazu.

Park narodowy jest podzielony miedzy Brazylie i Argentyne. Na dzien dobry zatem odwiedzilem brazylijska czesc. Autobusik podwiozl rzesze turystow pod szlak i powoli mozna bylo zaczac wsluchiwac sie w odglosy spadajacej wody. Pod koniec krotkiego szlaku slychac juz bylo tylko huk wodospadow.


Brazyliska strona okazala sie jednak tylko namiastka tego co mozna zobaczyc u poludniowego sasiada.

Nastepnego dnia tam sie wlasnie udalem. Tu szlakow juz jest kilka. Na poczatek udalem sie nad najwiekszy z wodospadow zwany Gardziela Diabla. Niesamowity. Niewyobrazalne ilosci wody gdzies spadaja w dol. I ten huk.

Pozniej odwiedzilem rowniez spektakularne lecz mniejsze wodospady. Wszystko to przy akompaniamencie spiewu dzungli.