Posts Tagged ‘Ameryka Południowa’

You Can’t Always Get What You Want

Kilka slow
… o tym co sie skonczylo

Skonczyl sie kolejny okres w moim zyciu. Latwiej mi liczyc okresy zycia niz lata. Od kilku lat (tych kaledarzowych) okresy zaczynaja sie gdzies na wiosne i trwaja okolo roku. Tak bylo jak przyjechalem ze Szkocji za pierwszym razem. Tak bylo jak pojechalem do Anglii zeby zaraz potem wyjechac do Azji. I pozniej znow Szkocja.

I tak tez bylo w tym roku (okresie). Koniec z Wyspa, Wlochy, Kobieta a pozniej Ameryka. Dzika Wenezuela – lubie takie niezorganizowane klimaty, taka Polska przelomu lat 90tych. Droga Brazylia ze swoimi pysznymi owocami. Dwa krotkie epizody z Paragwajem i Urugwajem. I w koncu Argentyna – kraj w ktorym w sumie moznaby zamieszkac. Piekna stolica na poczatek, pozniej jeden wielki suchar, i w konu widoki nie z tej ziemi na Tierra del Fuego i pograniczu z Chile. Cud.
W Chile kolejne widoki nie z tej ziemi, przepyszne owoce morza, a na koniec troche folkloru w Boliwii.

Ameryka troche mnie rozczarowala jesli chodzi o kuchnie. Spodziewalem sie wiekszej roznorodnosci, a bylo dosc jednolicie. Pomijam oczywiscie wolowine ktora tu jest po prostu przepyszna.

Ciezko mi sie troche mentalnie jezdzilo. Ciezko ze wzgledow osobistych, a takze ze wzgledu na poczucie ze podrozowanie sie konczy i czym blizej konca tym bardziej jakis taki smutek ogarnia. Podrozowanie w sensie bilet w jedna strone, kupe czasu i plecak na plecy.
Wlasnie plecak – kocham i nienawidze zarazem tego wora. Nienawidze bo zawsze za ciezki, zawsze niewygodny, nigdy nie moge tam znalezc czego szukam i zawsze jest spakowany inaczej, nigdy tak samo. Ale kocham bo utozsamia pewna wolnosc. Moja mala szafka ktora pozwala mi byc gdzie chce i ile chce. Kawalek szmaty z szelkam ktory mowi innym ze jestem panem swojego losu i zawsze mozna zaciepnac na pukiel i do widzenia (lub zegnaj).
Zylem przez te okresy. Tak na prawde nie tam jakas egzystencja tylo ZYCIE pelna geba. Spelnianie marzen.

… O tym co bedzie

Teraz bede zyc … inaczej.
Boje sie tego co bedzie, co nadchodzi. Ustatkowac sie czas, rodzina praca – te klimaty. Cholera. Nieznane wody. I boje sie ze gdzies nie dam rady. Boje sie ze zawiode tych na ktorych mi zalezy.
Jestem uzalezniony od podrozowania.
W chwili w ktorej wyladowalem w Caracas uswiadomilem sobie jak bardzo jestem zakochany – w podrozowaniu.

Najbardziej obawiam sie chyba jakiegos zamkniecia. Tej pieprzonej monotonnosci dnia codziennego. Zycia z zegarkiem na reku (na poczatku podrozy po Azji mialem zegarek, pozniej go sciagnalem i nie zalozylem do dnia dzisiejszego – to juz ponad dwa lata i czuje sie z tym faktem swietnie – i co z tego ze sie czasem spozniam;)) i kalendarzem w kieszeni (sic!).
I to nie tak ze ja tego zycia nie chce. Pewnie ze chce. Ale chce tez podrozowac. A tu trzeba bedzie wrzucic plecak na dno szafy, uspic i wyciagac okazyjnie – od urlopu do urlopu (sic!!).

Z drugiej strony, znajduje mase plusow tej przyszlej rzeczywistosci. Bede w koncu mial czas (zywie taka wielka nadzieje) na sprawy ktore nie byly mozliwe jak mnie nie bylo.
W koncu bedzie czas zeby zwiedzic Polske. Zeby spedzic troche czasu z rodzina i przyjaciolmi. Zeby napic sie wodki. Zeby wybrac sie na jagody, poziomki, borowki (i zrobic z nich nalewke;)), a pozniej grzyby (moze w koncu naucze sie je rozrozniac). Uderzyc w kulture ciut wyzszych lotow niz kino (o Gieksie i Minersach nie zapominajac;)). I na projekt o argentynskiej nazwie „motorhome” (wiem nie brzmi argentynsko ale tam sie tak gada). I na motor.

I na kupe innych rzeczy, ktore teraz mi nie przychodza do glowy.
Mam tez dzialke na ktorej bede budowac powoli swoja zen-oaze – miejsce gdzie bede uciekac, zeby pobujac sie w ciszy na hamaku, posaczyc mate i pogapic sie na zamek w oddali.

Wsystko sie okaze. Wiosna nadeszla – nowy okres sie zaczyna. Na pewno bedzie ciekawie.
Czas pokaze.


You can’t always get what you want
But if you try sometimes you just might find …
You get what you need,

Zdjecia w galerii.






20 – 24.02 – Buenos Aires i powrot.

Wracam do domu. Wpierw jednak przyjemna podroz do Boskiego Buenos. Tak wyszlo, ze najciekawsze polaczenie mialem autobusem klasy lux – czyli 3 rzedy siedzen, fotele rozkladane na maksa i posilki i napoje. Czemu nasza bogata Europa jakos takiego serwisu nie ma.

W Buenos Aires lalo. Ponoc leje codziennie od miesiaca – kolejny znak, ze jakos pogoda powariowala tego roku.

Mimo deszczu pokrecilem sie po tym cudownym miescie – troche suwenirow sie kupilo dla najblizszych i tradycyjnie kawka tu, kawka tam.

Jakis taki brak apetytu mnie dopadl. Chyba jeszcze po tych przebojach boliwijskich mnie trzymalo. Prawie nic mi nie smakowalo. Poszedlem na bufet pasty i grilowanego miesa – pasta nie doprawiona, mieso tez, a w dodatku same jakies takie tluste i kosciste kawalki.
Wzialem wino do tej wspanialej kolacji – najgorsze wino jakie w zyciu pilem – sam kwas. A wzialem cala butelke – argentynskie to dobre, pomyslalem.

Nastepnego dnia tez. Na steka sie wybralem. Ostatni w Argentynie, ostatni na kontynencie amerykanskim. I zas dupa – naczekalem sie na niego, a jeszcze jakis taki bez smaku byl.

Mecz pilkarski tez odwiedzilem – w koncu pilka argentynska to nie byle co. Tego weekendu w stolicy tylko River Plate gral, wiec poszedlem na river. I bylo naprawde niezle. Juz jak sie podchodzilo pod stadion, z oddali slychac bylo bebny i spiewy, az skora cierpla. Muzyka i glosny doping trwal caly mecz. Ogolnie niezle wydarzenie. szkoda, ze na derby sie nie udalo zalapac – to by bylo.

A pozniej powrot.
Przesiadka w Bogocie, pozniej w Madrycie i Mediolanie. Wszystko gładko i sprawnie. Hmm moze poza strajkami obslugi lotniczej w Europie, gdzie mi sie samolot troche opoznil i prawie omdleniem na lotnisku, jeszcze w Buenos Aires.
Zas sie mnie jakis wirus czepil. I podchodze blady i odretwialy do odprawy, kobieta sie na mnie jakos dziwnie patrzy. Prosze mnie odprawic – mowie. I pomocy medycznej bede potrzebowac. Kobieta na mnie spojzala i od razu zaczela kogos lub czegos szukac.
Najpierw niech mnie pani odprawi – mowie. Musze leciec tym samolotem.

Pozniej dostalem zastrzyk w dupsko i mi sie lepiej zrobilo. Do domu zalecialem juz zdrowy.

22.02.10 – Paszport.

Odkad pamietam mam jakis dziwny problem z paszportem. Zawsze moj jest najdluzej sprawdzany na granicach.
Kiedys z powodu zdjecia – jak to zostalo okreslone, wygladalem na nim jak nacpany szalony matematyk. Wiec nie dziwota ze gapiono sie na to zdjecie a pozniej na mnie po kilkanascie razy. Raz pamietam kazano mi nawet wyjsc z cieplego auta na snieg i mroz zeby pan celnik mogl z bliska porownac.
Teraz mam porzadne zdjecie – kulturalnie i elegancko na nim wygladam. Niektorzy zas sie, chyba dziwia jak ten smutas pod krawatem ze zdjecia laduje nie do konca czysty, z plecakiem, na drugim koncu swiata. I tym razem celnicy urzadzaja zgadywanke z jakiego to kraju przybywam i coz owo POL w paszporcie oznacza. Jak juz rozwiaza ta lamiglowke to zaczynaja sie bawic w wymowe mojego nazwiska i imienia. Niektorzy sie poddaja na tym jakze trudnym zadaniu i do papierow po prostu wpisuja Marek (moje drugie imie). Dzieki Bogu nie probuja wymowic miejsca urodzenia, bo bym tam godziny spedzal (Chrzanow).
A pozniej nastepuje wertowanie stron. Tym ktorzy nie wiedza musze wspomniec ze zostalo mi moze ze 4 (slownie cztery) puste strony. Jednemu to dobre 10 minut zajelo, a mine przy tym mial jakby Krzyzakow Sienkiewicza czytal. Niektorzy tylko westchna. Mile. Fakt ze duzo wlepek tam jest i nawet ciekawe historie sie za nimi kryja (co przeczytac mozna na tych skromnych lamach).
Jak juz poogladaja, poczytaja sobie to zaczynaja sie pytac gdzie jest pieczatka wjazdowa (na szczescie nie wszyscy). A ja na to ze stoickim spokojem, jak zen nakazuje odpowiadam "gdzies tu". O dziwo znajduja sie tacy ktorzy probuja odnalezc te zgube. Wiekszosc spoglada na mnie i poddaja sie.
I na ogol to juz wszystko.
Na ogol bo ostatnio dochodzi jeszcze szukanie wolnego miejca na steple. Kolejne pare chwil.

17 – 19.02.10 – La Paz, Sucre i jeden z tych dni.

Jakze pieknie sie wjezdza do La Paz. Stolica Boliwii jest w dolinie a dookola piekne gory. Zdaje mi sie ze do centrum prowadzi zreszta jedna droga, naszczescie ta widokowa, bo kilka razy juz ja przejezdzalem.

Centrum La Paz tez niczego sobie. Ladne stare budynki, sliczne koscioly, choc dziwnie zamkniete i taki troszke chaosik na ulicach. Ale milo.

Schodzilem centrum w kilka godzin i w autobus nocny do Sucre.
Co za koszmar. Nie dosc ze trzesie, autobus sie zepsul (znowu), to jeszcze mnie jakies zatrucie pokarmowe chycilo (znowu) i to w pojezdzie bez wc. Jakos sie jednak udalo.
Rano sie ciut lepiej poczulem, ale na wszelki wypadek zakupilem w aptece jakies miejscowe specjaly na te miejscowe wirusy. I pomoglo.

Sucre, pierwsza stolica Boliwii, jest sliczne. Bialym miastem jest nazywane, bo biel budynkow czasem az oslepia. A prawie wszystkie w centum sa biale. I ladne kolonialne. Spacerkiem pochodzilem po miescie i nawet udalo mi sie zobaczyc Evo.
Evo, czyli Juan Evo Moralez, czyli prezydent Boliwii to taka postac ktorej twarz jest wszedzie. Chyba nawet w Wietnamie mniej jest wizerunkow Ho. Evo to postac ludu, indianskiej krwi – ziomek taki. Ludzie go pokochali, pozniej wygral wybory, wprowadzil do szkol jezyk keczua, wiec go jeszcze bardziej pokochali (z wyjatkiem bialej populacji Boliwii). Pozniej skumal sie z Chavezem i cala reszta bandy latyno-socjalistycznej i wprowadzil cla. Zaczely sie protesty ale Evo wybory znow wygral. I bedzie sie dalej usmiechal z murow, scian, pocztowek, itp. A na zywo ma ten sam usmieszek co z obrazkow.

Nocnym autobusem mialem zamiar opuscic Boliwie. Podjechal jakis zlom. No nic tam w koncu biedny kraj i juz nie takimi sie jezdzilo tutaj. Ten mi sie jakos jednak od poczatku nie podobal. Ciagle jakies problemy a to z biegami, a to ze sprzeglem, a to z gazem, a to gasl, i jeszcze jakos hamulec cos nie teges. A to wszystko na kolejnym bezdrozu. W ogole Boliwia ma chyba tylko jedna droge, ktora posiada asfalt i ma tutaj miano autostrady za ktora oczywiscie sie placi. Reszta jest w budowie, czyli jezdzi sie po szutrze lub piachu.
Wiec trzeslo niesamowicie i tej nocy. Bujalo we wszystkie strony. Predkosc okolo 20 moze 40 kilometrow na godzine. Spac sie raczej nie dalo.
A pozniej sie obudzilem (czyt. otwarlem oczy), rzuca niesamowicie, bardziej niz wczesniej – krzyki, piski. I stalo sie to czego sie obawialem od samego poczatku. Ten autobus do celu nie dojedzie.

Na szczescie nikomu nic sie nie stalo. W miare szybko przyjechala policja, popstrykali fotki i zabrali nas ciezarowka do Tupizy, skad znow busem pojechalismy do Villazon, miejscowosci przygranicznej.

Nastepnie zmeczony udalem sie po stepelek. Boze co za burdel na tej granicy. Dawno takiego syfu nie widzialem. Wkurzony niesamowicie odstalem swoje przy obu przejsciach, zeby kolejne pieczatki sie mogly znalezc w paszporcie i zebym mogl w koncu opuscic ten kraj. Jeszcze pan z imigracji argentynskiej pierwszy raz na oczy polaka zobaczyl, wiec musialem odpowiadac na dodatkowe pytania i zagadnienia. A to wszystko na pusty zoladek – dietke se zrobilem.

Potem juz kolejnym autobusem mialem szybko dojechac do Salty, ale…
Szybko nie bylo i do Salty tez nie dojechalem. W busie bawialnia dzieci. Spac to to nie da, wydziera sie jedno przez drugie. Za mna zaraz taka jedna mala to najpierw mialczala i buczala przez chyba godzine. Potem sie przespala kilka minut, zeby pozniej mogla zaczac sie bawic, czyli wydzierac. Tak sie swietnie bawila, ze udezyla swojego mlodszego braciszka i teraz ten sie zaczal drzec. Jak ten skonczyl, to ta zas zaczela. I tak do Jujuy.

Juz mnie wszystko draznilo – doslownie, wrzalo we mnie. Ze zmeczenia oczywiscie.
A na koniec sie okazalo ze przesiadka, ktora mialem miec od razu, bedzie za ponad dwie godziny. Tego juz mialem dosyc. Zajdlem bulke (jeszcze kelner przeginal – 3 razy mu mowie co ma podac, a ten kiwa glowa, odchodzi, a pozniej znow sie pyta co chce) i udalem sie do pierwszego lepszego hostelu, zebym mogl w koncu zamknac oczy i zeby sie ten jeden z tych najgorszych dni skonczyl.

15 – 16.02.10 – Copacabana – Titicaca.

Po krotkiej imprezie karnawalowej w Uyuni wsiedlismy nasza grupa do nocnego do La Paz. Alez trzeslo. Bezdroza jakies cholerne. To juz na pustyni tak nie rzucalo.
Rano sniadanko w stolicy i znow autobus – do Copacabany. Nie nie tej w Rio – tej nad jeziorem Titicaca. Jedno z najwyzej polozonych jezior zeglownych i drugi co do wielkosci zbiornik slodkowodny w Ameryce. Gitara kolejne naj na mojej liscie.
Zawsze marzylem zeby je zobaczyc, choc szczerze mowiac nie wiem czemu.
Samo jezioro jest ogromne. Plynie sie lodka i brzegow nie widac. A jak juz cos widac, to piekne gory otaczajace Titicaca.
Wybralem sie na krotka wycieczke na wyspe Slonca (Isla del Sol). Krotka bo wybralem sie za pozno. Rano troche zle sie czulem. Ciagle wysokosc daje znac o sobie. W koncu 4000 nad poziomem morza to nie Zakopane.
No w kazdym badz razie poplynalem na te wysepke, po to zeby pospacerowac godzinke i wrocic. Przyjemna wycieczka.
Samo Copacabana tez jest znanym w Boliwii miejscem. Taka Czestochowa – tyle ze duzo mniejsza. Jest tu urocza katedra, przed ktora codziennie swieci sie auta.
Tak samochody. Ludzie przyjezdzaja tu pokropic woda swiecona swoje autka. Przyzdabiaja je przy tym kwiatami, balonikami i czym sie jeszcze da. A po poswieceniu garsc petard pod auto i uroczysta kolacja.
W koncu widac jakis folklor na ulicach. Brakowalo mi tego w sumie od czasu Wenezueli, reszta to taka inna Europa.
I tanio jest. Naprawde tanio. Co wlasciwie jest troche zgubne, bo czlowiek mysli caly czas na zasadzie, ze skoro tanio, to mozna sobie na wiecej pozwolic, co ocywiscie jest prawda i konczy sie dzien na podobnym poziomie jak w drozszej Argentynie.
No wlasnie Argentyna – spieszno mi tam. Teraz bedzie juz tylko krotkie kilkugodzinne zwiedzanie kilku miasteczek po drodze, a poza tym juz same autobusy.

12 – 14.02.10 – Droga do Boliwii – laguny, wulkany, flamingi, lamy, salary.

Trzy dni przepieknych widokow. Jakos nie mam jeszcze ich dosyc.
Zdecydowalem sie na przejazd z Chile do Boliwii droga przez kompletne pustkowia, gdzie tylko piach, wiatr i reszta ja w temacie.
Droga w sumie impreza ale co tam – warto.
I tak dzipem po pustyniach wraz z fantastyczna grupa podziwialem widoczki.
Jak mam to opisac – nie wiem. Wkrotce beda fotki wiec bedzie mozna poogladac.
Byly piekne jeziorka.

Gejzery.

Mase flamingow.

Wulkany w oddali.

Spacerujace sobie lamy.

A na koniec najwieksza pustynia solna na swiecie – Salar de Uyuni.

A pozniej trafilismy do Uyuni w trakcie karnawalu. Duzo wody sie podczas niego leje. Taki nasz smingus tyle ze jest goraco i sa parady i tance.
Mnie tez sie oberwalo odrobina wody.

10 – 11.02.10 – San Pedro de Atacama.

San Pedro de Atacama to mala wioska gdzies posrodku najsuchszego miejsca na ziemi. Sama w sobie nieciekawa, ale to co dookola zapiera dech w piersiach.
Takich widokow niema nigdzie indziej.



8-9.02.10 – Valparaiso. Droga na polnoc.

Po Santiago przyszla kolej na sasiednie miasteczko Valparaiso.
Slicznie polozone – nad oceanem i pomiedzy wzgorzami. Turystycznie ale milo.



A w ogole to jestem na etapie ze niewiele mi sie chce. Aspoleczny sie stalem. Nie che mi sie z ludzmi gadac, chce uciec gdzies, schowac na bezludziu jakims, zalozyc czpke, okulary, muzyka do uszu i skryc sie. Z dziecieca naiwnoscia zakryc twarz rekami i powiedziec nie ma mnie.
Wsiadam do autobusu i jade na pustynie. To znaczy do San Pedro de Atacama. Malej turystycznej miesciny na pustyni Atacama.

6 – 7.02.10 – Santiago.

Z rana zajechalem do Stolicy. I od razu zmiany – cieplo i slonecznie. Juz zaczynalo mi tego brakowac.
Sprobuj najlepszego sniadania w Ameryce Poludniowej! Prawdziwe sniadanie – jajecznica, tosty, kawa – zadna instant, prawdziwa kawa (no instant coffee, real one), mase owocow.
Tak sie oglaszal hostel wiec go wybralem – no sorry ale taka reklama na mnie zawsze dziala. I co … No niezupelnie jak w reklamie. Owszem byla jajecznica i kilka owocow ale…
A z kawa to przegieli spodziewalem sie kawy i czekam i czekam, przychodzi koles i daje mi cos co wyglada na slaba herbate. Chcialem juz mu powtorzyc ze kawe nie herbate por favor, ale zrobilem malego lyka i jednak kawa.
No niezupelnie takiej real one sie spodziewalem. No nic.
Jakos tak sie w ogole dziwnie sklada w tej mojej podrozy ze laduje w najwiekszych miastach w weekend lub jakies swieto. W Latino swiecie oznacza to jedno – wszystko zamkniete i na ulicach pustki. Tak bylo tez i tutaj.
W sobote po leku polazilem, poszwedalem sie po miescie. Przez przypadek tez na msze poszedlem.
Wieczorem zas spotkalem sie z Justyna i Christianem, parka polsko-chilijska poznana wczesniej w Torres del Paine. Poszlismy na piwko i pizze.
A w niedziele tylko spacerek popoludniowy. Zmeczenie daje sie we znaki i nie chce mi sie zawiele.
Wybralem sie co prawda do muzeum historii prekolumbijskiej w Chile. Mialo to byc jedno z najlepszych muzeow w Ameryce i w sumie moje pierwsze na tym kontynecie (jeszcze mi sie odbija British Museum i Luvrem). Mialo bo przyszedlem 5 minut przed zamknieciem.
Wiec pochodzilem troche – soczek tu, kawka tam.





Podoba mi sie Santiago. I tyle. Kropka.