Posts Tagged ‘Anglia’

Lato 2009.

Tak, no, lato sie juz prawie konczy wiec czas na wpis.

A wiec opuscilem wyspe, odwiedzajac wczesniej kilku znajomych i obejrzec pobierznie Londyn (w koncu, bo az wstyd bylo sie przyznac).

Po kilku dniach w Londku pojechalem na poludnie do Eastbourne , zeby po kilku dobach zawitac we Francji.

I tu mi sie plan odrobine zmienil. No odrobine bo zamiast na wschod do Szwajcarii – wyladowalem na poludniu czyli we Wloszech. A co…

No ale po kolei. Wpierw byl Paryz. Romantyczny a jakze. Ale taki jakis moze ciut przereklamowany (wieza tego calego Eifla to juz nawet wiecej jak ciut). Ale ladny. I jakis taki pusty, tak jakby wiekszosc mieszkancow sie wyniosla i zostali tylko turysci.

Po Paryzu wyladowalismy (bo nie bylem sam:)) kolo Marsylii. Wyladowalem i to doslownie bo sie okazalo (uwielbiam to okreslenie), ze wylot byl najtanszym sposobem wydostania sie ze stolycy Francyji. A po spedzeniu kilku dni nad woda – autostopem do Wloch.

I tak w uroczej miescinie Bogliasco, kolo Genui cieszylem swe oczy i cialo przez jaikis tydzien. Odwiedzilismy tez Genue – bardzo ladne miasto godne polecenia.

A pozniej przez Mediolan do domu. Sam Mediolan to w sumie takie centrum handlowe z ladna architektura i sliczna katedra, ale nic poza to.

Od czasu powrotu bawie sie w nic nie robienie. i pewnie dlatego dopiero teraz wpis i dopiero teraz fotki.

Zmiany kosmetyczne w ukladzie strony tez widac co nie :)

I zaczynam przygotowania do kolejnego wyjazdu. A jakze. Ameryka Poludniowa celem jest. Start – polowa listopada.

Takie tam.

Dawno mnie tu nie bylo a czas w sumie smiga i juz mamy wrzesien. Lata nie bylo, olimpiada minela i zaczal sie USOpen. Nie bede czekal do zakonczenia tego turnieju bo cos mi sie wydaje ze znow moge pisac o porazce Federera, a nie chce.
Poza tym robie na dachu – montaz elewacji. i jako ze na dachu to mi tam wieje, a ze w Szkocji to jeszcze pada, a ze mamy rekordowy sierpien pod wzgledem opadow to pada bardzo. I jak narazie jedyne co mnie ta robota nauczyla to chyba dystansu do tej pogody. Dystansu i pewnej dozy optymizmu. Bo jak leje to nigdy nie wiesz czy za raz nie wyjdzie slonce, a jak juz wyjdzie to trza sie cieszyc tym faktem ile wlezie. Takie meteorologiczne carpe diem. Robota miala byc na dw trzy tygodnie ale sie przedluzylo. Teraz juz raczej pewne ze to ostatni tydzien. Za to w przyszla sobote wracam na dorywcza robote do mojej starej knajpy Paperinos zwanej. Tym razem jednak juz nie na zmywak a na pizze. Cos czuje ze bedzie smiesznie. A w sumie robote zalapalem przez przypadek. Wychodze sobie w sobotnie poludnie z pubu po dwoch Guinnesach i CoolLight’cie i napotykam starego znajomego Rocco, ktory to juz trzy lata temu mnie wcisnal do knajpy. I gadaka szmatka, co tam slychac i w ogole i pyta sie mnie czy nie chce sobie dorobic. No to jasne ze tak. I tak wieczorami i w weekendy nic nie robie, pogoda ciulowa i tak, z moim szczesciem nadgodzin na budowie tez raczej nie uswiadcze, wiec czemu nie. Zawsze to kilka zloty wiecej.
A w ten weekend bylem u chlopakow (i dziewczyn) w Rochdale pod Manchesterem. Wilem mial geburstag to smy sie mu na hate zwalili.
W piatek juz pozno dojechalismy wiec troche sie pogadalo i kima. W sobote udalem sie z Jania na zwiedzanie Manchesteru. Hmm ino co tam zwiedzac. Centrum ladne, ladniejsze i wieksze od Glasgowskiego ale zabytkow jak na lekarstwo. Byl jakis niby stary rzymski fort ale to w sumie ino sterta gruzu.
Wbilismy sie do muzeum techniki, ale jak dla mnie nuda. Przy jednym stanowisku moznabylo trche poglowkowac. Byly rozna przestrzenne gry logiczne, tak wiec postanowilismy nie odejsc z tamtad dopoki sie czegos nie pouklada. Malo co nie poleglismy na ukladance polegajacej na zlozeniu szescianu z klockow przypominajacych tetris tyle ze przestrzenny. Po grubo pol godzinie udalo sie ulozyc. Ale z koleji piecioboczne piramidki z ktorych trzabylo ulozyc (jakos) trojkat, nas rozlozyly.
Polazilismy troche po centrum, udalismy sie zobaczyc Old Traford i z powrotem.
Wieczorem juz w Rochdale, zrobilismy imprezke urodzinowa i zastawilismy stol wodka i jakimis przegryzkami.
Wyjazd sie w pelni udal. Odpoczalem nawet, chociaz niewiele co spalem, podladowalem troszke bateryjek, a i nawet pogoda byla laskawa.
Czas zaczac nowy tydzien.
Ot zycie.

W domu.

W końcu w domu. Już od kilku dni właściwie. To może po kolei.
Zeszły tydzień minął szybko miło i dość przyjemnie, nawet w robocie. Ciężko nie było, no może w czwartek, ale bardziej mentalnie niż fizycznie. Piątek to już lajt. Wcześniej zakupiłem jeszcze baterie marki guinness, na wieczór. Na filmy – nie poszedłem spać, żeby czasem nie zaspać. Spakowałem się już praktycznie we czwartek. Musiałem porobić przymiarki, czy aby nie mam za ciężko. Po co dopłacać na lotnisku. A właśnie wracałem samolotem. Fieroch mógł nie mieć kursu w tym tygodniu a ja nie mam ani kasy, ani czasu do tracenia, ani ochoty siedzieć dłużej w anglyji. Dlatego szybko zabookowałem bilet lotniczy. I tu mała niespodzianka – najtańszy okazał się być z Glasgow. I to ten sam lot co Jani, więc przez przypadek wracam razem. I dobrze pomoże mi przy bagażach, bo mam ich trochę.
Przy okazji przepraszam Przemka i Kubę, że się teraz nie zobaczymy.
Do soboty rano dotarłem przy piwku i filmach (next – polecam i pathfinder – nie polecam, najbardziej naiwny film jaki ostatnio zdarzyło mi się obejrzeć)
Nadeszła pora wjazdu, ale został mi jeden problem do rozwiązania – obudzić Mirka. Ma mnie zawieść na dworzec. Trochę czasu minęło zanim się zebrał, ale w sumie nie było z tym najgorzej;)
Dojechaliśmy szybciutko, zabrałem moje toboły (trzy miesiące życia), pożegnaliśmy się i w drogę.
Kimło mi się trochę podczas tej 3 i pół godzinnej jazdy. Do Glasgow dojechałem głodny. Szybki sausage roll z „blue lagoon”, zjedzony nad brzegiem Clyde. Na tej samej ławce co 3 lata temu z Witkiem.
Później przechadka po centrum – St Enoch Square, Buchannan street, Modern Art Galerry, St George Square. Gdzie zasiliłem się guinnesikiem.
Posiedziałem tak praiwe do około wpół pierwszej, wspominając to miasto, jego klimat i plusy mieszkania w Glasgow. Minusów nie wspominałem – bo po co. Następnie zebrałem się na dworzec. Po chwili dotarł też Jania. Pobiegliśmy szybko na pociąg i po 45 minutach już byliśmy na lotnisku.
Po dotarciu czas się było przepakowac. Do wagi podchodziłem z pięć razy, sprawdzajęc dokładnie, żeby czasem nie przekroczyć limitów. Udało się – miałem 10 deko luzu;).
W samolocie znowu kima. Ale nie na długo bo jakiś dzieciak sie wydzierał, a jego tatuś uciszał go jakąś cholerna piszczałką. Juz sam nie wiem co było gorsze – płacz czy piszczałka (chyba jeszcze nie jestem gotowy na dziecko)
Po wylądowaniu do auta – Łukasza tata już czekał i szybciutko do domu.
Niespodzianka się udała – nikt sie mnie w domu nie spodziewał;)
Niedziele wypoczywałem z rodzinką. A od poniedziałku czas zacząć przygotowania do wyjazdu.
Misja Azja 2007 rozpoczyna się
Punkt pierwszy szczepienia – zaliczny. Szczepinki na WZW A i B, polio i dur brzuszny – przyjęte. 450 zł nie moje, a do tego ręce miałem jak początkujacy narkoman.
Do końca tego tygodnia pasowałoby rozpocząć składanie wniosów wizowych. Będzie trochę biegania po urzędach i wizyta w Wawie oraz w Krakowie. Ale to już chyba w następnym tygodniu.

10(5)

Zaczęło się odliczanie. Zostało mi 5 tygodni pobytu na wyspach, z czego tylko 4 w pracy.
A propo mojej pracy. Nie wszyscy w sumie wiedz± co robię, bo nic o niej nie mówiłem. No to na szybko.
Robię w firmie NightFreight zajmuj±cej się przesyłkami. A moje zadanie polega na rozładowywaniu i
załadowywaniu tirów i ciężarówek. Bardzo często przeyłka waży powyżej 25 kg więc idzie się narobić.
Ale ogólnie nie jest tak Ľle. Więc narzekać nie będę. Zostało mi tam tylko 4 tygodnie więc Ľle nie ma.

PóĽniej wracam do Polski, gdzie czeka mnie latanie od biura, do biura, od jednego lekarza, do drugiego,
od ambasady, do ambasady.
Cel jest jeden. Za 10 tygodni jestem umówiony z kolej± transsyberyjsk±, która zabierze mnie prosto do
Japonii. No prawie prosto – muszę jeszcze prom złapać.
Po Japonii, będzie Korea Południowa i Chiny. No a potem jeszcze kilka krajów Azji połudiowo wschodniej.
Plan ambitny – zobaczymy jak wyjdzie.
¦piewniki już s±

Reszta już niedługo.

Tydzien 24

Cały tydzień lało, z weekendem włącznie. Więc z moich planów weekendowych – nici.
Maj±c trochę czasu w końcu napisałem relację z Indii i dodałem też galerię zdjęć z tego kraju .
Poza tym niewiele się działo.
Pozdo

Leniwie było

Ach, ależ było błogo. Śmy się wylenili przez ten weekend. Słoneczko ładnie grzało i był nawet plan żeby
na plaże podjechać. Niestety w sobote wstalismy kolo 12tej i już się za bardzo nie opłacało (do plaży
mamy kolo 100 mil). Więc reszte dnia spędziliśmy na nic nierobieniu.
W niedziele wstaliśmy już znacznie wcześniej, żeby się wyrobic nad morze. Niestety pogoda już nie była tak fajna, wiecej chmur i większy wiaterek.
Cóż morze będzie musiało jeszcze troche na nas zaczekać. Poza wylegiwaniem się w ogrodzie, w końcu wyregulowałem przeżutki w moim rowerze (za pomocą Mirka oczywiście). Zabrałem się też za swoją kondycję fizyczną. Na początek jogging po pobliskich parkach,
pózniej troszke rozciągania (mięśnie mam tak zastane, że to szok – wstyd), a na koniec brzuszki.
Na kolecję sałatka owocowa i tak się zakończyły kolejne dwa wolne dni.
Nastepne już są zaplanowane ale o tym kiedy indziej.

Easy like monday afternoon

Poniedzialek zaczal sie jak kazdy inny poczatek tygodnia. Nic nie zapowiadalo to co mialo nadejsc.
Wstalem leniwie, kolo 11tej (a moze jeszcze pozniej), sniadanko, kawa, komputer.
Umowilem sie ze soba, ze o pierwszej jade na miasto pozalatwiac kilka spraw – poczta i bank. Nie wyszlo o pierwszej. Z domu wyszedlem przed druga. Przed wyjsciem zamienilem z Arturem dwa zdania:
– jak tam?
– ok, o dzis tez ladnie, nawet slonce jest
– no ino jakas czarna chmura nadciaga.
– cholera…
W koncu wyszedlem z domu. Poczta – szybko poszlo – papiery do home officea wyslane. Bank – tez sprawnie,
ale troszke dluzej zeszlo. Wiecej spraw bylo do zalatwienia – klika sprostowan (pomylilli sie z moim
imieniem).
Wrocilem do domu po trzeciej. Nastepny w programie byl obiad. Frytki z hamburgerem – raz. Zalatwione.
Nagle Balazs (wegier z ktorym mieszkamy) wraca z roboty:
– co jest. ja sie spoznilem czy ty sie zwolniles?
– nie ma dzis roboty. nic nie slyszales?
– o czym?
– o wybuchu. cala droga do mojej firmy zamknieta.
caly obszar ewakuowany.
A wiec to nie byla czarna chmura zwiastujaca deszcz -
bylo to cos, co mialo sie okazac znacznie lepsze…
Szybko chytam za telefon i do agencji:
– co mam robic… blabla
– zaraz ci damy znac. – po chwili – yyy nie umiemy
sie dodzwonic do firmy ale jakbys mogl to sprobuj
sie tam dostac.
– ok – odpowiadam, wsiadam na rower i po kwadransie
jestem przy glownym rondzie w Crewe
Pelno policji. Spotykam kumpla z roboty.
– co robimy Ben?
– nie mam pojecia …
Podeszlismy kilka metrow, do pierwszego z brzegu
policjanta: sory chlopaki – tedy nie przejdziecie.
– Ok. to co Ben – do jutra?
– Do jutra Arek.
Wracam do domu.
I nagle uswiadamiam sobie straszna rzecz …
… – lodowka jest pusta – zadnego piwa!!!
Mysl ta nie dawala mi spokoju przez cala droge do domu.
Problem mozna bylo rozwiacac tylko w jeden sposob

Nie, nie nienawidze poniedzialku. Szkoda tylko ze nie kazdy jest wlasnie taki

Od wekendu do weekendu

Tym razem juz nie ma dlugiego weekendu – az tak dobrze sie tu nie mam.
Po zeszlotygodniowym wypadzie nie umialem sie zebrac przez wiekszosc tydnia. Szkocja mnie kompletnie rozbila.
Caly tydzien chodzilem jakis taki niedospany, niedobity. Znow mi sie eksploracji zachciewa.
W koncu nadszedl weekend. I tak wlasnie od wekendu do weekendu – jak typowy angol (szkot, wyspiarz – jak zwal tak zwal).
Na szczescie pogoda sie znacznie poprawila (ciekawe na jak dlugo) i bylo przyjemnie. Moznabylo posiedziec przy piwku, w
ogrodku, poogladac jakis film. I zjesc pozadnie ☺
I pobawic sie stronka troche. Kabinuje teraz jak wstawic „ksiege gosci”, dzial komentarzy – czy jakkolwiek to nazwac.
Tak zeby mozna bylo cos od was poczytac. Zauwazylem tez, ze zdjecia w galerii maja kiepska jakosc, za ktora bardzo przepraszam.
Postaram sie tez cos z tym zrobic.
Mirek swoja droga zalozyl sobie bloga. Tak wiec mamy kolejnego blogowicza.

Weekend

Weekend w końcu. Piękny czas. Czas w którym człowiek pracujšcy się wysypia, czas na porzšdny obiadek
i czas na porzšdne piwko. Na obiadek było penne napoli con carne a’la kwiatek :) A na piwko zaraz się
wybieramy. Wcze¶niej drobne (tym razem) zakupy – wycieczka do Middlewitch do lidla. Zaskakuj±ce ale w
tej dziurze yyy znaczy Crewe nie ma lidla i trzeba dojeżdżać – najbliższy siedem mil.
A teraz do pubu czyli to co każdy szanujšcy się angol robi przez cały weekend.
Pozdro :)

Chwila oddechu

Mieliśmy troche problemów z kompem i dlatego nie było ani mnie na kompie ani żadnego wpisu. Ale się
poprawię.
Mam już dosyć podwójnych szycht. Mam już ich tak dosyć że dziś nie poszedłem do roboty rano.
Zadzwoniłem rano do majstra i do agencji i powiedziałem im że się źle czuje i do roboty nie przyjde.
I nie poszedłem.
Wykańczam się tak. Od poniedziałku już zostaje z jedn± prac± -popołudniow±.
Lepsza robota, lepsza kasa, lepsza ekipa i pod dachem. A ma to znaczenie bo od ponad tydnia leje.
A że jeszcze na dodatek dojeżdżam do pracy na rowerze to mi to dodatkowo nie służy.

W weekend troche z zakupami zaszalałem a poza tym nic sie nie działo. Wreszcie sie wyspałem,
w końcu poż±dne żarcie się zjadło a wieczór zakonczył sie w toważystwie panów Guinnessa i Murphego;)
Niedziela upłynęła na naprawianiu kompa. Tak wła¶ciwie to tylko format c mógłby go uzdrowić ale
właściciel sie na to nie zgadza.
Na szczęście jakoś go uzdrowił – przy najmniej na razie:)

Mam nadzieje że od poniedziałku bedę tu częściej i na bież±co uzupełniał stronke. Także zdjęciami