Posts Tagged ‘Argentyna’

20 – 24.02 – Buenos Aires i powrot.

Wracam do domu. Wpierw jednak przyjemna podroz do Boskiego Buenos. Tak wyszlo, ze najciekawsze polaczenie mialem autobusem klasy lux – czyli 3 rzedy siedzen, fotele rozkladane na maksa i posilki i napoje. Czemu nasza bogata Europa jakos takiego serwisu nie ma.

W Buenos Aires lalo. Ponoc leje codziennie od miesiaca – kolejny znak, ze jakos pogoda powariowala tego roku.

Mimo deszczu pokrecilem sie po tym cudownym miescie – troche suwenirow sie kupilo dla najblizszych i tradycyjnie kawka tu, kawka tam.

Jakis taki brak apetytu mnie dopadl. Chyba jeszcze po tych przebojach boliwijskich mnie trzymalo. Prawie nic mi nie smakowalo. Poszedlem na bufet pasty i grilowanego miesa – pasta nie doprawiona, mieso tez, a w dodatku same jakies takie tluste i kosciste kawalki.
Wzialem wino do tej wspanialej kolacji – najgorsze wino jakie w zyciu pilem – sam kwas. A wzialem cala butelke – argentynskie to dobre, pomyslalem.

Nastepnego dnia tez. Na steka sie wybralem. Ostatni w Argentynie, ostatni na kontynencie amerykanskim. I zas dupa – naczekalem sie na niego, a jeszcze jakis taki bez smaku byl.

Mecz pilkarski tez odwiedzilem – w koncu pilka argentynska to nie byle co. Tego weekendu w stolicy tylko River Plate gral, wiec poszedlem na river. I bylo naprawde niezle. Juz jak sie podchodzilo pod stadion, z oddali slychac bylo bebny i spiewy, az skora cierpla. Muzyka i glosny doping trwal caly mecz. Ogolnie niezle wydarzenie. szkoda, ze na derby sie nie udalo zalapac – to by bylo.

A pozniej powrot.
Przesiadka w Bogocie, pozniej w Madrycie i Mediolanie. Wszystko gładko i sprawnie. Hmm moze poza strajkami obslugi lotniczej w Europie, gdzie mi sie samolot troche opoznil i prawie omdleniem na lotnisku, jeszcze w Buenos Aires.
Zas sie mnie jakis wirus czepil. I podchodze blady i odretwialy do odprawy, kobieta sie na mnie jakos dziwnie patrzy. Prosze mnie odprawic – mowie. I pomocy medycznej bede potrzebowac. Kobieta na mnie spojzala i od razu zaczela kogos lub czegos szukac.
Najpierw niech mnie pani odprawi – mowie. Musze leciec tym samolotem.

Pozniej dostalem zastrzyk w dupsko i mi sie lepiej zrobilo. Do domu zalecialem juz zdrowy.

17 – 19.02.10 – La Paz, Sucre i jeden z tych dni.

Jakze pieknie sie wjezdza do La Paz. Stolica Boliwii jest w dolinie a dookola piekne gory. Zdaje mi sie ze do centrum prowadzi zreszta jedna droga, naszczescie ta widokowa, bo kilka razy juz ja przejezdzalem.

Centrum La Paz tez niczego sobie. Ladne stare budynki, sliczne koscioly, choc dziwnie zamkniete i taki troszke chaosik na ulicach. Ale milo.

Schodzilem centrum w kilka godzin i w autobus nocny do Sucre.
Co za koszmar. Nie dosc ze trzesie, autobus sie zepsul (znowu), to jeszcze mnie jakies zatrucie pokarmowe chycilo (znowu) i to w pojezdzie bez wc. Jakos sie jednak udalo.
Rano sie ciut lepiej poczulem, ale na wszelki wypadek zakupilem w aptece jakies miejscowe specjaly na te miejscowe wirusy. I pomoglo.

Sucre, pierwsza stolica Boliwii, jest sliczne. Bialym miastem jest nazywane, bo biel budynkow czasem az oslepia. A prawie wszystkie w centum sa biale. I ladne kolonialne. Spacerkiem pochodzilem po miescie i nawet udalo mi sie zobaczyc Evo.
Evo, czyli Juan Evo Moralez, czyli prezydent Boliwii to taka postac ktorej twarz jest wszedzie. Chyba nawet w Wietnamie mniej jest wizerunkow Ho. Evo to postac ludu, indianskiej krwi – ziomek taki. Ludzie go pokochali, pozniej wygral wybory, wprowadzil do szkol jezyk keczua, wiec go jeszcze bardziej pokochali (z wyjatkiem bialej populacji Boliwii). Pozniej skumal sie z Chavezem i cala reszta bandy latyno-socjalistycznej i wprowadzil cla. Zaczely sie protesty ale Evo wybory znow wygral. I bedzie sie dalej usmiechal z murow, scian, pocztowek, itp. A na zywo ma ten sam usmieszek co z obrazkow.

Nocnym autobusem mialem zamiar opuscic Boliwie. Podjechal jakis zlom. No nic tam w koncu biedny kraj i juz nie takimi sie jezdzilo tutaj. Ten mi sie jakos jednak od poczatku nie podobal. Ciagle jakies problemy a to z biegami, a to ze sprzeglem, a to z gazem, a to gasl, i jeszcze jakos hamulec cos nie teges. A to wszystko na kolejnym bezdrozu. W ogole Boliwia ma chyba tylko jedna droge, ktora posiada asfalt i ma tutaj miano autostrady za ktora oczywiscie sie placi. Reszta jest w budowie, czyli jezdzi sie po szutrze lub piachu.
Wiec trzeslo niesamowicie i tej nocy. Bujalo we wszystkie strony. Predkosc okolo 20 moze 40 kilometrow na godzine. Spac sie raczej nie dalo.
A pozniej sie obudzilem (czyt. otwarlem oczy), rzuca niesamowicie, bardziej niz wczesniej – krzyki, piski. I stalo sie to czego sie obawialem od samego poczatku. Ten autobus do celu nie dojedzie.

Na szczescie nikomu nic sie nie stalo. W miare szybko przyjechala policja, popstrykali fotki i zabrali nas ciezarowka do Tupizy, skad znow busem pojechalismy do Villazon, miejscowosci przygranicznej.

Nastepnie zmeczony udalem sie po stepelek. Boze co za burdel na tej granicy. Dawno takiego syfu nie widzialem. Wkurzony niesamowicie odstalem swoje przy obu przejsciach, zeby kolejne pieczatki sie mogly znalezc w paszporcie i zebym mogl w koncu opuscic ten kraj. Jeszcze pan z imigracji argentynskiej pierwszy raz na oczy polaka zobaczyl, wiec musialem odpowiadac na dodatkowe pytania i zagadnienia. A to wszystko na pusty zoladek – dietke se zrobilem.

Potem juz kolejnym autobusem mialem szybko dojechac do Salty, ale…
Szybko nie bylo i do Salty tez nie dojechalem. W busie bawialnia dzieci. Spac to to nie da, wydziera sie jedno przez drugie. Za mna zaraz taka jedna mala to najpierw mialczala i buczala przez chyba godzine. Potem sie przespala kilka minut, zeby pozniej mogla zaczac sie bawic, czyli wydzierac. Tak sie swietnie bawila, ze udezyla swojego mlodszego braciszka i teraz ten sie zaczal drzec. Jak ten skonczyl, to ta zas zaczela. I tak do Jujuy.

Juz mnie wszystko draznilo – doslownie, wrzalo we mnie. Ze zmeczenia oczywiscie.
A na koniec sie okazalo ze przesiadka, ktora mialem miec od razu, bedzie za ponad dwie godziny. Tego juz mialem dosyc. Zajdlem bulke (jeszcze kelner przeginal – 3 razy mu mowie co ma podac, a ten kiwa glowa, odchodzi, a pozniej znow sie pyta co chce) i udalem sie do pierwszego lepszego hostelu, zebym mogl w koncu zamknac oczy i zeby sie ten jeden z tych najgorszych dni skonczyl.

25.01 – 2.02.10 – El Calafate, El Chalten, Bariloche.

Koncze powoli przygode z Patagonia. Na jej zakonczenie podazylem wzdluz granicy chilijskiej na polnoc. Szlakiem bardzo turystycznym – praktycznie wszyscy jada ta trasa albo na poludnie albo na polnoc jak ja.
Kilka godzin jazdy od Puerto Natales znajduje sie male miasteczko El Calafate. Znane jest tylko z jednego – lodowiec Perito Moreno. Jak gdzies uslyszalem jedyny ciagle idacy naprzod lodowiec (codziennie 2 metry), wszystkie inne na swiecie sie cofaja.
Nie wiem czy to prawda. Sam lodowiec owszem robi wrazenie. Przez to ze przechodzi przez jakis uskok to praktycznie na rownej lini lodowiec sie lamie i z hukiem spada do jeziora. I takiego wielkiego odlamka wszyscy wypatruja. A mnie udalo sie nawet uszczelic go moim aparacikiem.
Pozniej jak szlak nakazuje udalem sie do El Chalten – hucznie nazywanej argentynska stolica trekingow. Faktem jest ze w okolicy sa piekne gory w tym slynne Cerro Torre i Fitz Roy. I szlak wiedzie do nich piekny. Znow dwa dni w gorach. Piekne widoki. I znow pogoda sie udala.
I nastepnie mialem sie przeprawic przez granice i do Chile zajechac i postopowac troche przez Caratere Austral (taka droga co to Pinochet wymyslil co by wioski z poludnia ze swiatem polaczyc), ale nie ma juz na to niestety czasu. Wiec wykabinowalem sobie ze do Bariloche sie udam.
24 godziny jazdy minibusem pozniej – do Bariloche zawitalem. Miasto zwane jest przez niektorych Braziloche a to przez to ze jest mega turystyczne. Na ogol nie przepadam za takimi miejscami, ale tym razem jestem zauroczony tym miejscem.
Tak na dobra sprawe nie jest to juz Patagonia a region jezior i to wlasnie glownie widac. Gory poprzeplatane z jeziorami. Przepieknie.
Pospacerowalem troche po okolicy. Jest naprawde przepieknie.

18 – 20.01.10 – Autostop.

Mam ten problem z autostopem.
Raz ze nie bardzo lubie sie prosic o przyslugi, a o to przeciez chodzi, a dwa ze czasem sie po prostu odechciewa. Jak sie widzi jak niektorzy kombinuja zeby cie ino nie zabrac i klamia w zywe oczy, lub zgadzaja sie a potem se odjezdzaja beze mnie, jak mi sie przytrafilo w Comodoro Rividavii, gdzie czekalem dwie godziny bo koles obiecal a pozniej trzasnal drzwiami i odjechal. Lub jak w Rio Gallegos gdzie sie koles zgodzil ale pozniej cos sciemnial o doktorze na granicy i pojechal (jaka mial mine jak go spotkalem na tejze granicy). Albo stoi sie z paluchem godzinami w deszczu, a wszyscy pokazuja ze jada tylko tu, lub za chwile skrecaja. Ostatnio tez zauwazam znak, ze mam se zaplacic (pocieranie palcami o kciuk) – po prostu nie milo.
I tak tez stalem wyjezdzajac z Ushuaii, wiater szalal i deszcz padal i nic. W koncu po chyba dwoch godzinach ktos sie zatrzymal i zabral mnie do Rio Grande, 200 km blizej celu. Tam jednak musialem spedzic noc. Zadziczylem rozbijajac namiocik tuz pod znakiem zakaz biwakowania.

Nastepnego dnia bylo z poczatku nawet gorzej. Wstalem o 7ej zeby juz z samego rana lapac okazje a tu nic – wszystko pozamykane, wlacznie ze stacja benzynowa i nic nie jezdzi. Poszedlem na koniec miasta na wylotowke i stoje. Moze z 5 stopni ciepla, zimny wrecz arktyczny wiatr i deszcz. I tak stoje z tym kciukiem i marzne. W koncu zrezygnowany zaczalem wracac zeby wsiasc do autobusu, a tu mi sie koles zatrzymuje. Podwiozl mnie do punktu policyjnego za miastem (nie wiem czemu ale za i przed kazdym miastem w Argentynie sa posterunki policji – kontrola dokumentow i spisywanie danych wlacznie z skad i dokad sie jedzie; nie pytajcie po jaka cholere oni to robia), gdzie sie ciezarowki beda zatrzymywac. No jakos dzis sie nie chcialy zatrzymywac. I kolejne dwie godziny stania. Jak juz mi kciuk odmarzal, to byl dla mnie znak do kapitulacji. I znow w tym momencie sie zatrzymuje auto – tym razem do granicy, gdzie moglem z kierowcami oko w oko, tam ja mam przewage. Z granicy juz latwo. Pierwsza zapytana osoba zabrala mnie do samego Rio Gallegos. No ale wlasnie trzeba twarza w twarz. Babka tez juz kabinowac chciala ale zrzucila decyzje na meza, a ten tylko powiedzial ze jak sie zmieszcze to moge jechac. Co ja sie nie zmieszcze.
I tu przychodzi najlepsze co w autostopie – ta satysfakcja ze sie jedzie i poznani ludzie. Bo gdyby nie stop to nie poznalbym Julietty i Martina i nie zobaczylbym za wiele z Ziemi ognistej. Wiara w ludzi rosnie i to jest piekne.
Na stopa potrzeba tez czasu, a mnie, niestety zaczyna juz gonic – a tyle jeszcze miejsc przede mna.

Dotarlem do Chile, do Puerto Natales.
Ide do parku Torres del Paine – wracam za kilka dni.

5 – 18.01.10 – Patagonia.


I’ve just reached a place
Where the willow don’t bend.
There’s not much more to be said
It’s the top of the end.

Dokladnie tak – jestem na samym poludniu. Dalej sie bez bardzo grubej kasy nie da (dla zainteresowanych: ok 4tys dolarow za 10cio dniowy rejs na Antarktyde). Jestem w Ushuaia na Ziemi Ognistej, samiutkim koniuszku Argentyny, 14160 km w linii prostej od domu.
Jak do tego doszlo:
Plan byl taki – wsiadam w pociag wieczorem, wysiadam w Bahia Blanca i jade na samo poludnie – stopem. Ale dowiedzialem sie ze tak wlasciwie to mozna pociagiem dojechac do Bariloche, trzeba sie tylko przesiasc w miejscowosci niedaleko Bahia Blanca. Wiec czemu nie. Zmiana planu.
Rano dowiaduje sie ze ta miejscowosc niedaleko to ponad trzy godziny jazdy autobusem. No nic, jade dalej. Zajezdzam do miasteczka Viedma i od razu zmierzam na dworzec. Dworzec to duze slowo – opuszczony budynek poza miastem. Widok rodem z westernow. Pociag do Bariloche owszem jest, ale za 2 dni i w ogole jezdzi tylko raz w tygodniu. Jakos nie chce mi sie czekac.
A wiec powrot do planu pierwotnego. Zeby nie tracic nocki w Viedmie, wsiadam do autobusu do Trelew. Rankiem na miejscu, na dworcu autobusowym Trelew, udalem sie do informacji turystycznej z otwartym zapytaniem: gdzie tu mozna stopa lapac i jak tam dojechac. Pani ze zrozumieniem wyciagnela mapke i wskazala mi stacje na wylocie z miasta oraz poinformowala jakim autobusem tam dojechac.
Na jazde dlugo czekac nie musialem. Po kilku rozmowach z kierowcami, siedzialem w ciezarowce do Comodoro Rividavia – 400 km na poludnie. Za oknami niewiele – jeden wielki step. Ale bardzo klimatycznie.
W Comodoro szczescie mnie opuscilo. Utknalem na stacji. Jakos nikt nie chcial jechac tam gdzie ja. Przez chwile myslalem, ze cos sie ruszy ale koles, ktory obiecal jazde sie rozmyslil i bez zdania odjechal. Obejrzalem cudowny zachod slonca i rozbilem namiocik za stacja, zeby z rana zaczac od nowa.
Nastepnego dnia znow nic. Zmienilem stacje i tez echo. Tylko wietrzysko sypie piachem po oczach. Zeby nie tracic czasu wsiadlem w autobus nocny do Rio Gallegos.

Na miejscu sie dowiedzialem ze nastepny wolny bilet do Ushuaia, gdzie zmierzam, jest dopiero nastepnego dnia i drogawo troszke. Wiec znow na stacje.
Troche zajelo lapanie przewozu, ale udalo sie. I to do samego Ushuaia – prawie 600 km. Krajobrazy z poczatku takie same czyli step. Po przekroczeniu ciesniny Magellana (brzmi magicznie co nie), troszke sie zmienilo. Widoczki zaczely mi przypominac troszke szkocka wyspe Skye, tylko skala nie ta i wiaterek dmucha podobny. A czym dalej na poludnie tym czesciej pojawialy sie pagorki, a w koncu gory. Cudo.
A tak w ogole to fajnie sie jezdzi tirami, miejsca sporo, kierowcy fajni a najlepsze, ze na granicy (bo na chwile wjechalem do Chile) nie trzeba stac w dlugiej kolejce z cala rzesza turystow, po stepelek. Kierowca tylko powiedzial, ja jestem z nim, skinal na mnie i w droge. A jak jednemu celnikowi cos sie nie spodobalo ze nie stoje jak inni, to mu nazdal, ze on nie turysta on w pracy a ja z nim i koniec.

Szczescia ciag dalszy. Kolega mojego kierowcy, jadacy za nami, przewozil parke argentynskich autostopowiczow – Juliette i Martina i po krotkiej rozmowie zaproponowali mi nocleg u swojego wojka w Ushuaia. Cos pieknego, tymbardziej, ze dojezdzamy na miejsce po pierwszej w nocy.

I tak oto host mnie znalazl a nie ja hosta. Rodzinka aktywisow – mlodzi to anarchisci (na wiece chodza ale bez szalenstw), starsi sa czlonkami partii "Humanista". Szkoda ze nie znam na tyle hiszpanskiego zeby podyskutowac, bo byloby ciekawie.
Spedzilem w domku kilka bardzo udanych dni. Zasiedzialem sie szczerze mowiac.
Samo Ushuaia jest nieciekawym miastem – glowna ulica to takie krupowki, pelno turystow. Reszta miasta sie ciagle rozbudowuje i to w sposob raczej dziki. Powstaje pelno chaotycznych domkow pokrytych blacha falista lub innymi materialami z odzysku.
Ale za to poza miastem jest na co patrzec. Piekne gory i wspaniale widoki.
Jednego dnia wybralismy sie poza miasto do parku Tierra del Fuego, gdzie udalo mi sie uniknac placenia, jak to niektorzy nazywaja, faszystowskiego systemu cen, czyli miejscowi placa grosze a cala reszta jakies 10 razy wiecej. Ja wjechalem jako Argentynczyk. Sam park jest bardzo ladny a widoki przepiekne. Niestety padalo caly dzien.
Innego z koleji pojechalismy bardziej na wschod, gdzie rzadko ktokolwiek dociera. Bylismy tylko my i wiatr i przepiekne widoki.
Jeszcze innego dnia wybralem sie na spacer bardziej w gory, podejrzec tutejszy lodowiec, ktory wygladal szczerze mowiac jak pozostalosci sniegu po ostatniej zimie.
I wieczorami siedzielismy przy winku. Nawet cos naszego upichcilem – smakowalo. I trafily sie po drodze urodziny Juliety (tej dziolszki u ktorej wujka sie zatrzymalem) – znow argentynska fiesta.
I kiedy juz mialem wyjezdzac, zaproponowali mi zebym sie z nimi na wycieczke nad jezioro wybral, gdzie nocowac mamy – kolejne dwa dni. A po przyjezdzie byly urodziny znajomego ciotki i znow bylem zaproszony.
A pozniej byla niedziela i na dzien dobry mi powiedzieli, ze moge zapomniec dzis o stopie – ciezarowcy wypoczywaja, a wczasowicze wola inne dni na podroz.
I tak spedzilem na Ziemi Ognistej tydznien czasu. Szkoda tylko, ze pogoda byla troszke kiepska. Ponoc zimniejsze lato niz zwykle – czemu mnie to nie dziwi.
Jutro juz na pewno wyjezdzam.

Jest teraz tez chwila na krotkie podsumowanie pewnego etapu, gdyz przejechalem cala Ameryke z samej polnocy na samiutkie poludnie – okolo 13400km (wg google).
Dalej jade na polnoc z tym, ze juz teraz wiem, ze do Kolumbii najprawdopodobniej nie dotre. Skonczy sie na Boliwii. I to tez w sumie niewiadomo.
Koncza mi sie juz pieniazki. Jest tez inny powod dla ktorego wczesniej wracam, ale to sprawa osobista i nie chce mi sie jej tu poruszac.

31.12.09 – 5.01.10 – Nowy Rok w Buenos Aires.

Musze sie przyznac do kilku rzeczy.
Po pierwsze nie wiem jak opisac to co sie dzialo przez te kilka dni. Byl sylwester i hostelowa impreza z tej okazji. Mialem jechac do centrum i zobaczyc jak sie Portenios (tak sie nazywa mieszkancow Buenos), ale nikt nie byl mi w stanie powiedziec czy cokolwiek bedzie sie dzialo. A poza tym bylbym sam i wracalbym kawal drogi albo piechty albo taksowka. Wiec stwierdzilem ze dolacze sie do imprezy w hostelu.
I dobrze wybralem bo impreza byla udana. Wpierw grilowalismy na dachu do drugiej. A pozniej pojechalismy do jednego z wielu klubow. Noc skonczyla sie okolo 6tej.
Nastepnego dnia wszyscy dogorywali. Dopiero pod wieczor wyszedlem sie przejsc.
Kolejny dzien. Znow spacer, zadne tam zwiedzanie. Kilka parkow w tym calkiem sympatyczny – japonski. Wieczorem zrobilismy sobie kolacje w hostelu, do ktorej dolaczylo sie polowe "mieszkancow". Ja oczywiscie zapodawalem kuchnie wloska. Kolacja skonczyla sie kolo pierwszej po czym udalismy sie do kolejnego klubu (chyba najlepszego w jakim kiedykolwiek bylem). W lozku bylem okolo 8ej rano.

W niedziele wybralem sie z Avim, jednym z chlopakow z hostelu na niedzielny targ, do centrum. Schodzilismy caly dzien ogladajac pierdoly i jednoczesnie wczuwajac sie w atmosfere tego miejsca. Wieczorem znow tance. Ale inne tym razem. Avi szedl na lekcje tanga wiec zabralem sie z nim. Kilka krokow powiedzmy ze poznalem.
Nastepnego dnia znow pochodzilismy troche po centrum, jak i po portowej dzielnicy. Wieczorkiem pizza i wczesne lozko.
We wtorek przyszlo mi opuscic to piekne i klimatyczne miasto. Przyznam sie ze samego miasta za wiele nie widzialem. Na meczu tez zadnym nie bylem bo maja przerwe letnia. Oj chyba bedzie trzeba tu wrocic.
Po drugie, zaczynam miec problem z piciem, w tym kraju. Nie nie chodzi tu o ilosc a o wybor. No bo co tu wybrac kiedy kawa zdaje sie byc smaczniejsza niz w Brazylii, piwo jest calkiem niezle i tanie w dodatku, wino jest jeszcze smaczniejsze i rownie tanie, a do tego jest jeszcze mate, ktora mi posmakowala, no i soki (choc te nie tak dobre jak brazylijskie). No co wybrac.
Po trzecie – problem z jedzeniem. Jak wyzej, problem z wyborem. Wyborem pomiedzy stekami i innym czesciami zgrillowanej wolowiny, hamburgerami, kielbasami i innymi kanapkami, jak i pastami i pizzami, gdyz kuchnia wloska ma sie tu jak u siebie w domu (choc pizzy na plaskim spodzie uswiadczyc ciezko). A sa jeszcze empanady, ktore sa tu przepyszne.
Wspanialy poczatek roku we wspanialym miescie.

19.12.09 – Tres frontieras.

Granice w Ameryce Poludniowej to calkiem ciekawe zjawisko. Szczegolnie mozna to zaobserwowac tu na pograniczu Brazylii, Argentyny i Paragwaju.
Niby nic szczegolnego bo jak na kazdym przejsciu granicznym trzeba sie zglosic po pieczatke na wyjazd z kraju, a zaraz pozniej stempelek na wjazd do kraju. Z tym ze tu nikt tego nie pilnuje. Jak chcesz pieczatke to se przypilnuj tego. Mozesz sobie po nia isc, o tam jakies 3 km. Bo straznice imigracyjne sa sporo od siebie oddalone.

W Wenezueli autobus zatrzymal sie przy odprawie wenezuelskiej i sobie pojechal. Po pieczatke brazyliska z kolei czekalem ponad dwie godziny, bo sieste mieli.

Natomiast jadac z Brazylii do Argentyny trzeba sie upomniec kierowcy, zeby raczyl sie zatrzymac. Zatrzymie sie owszem, ale nie zaczeka. Bo po co. Trzeba czekac na drugi bus bo Argentynskiej budki to nawet nie widac. Po jakiejs godzinie ta sama historia. Zatrzymie sie pan kierowca a jakze, ale nie zaczeka. I zas czekanie.

A jeszcze fajniej jest na przejsciu z Argentyny do Paragwaju. Wsiada sie do busika w Argentynie i sie jedzie na granice. Tam o dziwo pan czeka. Pozniej wjezdzamy do Brazylii i przejezdzamy przez cale miasto, bez kontroli, az do granicy z Paragwajem. No a tam to juz trzeba dac znac kierowcy bo pogna dalej i trzeba sie bedzie wracac z 15toma kilogramami na plecach w 35cio stopniowym upale.
Tak wiec mozna granice przekraczac busikami. Ale mozna tez piechty, o czym sie niechcacy przekonalem. Wsiadlem do autobusu miejskiego w Paragwaju i sobie jade. Po jakims czasie skaplem sie skad znam mijana okolice – to granica. Trzabylo krzyknac zeby sie kierowca zatrzymal, ale jakos nie bylem na silach (no bo niby co mu da ze jakis gringo do niego bedzie en ingles). Wiec jade dalej. Po chwili juz bylem w Brazylii, bez zatrzymywania sie, bez kontroli. Wysiadlem w koncu jakis kilometr za granica. I co, no trzeba wrocic. I tak sobie ide. Granica Brazylijska – wszedlem do budynku celnego, przeszedlem spokojnie, bez niepokojenia celnikow, w przeciwnym kierunku do zmierzajacych do Brazylii setki ludzi. Pozniej most kilkaset metrow i emigracja Paragwaju. Nikt nawet na mnie nie spojrzal. No co w sumie to moja sprawa czy jestem w danym kraju legalnie czy nie, nieprawdaz.

16 – 18.12.2009 – Park narodowy i wodospady Iguazu.

Na granicy Paragwaju, Brazylii i Argentyny natura utworzyla cos niesamowitego. Cos o czym krolowa Anglii powiedziala: „biedna Niagara”. Zespol wodospadow Iguazu.

Park narodowy jest podzielony miedzy Brazylie i Argentyne. Na dzien dobry zatem odwiedzilem brazylijska czesc. Autobusik podwiozl rzesze turystow pod szlak i powoli mozna bylo zaczac wsluchiwac sie w odglosy spadajacej wody. Pod koniec krotkiego szlaku slychac juz bylo tylko huk wodospadow.


Brazyliska strona okazala sie jednak tylko namiastka tego co mozna zobaczyc u poludniowego sasiada.

Nastepnego dnia tam sie wlasnie udalem. Tu szlakow juz jest kilka. Na poczatek udalem sie nad najwiekszy z wodospadow zwany Gardziela Diabla. Niesamowity. Niewyobrazalne ilosci wody gdzies spadaja w dol. I ten huk.

Pozniej odwiedzilem rowniez spektakularne lecz mniejsze wodospady. Wszystko to przy akompaniamencie spiewu dzungli.