Posts Tagged ‘Azja’

22.09 – 2.10 – Istambul.

Slonecznego poranka dnia 22ego wrzesnia spotkalem sie z przyjaciolmi – Lukaszem i Witkiem w celu 10cio dniowego podboju Turcji.

Samolot wieczorem ma nas zabrac tam z Bratyslawy wiec trzeba sie dostac do stolicy Slowacji. Na szczescie Grzegorz brat Witka ma czas nas tam podrzucic autkiem, wiec git. Droga minela spokojnie, polazilismy jeszcze chwile po centrum Bratyslawy i na lotnisko.
Po kilku godzinach stopy nasze dotknely ziemi tureckiej. Z lotniska autobusem szybko przetransportowalismy sie do centrum Istambulu i poszlismy znalezc jakies noclegowisko. Po drodze jeszcze mi sie usnelo i przegapilem jak przejezdzalismy ogromnym mostem nad bosforem, o czym sie dowiedzialem od kumpli.
Na nocleg wybralismy maly hostelik tuz za Niebieskim Meczetem, w ktorym Witek kiedys spal. W hostelu – kima.
Po poludniu poszwedalismy sie po miescie a wieczor zakonczylismy na moscie palac fajke wodna i popijajac raki – miejscowa wodka na bazie anyzu.

Drugiego dnia wzielismy sie ostro za zwiedzanie. Na pierwszy strzal poszedl Blekitny Meczet. Jednak byl tak zatloczony ze szybko wyszlismy. Pozniej szwedalismy sie od meczetu do meczetu i w ogole po miescie.
Wieczor zakonczylismy na tarasie naszego hosteliku popijajac raki. Byl super klimat – bylo cieplo ale nie goraco, po nawolywaniu muezinow (od ktorych to juz mi gesia skorka wyskakuje:)) zaczela do nas dochodzic jakas turecka muzyka. Cisza spokoj i ta muzyka. Po prostu super.

Nastepny dzien juz zrobilismy sobie lajtowy. Pozna pobudka, troche lapania slonca na tarasie, ktorego jak na turcje to cos malo bylo. W miedzyczasie Lukasz poszedl cos zwiedzac, a Witek czytal ksiazke. Po jakims czasie poszedlem na spacerek na nabrzeze. Wrocilem po (chyba) dwoch godzinach. Wypilismy piwo i poszlismy obadac sytuacje z noclegami i promami do naszej kolejnej miejscowosci, nadmorskiego kurortu o wdziecznej nazwie Cinarcik.
Pod wieczor poszlismy do tureckiej lazni. Taka sauna z peelingiem i masazem. Fajna, choc masaz nie byl jakis specjalny. Wygrzalismy sie, wypocilismy i na kolacje. A jeszcze przed kolacja skoczylem do golibrody zarosta sie pozbyc – mistrzostwo swiata (choc Indie to to nie sa), elegancko mnie ogolil, wymyl twarz, plynow i pudrow ponakladal jakichs a i grzywe mi przeczesal (az sie chlopaki ze smiechu zataczali ze wygladam jak jakis Tomasz Lis z lat 90tych;).
Po kolacji resztka raki na tarasie przy akompaniamecie tureckiej muzyczki. I spac.

Cinarcik, Cinarcik cudowne nadmorskie Cinarcik, przywitalo nas lekkim deszczykiem. Napilismy sie herbatki i poszlismy poszukac spania. Tuz przy drodze na nabrzezu byl nieduzy motel wiec poszlismy tam. Warunki sie spodobaly wiec mielismy juz nocleg.
Pozniej poszlismy na spacerek. Miastko wyludnione calkowicie w przedzile wiekowym 5 – 60. Poszlismy poszukac tej slynnej plazy. Znalezlismy. Posrod smieci znalezlismy cos co pamieta turystow – bar i kilka lezakow. Mozna – zapytalismy wskazujac na lezaki. Wspominalem juz ze bylo dosc zimno? Spytalismy jeszcze czy piwo podaja. Tak, prosze – padla odpowiedz. To trzy prosze. Zapadla cisza. No prawie, bo fale zaczely huczec bardziej. Halo, trzy piwa prosze – ponowilismy prosbe. Nie ma piwa – padla spokoja odpowiedz. A pozniej zaczelo padac …
Wrocilismy do pokoju, ogladajac jeszcze po drodze zniszczone trzesieniem ziemi sprzed kilku lat i opuszczone bloki mieszkalne, sklepy, bary.
Dobrze ze udalo sie znalezc jakis sklepik i zrobic zapasy trunkow na wieczor. I cale szczescie ze w pokoju byla kablowka z angielskojezycznym kanalami. Bo za oknem niezle wiuchalo.

Rano za oknem wygladalo jakby wlasnie przeszla tedy siostra huraganu katrina. Chwile zesmy sie zastanowili i wyszlo nam ze lepiej bedzie wrocic do Istambulu. Co tez niezwlocznie uczynilismy. Sie w hostelu zdziwili widzac nas znowu tak szybko. Cinarcik.

Reszte pobytu spedzilismy szwedajac sie po miescie. Ktoregos dnia wybralismy sie na rejs po bosforze innego poszlismy zobaczyc wieze Gallata chodzac do pozna po pobliskiej dzielnicy. Jeszcze innego przesiedzielismy w pubie ogladajac w poludnie formule 1 a wieczorem futbol amerykanski. Wieczory spedzalismy na tarasie, ratujac turecka gospodarke, oprozniajac ich zapasy browarow.

Ostatni dzien zarezerwowany byl na Hagie Sophie, ktora robi ogromne wrazenie. Prawie pol dnia spedzone na ogladaniu tej niegdys najwiekszej swiatyni chrzescijanskiej.
Ostatni wieczor podobnie jak pierwszy zakonczylismy na pozadnej sziszy. Pozniej juz tylko bus na lotnisko i do Bratyslawy skad ponownie autem do Polski.

Dziwny to byl troche wyjazd, taki troche stacjonarny sie zrobil, jednak ubawilem sie niezle i wypoczalem psychicznie. A samo miasto Istambul jest po prostu cudowne. Coprawda spodziewalem sie ze bedzie taniej i cieplej przede wszystkim, ze po deszczowym lecie w Szkocji wygrzeje sie pozadnie w Turcji. No coz nie mozna miec wszystkiego :)

12 – 17.04 – Shenzhen, Hong Kong. Powrot do domu.

Samolot wyladowal na lotnisku w Shenzhen, w Chinach, tuz przed polnoca. Chwile poniej bylem juz w autobusie do miasta. Nie wiedzialem dokladnie gdzie jechac, wiec wypytalem o droge. Jedna dziewczyna zdecydowala sie mnie zaprowadzic do hostelu. Zanim go jednak znalezlismy minelo kupe czasu, na miejsce zaszlismy kolo 2 w nocy. Hostel Loft w Shenzhen sam w sobie jest super, ale lokalizacja jest okropna.
Na miejscu, poznalem Krzyska z Lodzi i razem w trojke poszlismy … na masaz stop. Jakis taki dziwny kaprys. Masaz gitara, 80 minut za niecale 5 dolarow. Do hostelu wrocilismy nad ranem.
Po kilku godzinach snu sprobowalem obdzwonic wszystkie mozliwe biura w sprawie biletu lotniczego (wczesniej w Singapurze niczego nie zalatwilem). I nic. Niedziela. Wszystko pozamykane. Zdecydowalem, ze zostane jeszcze ten dzien w Shenzhen, a do Hong Kongu pojade nastepnego dnia razem z Krzyskiem.
Tymbardziej, ze zaproponowal mi nocleg u niego w mieszkanku. W miedzyczasie poszedlem do dzielnicy "elektrycznej". I tak jak bylem prawie w szoku w sklepach o podobnej tematyce w Singapurze, czy wczesniej w HK, tak teraz
szok byl wiekszy, bo do czynienia mialem nie z jednym budynkiem, a z cala ulica pelna kilkupietrowych budynków o asortymencie stricte elektryczno-elektronicznym. Po kilku sklepach i bardzo pobieznym ich obejsciu mialem juz dosc. Tymbardziej, ze spalem zaledwie 3 godziny. Wrocilem do hostelu posiedzialem chwile i razem z Krzyskiem udalismy sie znaleac jakas knajpke na kolacje. Bez powodzenia. Co za beznadziejne miejsce.
Shenzhen, a szczegolnie miejsce w ktorym znajduje sie hostel jest chyba jedynym miastem w Chinach, gdzie nie idzie znaleac jakiejkolwiek jadlodajni. Zakupilem wiec jakas zupke i przyrzadzilem ja w hostelu.
Poniej spac.

Nastepnego dnia wyruszylismy do Hong Kongu. Przejscie graniczne bez problemu, troche jazdy kolejka i juz bylismy na miejscu. Nastepnie ruszylem do agencji obslugujacej ofiary bankructwa "OasisHongKong". W sumie niczego
nowego sie nie dowiedzialem, mam dzwonic do biur lotniczych i pytac, a o kase musze wypelnic formularz i czekac, nawet do pol roku. Jako, ze byl juz wieczor obejrzelismy na nabrzezu Hong Kong Central pokaz swiatel i laserow i wrocilismy do mieszkania. Na miejscu kilka piwek w towarzystwie Krzyska i Shili, jego dziewczyny i spac.
Z samego rana zaczalem dzwonic po biurach lotniczych, z nadzieja, ze cos sie znajdzie. Wiekszosc biur juz nie miala miejsc na najblizsze kilka tygodni. Najlepsza oferta to Quantas Air Lines, na 21 kwietnia. Zostalo mi tylko zadzwonic do Air New Zealand i opcje by sie wyczerpaly. Na dzien dobry ze zmarnowanym glosem poprosilem o pierwszy wolny termin i chwile pozniej uslyszalem – 16 kwiecien. Czyli tak jak planowalem i nawet zdaze na WizzAira z Londynu do Polski – bomba. Godzine poniej juz mialem bilet w rece.
Reszte dnia spedzilem na kreceniu sie po HK Central oraz Kowloon, dokanczajec to czego nie zrobilem bedac tu za pierwszym razem, czyli przejazdzka najdluzszymi ruchomymi schodami swiata oraz hongkongskim dwupietrowym tramwajem.
Takie banalne, a cieszy.
Wieczorem spotkalem sie z Krzyskiem, ktory caly dzien spedzil na targach elektroniki i razem, po malym jedzonku w mojej ulubionej knajpce z pierwszych odwiedzin HK, udalismy sie na targ elektroniczny w Sham Shui Po oraz Mong Kok.
Poniej do domku, gdzie czekala juz Shila oraz jej znajomi – won ton i whisky.
Samolot mialem o 8.45, a stawic na lotnisku 2 godziny przed lotem, a wiec czekala mnie wczesna pobudka. Postanowilem wcale sie nie klasc spac.
Na lotnisko autobus mialem prawie spod mieszkania i po kilkudziesieciu minutach jazdy bylem juz na miejscu.
Szybka odprawa, chwile czekania gapiac sie z oddali na wschodzace slonce nad Hong Kongiem (uwielbiam to miasto – jest po prostu genialne) i wylot do Londynu.
Dwanascie i pol godziny pzniej wyladowalem w stolicy Wielkiej Brytanii. Jako, ze mialem piec godzin czasu do nastepnego lotu, postanowilem odwiedzic Sanjego, ktory mieszka niedaleko. Po malym piwku i porcji smazonego ryzu,
czas bylo zbierac sie na kolejny lot – ostatni na tej wyprawie.
16ty kwietnia byl najdluzszym dniem mojego zycia, dzieki zmianom czasu doba dla mnie miala 31 godzin.

Dnia 17tego kwietnia po 230 dniach wyprawy wyladowalem w domu. Na lotnisku juz czekala moja niezastapiona kuzynka Marta i po kilkudziesieciu minutach moglem sie zameldowac w domu, gdzie nikt sie mnie nie spodziewal.

10 – 12 – Singapur.

Do Singapuru przyszlo mi wjechac. Dokonalem tego wyczynu za pomoca autobusu, bezposrednio z Melaki. Granica bardziej niz cywilizowana, szybko sprawnie.
Singapur przywital mnie deszczem. Zaczelo lac tuz po przekroczeniu granicy i lalo, i lalo. W chwili miedzy deszczem dotarlem do "Little India", gdzie znalazlem nocleg w hostelu "Prince of Wales". Na zewnatrz lalo wiec musialem spedzic troche czasu zanim deszcz zelzal na tyle, ze mozliwe bylo jakiekolwiek wyjscie. O zwiedzaniu nie bylo zadnej mowy, plan na reszte dnia to badanie rynku, czyli rozejrzenie sie w cenach tutejszej elektroniki. A najlepszym do tego miejscem jest kilkupietrowy Sim Lim Square. Na szczescie niedaleko hostelu. Kilka pieter czystej elektroniki, zarowno uzytkowej, od aparatow po komputery, jak i najrozniejszej masci podzespoly. Dokonac zakupu w sumie latwo nie jest, mase sklepikow kusi roznymi okazjami, a la "tylko dzisiaj" lub "specjalnie dla ciebie", niektore ceny sa wrecz niewiarygodne, nalezy jednak bardzo uwazac, gdyz miejsce stalo sie znane z oszustw. Kant glownie polega na roznego rodzaju podmiankach pod lada, lub sprzedaniu sprzetu uzywanego lub nawet uszkodzonego (przy czym oferty specjalne czesto nie zawieraja gwarancji – no bo bedzie taniej). Mimo wszystko miejsce jest najprawdopodobniej najtanszym miejscem z elektronika na swiecie.
Po rozejrzeniu sie po sprzecie i cenach, udalem sie na kolacje i wrocilem do hostelu. Ciagle lalo.

Nastepny dzien do bezchmurnych nie nalezal, ale przynajmniej nie padalo. Udalem sie wiec w wedrowke po miescie. Z "malych indii" spacerkiem w kierunku centrum, az po "chinatown". Po drodze zatrzymywalem sie co chwile, zeby nacieszyc oczy widokiem miasta, wiezowcow, lub zeby cos przekasic. W "chinatown" odwiedzilem kilka swiatyn, z ktorych godna polecenia jest "Swiatynia Reliktu Zeba Buddy" – piecio pietrowa budowla zbudowana w stylu japonskim (znaczy sie ponoc chinskim dynastii Tang, ale wystarczy rzucic okiem zeby dostrzec typowo japonskie elemety), poswiecona Buddzie. W srodku jest kilka hal z figurami Buddy, a takze muzeum poswiecone tej religii. Na dachu zas jest maly ogrod oraz najwiekszy w Azji mlynek modlitewny.

W drodze powrotnej tuz pod wiezowcami na nabrzezu rzeki kusi cala masa restauracji i barow specjalizujaca sie w przysmakach tutejszych. Malo nie braklo zebym porzadnie zaszalal, na szczescie w portfelu nie bylo wystarczajacej gotowki. Na szczescie, bo pomimo nizelej (targowanej) ceny za kraba w sosie chilli, miejsce to jest dosc drogie i zrobiloby mi niezla dziure w budzecie. Zatrzymalem sie na dluzsza chwile pod budynkiem tutejszej opery, ktorej to kopuly zrobione sa na ksztalt rybiej luski. Mieszkancy jednak wola nazwe "Wielki Durian", na czesc tego jakze intensywnie pachnacego owoca.
Po powrocie do mojej dzielnicy udalem sie jeszcze do kafejki internetowej, gdzie zastal mnie niezbyt wesoly mail. Linia lotnicza, ktora mialem zamiar wrocic do swiata europejskskiego, odwolala wszystkie loty, z moim wlacznie. Tak, ze na dobranoc mialem o czym myslec.

Z rana zas zaczelo lac. Wrocilem do kafejki, zeby wyczytac wiecej co sie wlasciwie stalo, jak mam wrocic i co z moja kasa. W agencji do ktorej mialem zadzwonic w kwestii wyjasnien nikt nie podnosil sluchawki. Wywnioskowalem, ze w Singapurze nic nie zalatwie i z pytaniami musze zaczekac do czasu przybycia do Hong Kongu.
W strugach deszczu udalem sie w kierunku Sim Lim Square po moja nowa zabawke. W upatrzonym wczesniej sklepie, z certyfikatem "Starretailer"(gwarantujacym uczciwosc i rzetelnosc sprzedawcow oraz dobra jakosc produktu), przywital mnie wczesniej poznany sprzedawca. Za cene, ktora sama w sobie jest duzo tansza od tej ktora dostalbym gdziekolwiek w europie (moze w USA bylaby podobna), dostalem Nikona D80 w zestawie z obiektywem Nikkor 18-135, plus dwa filltry, karte pamieci oraz torbe na to wszystko. Po prostu bomba.
Po wyjsciu ze sklepu deszczu juz nie bylo, wiec udalem sie zobaczyc jeszcze pobliski Meczet Sultana. Nastepnie juz tylko kolejka miejska na lotnisko skad mam lot w niewiadma.

7 – 9.04 – Melaka.

7.04

Melaka to kolejne miasto o chrakterze kolonialnym. Praktycznie przez cala swoja historie bylo pod wladaniem obcych – najpierw przyplyneli Portugalczycy w 16 wieku, pozniej na ich miejsce przybyli Holedrzy, a pozniej Brytyczycy. Przez chwile byli tu tez Japonczycy. Tak czy inaczej europejczycy mocno odcisneli tu swoje pietno. Co w polaczeniu z "rdzennymi" chinczykami daje niezla mieszanke zarowno pod wzgledem architektonicznym jak i kulinarnym. A zapomnialbym jeszce o Hindusach – tez sa.
Po przyjezdie zostawilem toboly w hostelu i udalem sie na przechadzke po miasteczku. Byl juz wlasciwie zmrok wiec wiele sie niedzialo i wiele nie zobaczylem. Pochodzilem troche, cos zjadlem, zatrzymalem sie na kawke w chinatown, kupilem kilka owocow i wrocilem do hostelu.

8.04
Po sniadanku i kawce wybralem sie na zwiedzanie. Na pierwszy strzal poszedl portugalski fort na wzgorzu, a wlasciwie to co z niego zostalo czyli kilka scian. Po Portugalczykach i Holendrach do fortu przybyli brytole i z kosciola zrobili sobie magazyn na proch i bron, a historia juz kilka razy pokazala jak sie takie genialne plany koncza. Pozniej sie rozpadalo i to znacznie wiec trzebabylo sie gzies schowac. Na szczescie obok fortu stoi muzeum niepodleglosci. Wystawa w sumie nudna, ale przynajmniej nie kapie z gory.
Nastepnie kroki skierowalem na stary holenderski ratusz "Stadthuys", tu naszczescie brytyjczycy byli bardziej rozwazni i zrobili sobie … ratusz, a teraz sa tu muzea – historii, etnografii i literatury oraz mala wystawa chinskiego zeglarza Ho, ktory ponoc oplynal swiat zanim jeszcz Kolumb sie narodzil, a tu w Malace byl kilka razy. Po ratuszu-muzeum udalem sie do Kosciola Chrystusa zbudowanego przez Holedrow w 1753 roku. Z zewnatrz jednak prezentuje sie duzo lepiej niz wewnatrz. Pozniej znow sie rozpadalo i utknale gdzies pomiedzy "Little India", a licznymi kafajkami – ciasteczko tu, kawka tam… W chwili miedzy deszczem, a deszczem udalem sie jeszcze na chwilke do chinatown, a pozniej juz do hostelu – nie dosc, ze zneczony, to jeszcze mokry.

9.04
Dzis juz bez deszczu. Po porannej (czyt. poludniowej) kawce udalem sie ponownie trasa hostel – male indie – chinatown, obejrzec to samo tylko na such oraz rozejrzec sie za swieza ziarista kawa. Niestety kawy nie udalo sie zakupic (ciagle nie umie sobie wydarowac, ze nie kupilem jej w Wietnamie), ale za to odwiedzilem kilka swiatyn. Nastepnie udalem sie na dluzszy spacer do osady portugalskiej, oddalonej od centrum jakies cztery kilometry. Poza malymi domkami przypominajacymi moze troszke te z okolic Portugalii, niczego wiecej tam nie ma. Wrocilem wiec z powrotem do chinatown, ktore to dopiero po zmroku pokazuje swoje prawdziwe piekno i charakter.
Wieczorem zmeczony wrocilem do hostelu. Czas spac bo rano czeka mnie autobus do kolejnej destynacji.

4 – 7.04 – Kuala Lumpur.

Kuala Lumpur – stolica Malezji i jej najwieksze miasto. Slynne wieze Petronas widac juz z oddali.
Zatrzymalem sie w "Domu Podroznika – Travellers Home" w China Town w samym sercu KL. Zaraz po rozpakowaniu udalem sie w miasto. Walesalem sie po uliczkach miasta do samego wieczora. Po drodze zaliczylem targ w dzielnicy chinskiej, niedaleko hostelu, sprzedajacy najrozniejsze rzeczy poprzez podkoszulki i portwele po najnowsze filmy i seriale. Po jakims czasie wsiadlem w tutejsza kolejke miejska, podobnie jak w Bangkoku, estakadowa. Przejechalem kilka stacji i wysiadlem w dzielnicy biznesowej, wsrod wiezowcow, drogich hoteli i wielkich supermarketow. Odwiedzilem jeden z nich – kilka pieter samej elektroniki. Ceny nizsze od polskich, ale wyzsze niz w Hong Kongu. Nastepnie wsiadlem w kolejna kolejke i podjechalem pod wieze Petronas. Niestety deszcz uniemozliwil podejscie pod same wieze i nacieszenie sie ich widokiem. Wskoczylem ponownie do pociagu i wrocilem do Chinatown. Deszcz ustal wiec pokrecilem sie jeszcze troche, zjadlem cos u hindusow i wrocilem do hostelu.

Po sniadanku w hostelu i kawce udalem sie do oddalonego o kilka miut drogi meczetu narodowego. Po drodze przeszedlem przez dworzec glowny – maly ale bardzo ladny. W meczecie wlasnie sie modlili wiec musialem wrocic tu pozniej. Czekajac na mozliwosc wejscia do meczetu odwiedzilem glowny plac miasta
"Merdaka Square". W samym centrum placu znajduje sie jeden z najwyzszych masztow na flage – pozostalosc po rzadach brytyjczykow, wokol placu bardzo ladne budynki. Po jakims czasie wrocilem do meczetu. Obszedlem go
dookola i zatrzymalem sie przy glownej hali modlitewnej, do ktorej nie-muzulmanie nie maja wstepu.
Podszedl do mnie jeden muzulmanin – wolontarusz i zaprosil na rozmowy o islamie. Przegadalismy kilka godzin w bardzo milej stmosferze. Wiele rzeczy Wyjasnil, kilka ciekawych spostrzezen, a wiele nowych pytan sie zrodzilo, na kilka z nich nie uzyskalem odpowiedzi. Bardzo interesujace doswiadczenie.

Po tej dlugiej lekcji islamu udalem sie na wieze telewizyjna, jedna z najwyzszych na swiecie – 427 metrow. Z gory przepiekny widok na miasto o zachodzie slonca. Niedaleko wiezy telewizyjnej stoja wieze Petronas i mozna na nie popatrec prawie z gory. Petronas Towers byly kolejnym celem mojego zwiedzania miasta.
Z kazdym kolejnym krokiem, zblizajacym mnie do nich, stawaly sie piekniejsze. Do srodka juz nie wszedlem – bylo zamkniete. Mozna wjechac na pomost laczacy obie wieze, ale trzeba przyjsc wczesnie rano, ustawic sie w dlugiej kolejce i liczyc na to, ze sie jeszcze dostanie bilet – sa limitowane. Dla mnie juz pierwszy warunek praktycznie wyklucza mozliwosc skorzystania z pomostu. Zreszta slyszalem wielokrotnie, ze rozczarowuje. Posiedzialem pod wiezami troche czasu, gapiac sie na nie, a w koncu wrocilem do hostelu.

Kolejnego dnia wybralem sie, jako ze niedziela do jednego z tutejszych kosciolow. Do tego najblizszego chinatown, drogi jakos nie znalazlem, a ten przy Merdaka Sqare okazal sie byc zamkniety, a w dodatku anglikanski. Pozniej zlapala mnie ulewa. Na odcinku kilku metrow, przebiegajac przez trzypasmowa ulice – przemoklem calkowicie. Dla przeczekania deszczu udalem sie na herbatke, a ze bylem w hinduskiej dzielnicy, byla bardzo dobra. Pozniej kolejny stop u golibrody i kolejna herbatka. W koncu rozjasnilo sie troche i moznabylo pochodzic po Little India. Wieczorem wrocilem do hostelu.

31.03 – 3.04 – Georgetown, Penang, Malezja.

Chec dalszego podrozowania zawiodla mnie do Malezji, a scisle na wyspe Penang do miasta Georgetown, bedacego jednym z najwiekszym miastem w tym kraju. Na miejsce dojechalem minibusem prosto z Hat Yai w Tajlandii. Przejscie graniczne bezproblemowo, pieczatka, przeswietlenie plecaka i w droge.
Georgetown od razu mi sie spodobalo – wspaniala kolonialna architektura i niesamowita atmosfera wilokulturowej spolecznosci. A chwile pozniej dostalem zapachami w twarz, a kubki smakowe powariowaly. Juz dawno uslyszalem z czego slynie Penang – reputacja tutejszej kuchni rozciaga sie na cala Azje Poludniowo-wschodnia. A to wszystko za sprawa mieszkajacych tutaj chinczykow, hindusow, muzulmanow i oczywiscie Malajow. Przede mna cala lista kulinarnych atrakcji turystycznych.
Do zwiedzania jako takiego za wiele nie ma – kilka chinskich taoistycznych swiatyn, kilka hinduskich, meczety. Troche poza centrum znajduje sie Wzgorze Penang, z ktorego roztacza sie piekny widok na wyspe oraz swiatynia Kek Lok Si bedaca najwieksza buddyjska swiatynia w Malezji – bogato zdobiona z motywami zarowno chinskimi, tajskimi jak i birmanskimi. Caly urok miasta jest jednak w waskich alejkach, zabudowanych w stylu kolonialnym. A najciekawsze, ze te wszystkie kamienice caly czas zyja swoim dawnym zyciem.
Posiedzialem wiec na wysepce dluzej troche niz planowalem. Pojadlem odpowiednio. Problemem malym sie okazalo, jak tu wybrac co jesc skoro wszystko takie pyszne. Jedna restauracyjke to specjalnie musialem omijac szerokim lukiem – co tamtedy przechodzilem to musialem sie na cos zatrzymac a to na kurczaka tandori, a to na mango lassi, a to na jakiegos paczka. A przeciez inni tez czekaja. Wieczory konczylem mala czarna pyszna swiezutka kawka w malej knajpce na nabrzezu. Juz za drugim razem mnie rozpoznali, podajac dokladnie to po co przyszedlem. Dodac musze, ze po Wietnamie (na ktory tak narzekalem, a ktory w ostatecznym rachunku nie byl taki zly) kawa juz nie smakauje tak samo. Wszedzie jakas bezsmkowa lura, a nescafe i inne instat badziewia wyczuc idzie z kilku metrow. Natomiast poki co w Malezji kawke maja calkiem calkiem dobra. Nie jest to Wietnam, ale juz blisko.
Ludzie tez inni – bardziej usmiechnieci i milsci nawet od Tajow. Podoba mi sie tu.
Do meczetu tylko nie udalo mi sie wejsc, bo sie w pore modlitw wybralem. Ale beda jeszcze okazje, w koncu to muzulmanski kraj.

28 – 31.03 – Krabi, Hat Yai.

Do Krabi zajechalem popoludniem, znalazlem hotelik i udalem sie cos przekasic. Niedaleko mojej noclegowni byl nocny rynek glownie koncentrujacy sie na wyzywieniu, kilkanascie straganow serwojacych zywnosc. Posiedzialem, pojadlem popilem i wrocilem do gosciny. Po drodze zakupilem jeszcze stos owocow i na podwieczorek byla pozadna salatka owocowa.

Rano zachcialo mi sie wybrac na pobliska plaze Rilay slynacej glownie ze scian wspinaczkowych. Wrocilem na miejsce nocnego targu, ktory znajdowal sie przy przystani promowej. Straganow zadnych nie bylo, ale za to byli naganiacze na promy. Dopadl mnie jeden taki z lodki do Rilay i malo co nie zaciagnal sila na poklad. Powiedzialem mu jasno i wyraznie, ze glodny nie wsiadam i ide na sniadanie, wkoncu koles zczail i odwracajac sie pomruczal cos, ze jak wroce to lodek juz moze nie byc. Po powrocie ten sam koles z nosem na kwinte zaproponowal od razu wyzsza cene. Odparlem, ze albo bedzie taka jak ostatnio albo nie jade. Jak fochy to fochy. W koncu zmiekl.

Rilay zatloczone od turystow. Tuz przy plazy kilka duzych osrodkow z basenami. Pochodzilem troche po plazy i poszedlem w glab waska sciezka. Podczas spacerku natknalem sie na ciekawa jaskinie. Dosc ladna, a w dodatku pusta, zadnych turystow. Chwile pozniej spotkalem grupe ludzi uprawiajacych wspinaczke. Trzeba przyznac, ze scianki tutaj sa imponujace. Popatrzylem chwile jak sie wspinaja i wrocilem na plaze. Na polnocnym krancu glownej plazy jest waziutka sciezka prowadzaca poprzez las i skalki na inna plaze, duzo bardziej ustronna o mniej komercyjnym charakterze. Polezalem chwile, pokapalem sie troche w morzu (rozwalajac przy tym stope o podwodne skaly) i wrocilem na przystan, gdzie lodkarz juz czekal.

Na kolacje zapragnalem sie wybrac do jednej knajpki opisanej w LP serwujacej ponoc lokalne specjaly. Zlazilem kilometrow mase i niczego nie znalazlem. Pytani po drodze ludzie nic nie slyszeli o podobnej knajpie. Wrocilem wiec na nocny targ i zaczalem sie obzerac owocami morza. Podczas kolacji nadeszla burza i zaczelo walic deszczem. Po chwili ulice zmienily sie w potoki. Po powrocie do pokoju jeszcze troche owocow i spanie

Kolejnego dnia zaspalem na pierwszy autobus do Hat Yai. Po wymeldowaniu szybko zajechalem na dworzec autobusowy, a tam kolejny autobus juz prawie odjezdzal. Glodny wsiadlem i w droge. Na krotkich przystankach, na szczescie udalo mi sie cos zakupic.

Zaraz po wyjsciu z autobusu w Hat Yai dopadli mnie naganiacze na minibusy do i za granice z Malezja. Zdecydowalem sie jednak zostac jeden dzien w tym miasteczku. Choc nie bardzo wiedzialem czemu – nic tu nie ma.

Wieczorem objawil mi sie prawdziwy powod dluzszego pobytu tutaj – kolacja z owocow morza. Ha. I to jaka. Kolacja z morza Malze w slodkim sosie chilli, rybka, nadziewana trawa cytrynowa, grilowana w lisciu bananowca i kraby smazone w curry. Eksplozja smakow i niebo w gebie.

Rano spakowalem sie i po sniadanku (znow owoce morza) i kawce wsiadlem w busika do Malezji.

Odzylem w Tajlandii musze przyznac. Calkiem inna niz poprzednie trzy kraje – duzo bardziej przyjazna, milsza i bardziej fair. Doszlo tym samym do mnie (po raz ktorys juz podczas tego wyjazdu), ze podrozowanie (w moim rozumieniu) to w duzej mierze kosztowanie tego co kraj ma do zaoferowania. A w poprzednich krajach bylo to bardzo utrudnione – prawie za kazdym razem trzeba bylo sie malo co wyklucac o cene, a w kafejkach byly specjalne menu dla turystow, nie zadko w dolarach (czyli jescze drozej). W Tajlandi jedna cena dla wszystkich, a przynajmniej cena nie wydajaca sie byc zawyzona. Nazekam non stop na cene ale jest ona tu waznym czynnikiem – kiedy chce sie np. pomaranczy i slyszy sie cene wyzsza od tej co we wlasnym kraju to sie wszystkiego odechciewa. I sprzedawcy dobrze wiedza, ze ty wiesz, ze cena jest zawyzona i dalej ida w zaparte. I tak podjadlem sobie pozadnie owocow, i tych z drzew i krzewow, i tych z morza. I wszystko w milej atmosferze.

Plaze i wyspy Tajlandii to kolejna historia. Jest tego mnostwo i wszystkie piekne. Ja zdolalem trafic na te bardziej ustronne, bez wielkich resortow (z malym wyjatkiem Rilay). Nawet Ko Tao choc dosc turystyczna wydaje sie byc bardzo spokojna. Nie wspominajac juz o Ko Chang. I mam nadzieje, ze tak zostanie, ze turystyczne szalenstwo, bardzo obecne w Tajlandii, nie pogrzebie wszystkiego.

Odzylem i zachcialo mi sie dalszego podrozowania…

19 – 28.03 – Ko Tao, Ko Chang, Phang Nga.

19 – 21.03
Do Chumphon zajechalem okolo czwartej nad ranem. Przeszedlem sie po miasteczku troche i zakupilem bilet na prom na Ko Tao.
Ko Tao slynie glownie z miejsc i szkol nurkowania. Juz na promie bylo kilku naganiaczy na szkoly. Ja niestety nie mialem w budzecie odpowiedniej kwoty na taka zabawe. Po znalezieniu odpowiedniego lokum, wypozyczylem maske z rurka i poszedlem znalezc odpowiednia plaze. Spacer w upale, a w koncu plaza i krystalicznie czysta woda. Zanurzylem sie w podwodny swiat, na tyle na ile mi rurka pozwalala. Niesamowita rozmaitosc i roznorodnosc stworzen widziana pod woda sprawila, ze poczulem sie jak w innym swiecie. A te kolory. Wszedzie do okola pelno malych rybek. Niektore z nich byly tak samo zainteresowane mna, jak ja nimi.
Poplywalem tak do wieczora i wrocilem do pokoju.

Nastepnego dnia udalem sie w dluzszy spacer do najbardziej oddalonej zatoczki, na polnocnym krancu wyspy. Gorzysta droga w koncu dotarlem, zalozylem maske i do wody. Znow przepiekny swiat.

Kolejny dzien i kolejna zatoczka. I kolejne nurkowanie. I kolejne zachwyty nad podwodna fauna i flora. Wieczorem zjadlem kolacje i nocnym promem opuscilem wyspe. Az szkoda ze nie moglem ponurkowac glebiej, moze nastepnym razem.

22 – 27.03
Znow do Chumphon zawitalem o swicie. Kupilem bilet na autobus do Ranong i przeszedlem sie po okolicy. Zachaczylem o targ na ktorym poza sniadankiem udalo mi sie kupic sporo owocow.
Do Ranong jedzie sie niecale trzy godziny wiec w miasteczku pojawilem sie w samo poludnie. Upal taki, ze wiekszosc dnia przesiedzialem w pokoju.

Wieczorem wyszedlem na targ, na kolacje. Zjadlem jakias cholernie ostra potrawe, cos jakby wolowina w pascie chilli. Ogien, musialem przegryzac owocami, zeby dokonczyc. Nastepnie wybralem sie na internet i spac.
Rano po znacznie lagodniejszym sniadanku i kilku owocach, odjechalem na mala pobliska wysepke Ko Chang. Wyspa prawie bezludna, a przynajmniej takie wrazenie mozna odniesc. Niewele tu osrodkow, a wiekszosc z nich oferuje niezbyt wiele. Jak sie dowiedzialem kilka lat temu na wyspie odbylo sie zebranie, na ktorym mieszkancy zadecydowali, ze nie chca sie tak szybko i dziko rozwijac jak inne rejony Tajlandii. Wola prad z generatorow i garstke turystow. Ta garstka to tak swoja droga w 95 procentach jest niemiecko jezyczna. Na wyspie nie ma atrakcji, jest tylko spokoj, wody szum, ptakow spiew …
I tak przesiedzialem kilka dni, zostajac na wyspie dluzej niz planowalem, no bo jak tu inaczej.
25 marca wstaje jak zwykle pozno i pierwsza mysl jaka byla w mojej glowie to czy zejsc na kawe czy isc do bardziej oddalonego miejsca na cos lepszego do jedzenia. Wybralem, ze najpierw kawa. Schodze po schodkach, a na nich napis: wszystkiego najlepszego. Wchodze zrobic sobie kawe, a pani przynosi mi ciasto urodzinowe. Ha, takiej niespodzianki nie oczekiwalem. Chwile pozniej dolaczyli do mnie Patrik (szwajcar, rezyser) oraz Simone i Heike (niemki) z ktorymi dziele resort.
Wieczorem odbywa sie impreza na sasiedniej wyspie wiec zostalem tez na nia zaproszony, bez mozliwosci odmowy. Zanim jednak odplynelismy, zrobilem sobie spacer po wyspie oraz poplywalem troszke w cieplutkiej wodzie.
Koncert zaczal sie z opoznieniem bo zespol mial jakies problem z dostrojeniem sprzetu. Ale w koncu zaczeli grac. Okreslaja sie jako tajscy cyganie i taka wlasnie muzyke graja, cokolwiek by to mialo znaczyc. Muzyka to mieszanka z roznych zakatkow swiata, ale bardzo przyjemna do sluchania. Zreszta sam zespol to mieszanka tajow, niemca, szweda i nieznanego pochodzenia eksperta od bunjo – Vasiljo. Vasiljo byl najwieksza gwiazda mial nawet swoja gruppie – anglojezyczna rosjanke, ktora wygladala jakby jej glownym celem zyciowym bylo opanowanie sztuki plynnego kolysania bioder wraz z jednoczesnym usmiechaniem sie. Sztuka niezwykle trudna i wyczerpujaca, co bylo zreszta widac po jej twarzy. Reszta ludzi oddala sie wibracjom muzycznym na swoj wlasny sposob – jedni tanczyli, inni tylko podrygiwali, a jeszcze inni, jak ja, po prostu sluchali muzyki. W trakcie przerwy dla muzykow, publike zabawiali panowie od pomiatania ogniem. Kilku mlodych Tajow zaglowalo palacymi sie przyzadami. Jeden z nich byl prawdziwa gwiazda. Mlody umiesniony, dlugie wlosy, podczas zaglerki nieustajacy usmiech na twarzy. Usmiech troche w stylu: patrzcie na mnie jestem boski. Ale koles byl i tak niezly. W naszej grupie gwiazda byla czterdziestodwu letnia niemiecka yuppie – rozowe wlosy, cialo pokryte tatuazami, wulkan energii o imieniu Jiggi. Wlazla nawet na scene, zabrala mikrofon i zaczela jakies impresje jazzowe wykrzykiwac. I to wszystko w moje urodziny (wszystkim za rzyczenia bardzo dziekuje:)). Ot niespodzianka.
Na nasza wyspe wrocilismy kolo trzeciej nad ranem.

Kolejny dzien jak i poprzednie spedzilem na kapieli w morzu (wlasciwie to juz ocean indyjski), ogladaniu czasem pojawiajacych sie chmurek, popijaniu caipirinhi. Zachod slonca bajkowy.
Znow odbyla sie impreza. Tym razem na naszej wyspie. Muzyka juz inna – tajska odmiana rocka (niezle koles na gitarze wymiatal), a wydarzeniem wieczoru byl bufet czyli zarla do woli (musze przypominac ze pojadlem obficie).

Rano czas bylo wczesniej wstac. Powod to wyjazd z wyspy. Sa tylko dwie lodki na kontynent – o 12tej, ale musialbym zostac na nocleg w Ranong, co mnie nie urzadza, lub o w pol do osmej rano. Wiec trzabylo zalaczyc budzik i zwloc sie z wyra. Jeszcze kawka i na lodke. Zasiedzialem sie na wysepce kilka dni dluzej niz to bylo w planach, ale tak to bywa. Szczegolnie jak najwiekszym codziennym zmartwieniem jest to, zeby wejsc do morza w czasie przyplywu, wtedy woda ciut chlodniejsza, a i blizej od brzegu. Moim zmartwieniem dodatkowo byl niedostatek kasy – za malo wyciagnalem z bankomatu i malo braklo, zebym nie mial za co sie wydostac z wyspy. I najlepsze, ze kiedy przed przyjazdem na wyspe obawialem sie, ze moze byc nudno – nie nudzilem sie wcale. I to pomimo braku jakichkolwiek atrakcji. Po prostu bajka.
A wiec planem na dzien bylo przetransportowac sie w okolice parku Phang Nga i tam sie rozejrzec za wycieczkami po zatoce. I znow wyszlo inaczej niz planowalem. Ale tylko troche. Zaraz po wyjsciu z autobusu poszedlem do informacji turystycznej, a tam od razu dostalem oferte wycieczki – wyspy plus nocleg z posilkami w malej wiosce rybackiej. Mialem kilka minut na podjecie decyzji bo wycieczka juz czekala. I tak poznalem mila parke francuzow, belgow i anglikow.
Wysepka rybacka taka sobie. Wlasciwie nic tu nie ma, nie liczac straganow z tym samym szajsem dla turystow co w calych indochinach. Kolacja za to byla wypasiona – rybka slodko kwasna, kurczak w curry, zupka z krewetkami, jakies warzywa i ananas na zakonczenie. Pojadlem.
Nastepnego dnia rano sniadanko zapodali o 7ej – tosty z dzemem i jajko sadzone (juz nie tak super). Pozniej ruszylismy lodeczka dookola wysepek. Zatrzymalismy sie kilka razy w jakichs jaskiniach, na lunch, na malej plazy (przez chwile bylismy sami, pare minut po nas zawinela jeszcze jedna lodka) oraz na slynnej wyspie Jamesa Bonda. Ta ostatnia zatloczona – mase turystow.
Z powrotem do Phang Nga zajechalismy tuz po trzeciej popoludniu. Ogolnie wycieczke zaliczam do udanych, choc nie przepadam za takimi zorganizowanymi imprezami. Ta byla wporzo. Mala grupka, fajny pokoik, wypasiona kolacja. Ok.
Chwile pozniej wsiadlem do kolejnego autobusu.

14 – 18.03 – Bangkok.

14.03
Po dojezdzie do stolicy Tajlandii, wykimany i z bolacymi stopami (kupilem se nowe lacie bo stare nie wytrzymaly trudow wedrowki i do domu ze mna nie wroca, a te nowe zaczely mnie cholernie obcierac) dotarlem do hosteliku w centrum, ktory wczesniej sobie zabookowalem (znalazlem w necie oferte za 70 bahtow wiec trza bylo brac). Nocleg tani bo… No wlasnie na stronce zapomnieli dodac, ze ta opcja to hamak na dachu. Na ta noc jeszcze zostalem, bylem zbyt zmeczony, zeby czlapac w poszukiwaniach innego miejsca. Zjadlem tylko cos dobrego i udalem sie spac.

15.03
Zmiana hostelu. Niezabardzo romantyczny ten hamak. Niby nie najgorzej bylo, komary mialy uczte, a i cos wczesnie slonko po twarzy swieci. Przenioslem sie za tem na ulice Khao San, czyli miejsce noclegu i zabaw do poznych godzin, wiekszosci turystow z plecakiem. Znalazlem dosc niezly pokoik i wyruszylem w Bangkok. Obszedlem okolice Khao San, zatrzymujac sie gdzieniegdzie na shakea, a nastepnie udalem sie do centrum na przejazdzke sky trainem czyli kolejka ulokowana na kilkumetrowym podwyzszeniu. Pojezdzilem tak kilka stacji i udalem sie na lodke w droge powrotna do mojej gosciny. Lodz szybka ma kilka stacji na ktorych sie zatrzymuje, a pasazerowie maja zaledwie kilka sekund na zejscie lub wejscie na poklad – w koncu express boat sie zowie. Od strony rzeki Chao Praya miasto wyglada dosc ciekawie. W ogole to Bangkok nie zachwyca swoja uroda. Poprostu duze gwarne miasto.
Po powrocie udalem sie jeszcze na kolacje, a pozniej do pokoju.

16.03
Dzis dzien wypelniony doszczetnie. Z rana po dawce zywieniowej plus shake udalem sie obejrzec kompleks palacowy. Wow, musze przyznac, ze robi ogromne wrazenie. Moze nie sam palac krolewski, do ktorego wstepu nie ma, choc budynek bardzo ladny, ale swiatynie przy palacu to najwyzsza klasa. Wszystko misternie zdobione, nie rzadko zlocone. Na prawde czapki z glow (choc cena 250 bahtow to troche za duzo – odbijaja sobie na turystach bo Tajowie nie placa nic). Po wielkim palacu, poszedlem do swiatyni Wat Pho – drugiej najwazniejszej w Bangkoku, jak nie w calej Tajlandii (pierwsza to ta przy palacu). Glowna atrakcja swiatyni jest ogromny lezacy budda. Ale oprocz niego mozna podziwiac piekne swiatynie i dziesiatki ladnie zdobionych stup.
Kolejna w planie byla swiatynia Wat Arun, tuz po drugiej stronie rzeki. W zasadzie to nie swiatynia, a dosc duza stupa, z ktorej sie rozciaga piekna panorama na okolice.
Nastepnie wymyslilem sobie, ze pojade na targ weekendowy, oddalony dosc spory kawalek od centrum. W trakcie jazdy w jego kierunku przyszlo mi do glowy, ze juz jest zapozno, zeby tam jechac, wiec wysiadlem. Kolejnym pomyslem bylo wjechanie na osiemdziesiate ktorestam pietro jakiegos wiezowca w centrum. Po dojsciu do biurowca ustawilem sie w kolejce na winde, po czym dowiedzialem sie, ze za wjazd na gore licza sobie 200 bahtow (prawie 7 dolarow). Pssss …. To ja pas. W miedzyczasie zrobilo sie juz ciemno. Postanowilem, ze udam sie na Pat Pong slynna dzielnice rozpusty i ladacznice Bangkoku. Biblia podaje, ze tak na prawde niewiele zostalo ze starego Pat Pong i ze teraz to glownie stragany z pierdolami dla turystow. No i zeczywiscie taki obraz zastalem. Zaledwie kilka go-go barow, w ktorych costam niemrawo na scenie sie porusza. Skusilem sie na oslawiony ping-pong show. I, hmm jakby to ujac. Interesujace jest dowiedziec sie (lub moze zobaczyc na wlasne oczy) do czego zdolne jest cialo ludzkie. Poza tym po chwili juz wieje nuda. Jakies stworzenia (celowo unikam nazwania tego kobieta) na podwyzszeniu udawalo, ze sie ruszaja, a urodziwych okazow to moze ze trzy byly (przychylalbym sie tu raczej w kierunku dwa niz cztery).
Po niedlugim czasie wrocilem na Khao San. Godzina byla zaledwie jedenasta, a miasto wymarle, tak jakby godzine policyjna mieli, nawet widzialem zreszta jak policja zatrzymuje i przeszukuje auta. Khao San, jak na oaze swiata zachodniego przystalo w pelni zabawy – huczno i gwarno. Pogadalem chwile na necie i kima.

17.03
Wstalem z dosc sporym opoznieniem, znow dawka zywieniowa plus shake i proba wymyslenia co by tu robic. Pod wieczor udaje sie do oddalonej o jakies 100 km miejscowosci w ktorej odbywa sie plywajacy targ. Ale do tego czasu cos by trzeba bylo robic. Pokrecilem sie chwile bez celu i poszedlem do parku palacowego Duisit. Jest tam kilka muzeow i sam park ladny. Po obejsciu wrocilem po plecak i udalem sie do wspomnianej miejscowosci Damnoen Sudlak.
Zajechalem juz poznym wieczorem, poszedlem prosto do polecanego przez przewodnik hoteliku i zasnalem snem nie do konca spokojnym.

18.03
Nie do konca, bo prawie przez caly dzien mnie zoladek sie buntowal, z niewiadomego powodu. Jako lekarstwo zapodalem mu litra pepsi i sie uspokoil.
Wstalem po szostej i wyszedlem zlapac jakas lodke na targ. Okazalo sie to bardziej niz proste, bo koles lodkarz juz stal przed brama. Dogadalismy cene (200 za poltorej godziny, polowe tego co oferowal mi wieczorem recepcjonista hotelu) i poszlismy.
Targ odbywa sie na waskich kanalach, na swoich lodkach i straganach przybrzeznych kupuja i sprzedaja swoje towary – wazywa, owoce, a przede wszystkim pierdoly dla turystow. Sprzedaz tych pierdol to glowna galaz handlu na tym targu. Jak sie dowiedzialem ten najbardziej tloczny, a zarazem wlasciwy targ odbywa sie w weekendy i swieta.
Po niecalych dwoch godzinkach wrocilem do hotelu, a zaraz potem udalem sie spowrotem do Bangkoku. Na miejscu musialem zabic jakos kilka godzin, jakie dzielily mnie od pociagu do Chumphon. Udalem sie wiec do China Town, zachwalanego przez spiewnik. Nic ciekawego. Pospacerowalem jeszcze troche, zatrzymujac sie gdzieniegdzie na male conieco, w Bangkoku nie sposob byc glodnym, wszedzie pelno straganow z pysznym jedzonkiem, czy to na ostro, czy na slodko. Pozniej wrocilem na dworzec.
Pociag klasy drugiej sypialnej, czyli taka otwarta kuszetka, calkiem inne rozwiazanie jednak od podobnych klas w Chinach czy Rosji – lezanki sa wzdloz wagonu po obu stronach. Tak czy inaczej mam wygodna podroz w kierunku poludniowym.

11 – 14.03 – Chiang Mai, Ayutthaya. Tajlandia.

11.03
I tak wlasnie wkroczylem do kraju usmiechnietych ludzi. Roznice miedzy Laosem a Tajlandia widac juz po paru minutach. Duzo nowoczesniejsza, lepiej zorganizowana.
Przezornie unikajac tuk tukow, dotarlem na przystanek autobusowy i zakupilem bilet do Chiang Rai. Tajlandia slynie glownie za swoich plaz, jedzenia i prostytucji i z tych pierwszych dwoch chcialem glownie skozystac. Nie namyslajac sie dlugo tuz przed odjazdem autobusu zakupilem na straganie kilka smakolykow. Jakies kulki kokosowe, kurczaka i kielbaske. Ta ostatnia malo mnie nie powykrzywiala, byla slodka. Kto to wymyslil robic slodkie kielbasy, przeciez to grzech smiertleny, wolajacy o pomste do nieba. Wczesniej gdzies w Chinach natknalem sie na podobnych grzesznikow.
Po jakims czasie zajechalismy do Chiang Rai i znow nie myslac zbyt wiele, kupilem bilet na dalsza droge, do Chiang Mai. Czysciutki wygodny autobusik, bez muzyki i z poprawnie ustawiona klimatyzacja, zawiozl mnie na miejsce. Dworzec znow oddalony od centrum o kilka km. Dopadl mnie jeden taki od tuk tukow i zaczyna pokazywac foldery hoteli i takie tam. Zgadalem sie z nim, ze mnie zawiezie do jednego taniego. I to za free (normalnie licza sobie po 70 bahtow, czyli ponad dwa dolary). Upewnilem sie, ze za free i ruszylismy. Hotelik fajny ale za drogi jak dla mnie, tych najtanszych pokoji juz nie mieli. Dziekuje tuktukarzowi i udaje sie w poszukiwania innego lokum. A ten wyciaga lape po kase za dowoz. Wytlumaczylem mu co i jak bylo gadane i odszedlem. Niedaleko znalazle fajny hostelik za 180 bahtow z tv i lazienka. A ze bylo juz poznawo, a ja po nieprzespanej nocce udalem sie tylko na kolacje i neta i spowrotem do pokoju.

12.03
Po sniadanku poszedlem na dworzec kupic wczesniej bilet do Ayutthayi. No i oznaki zmeczenia sie objawily. Przegapilem dworzec o kilka kilometrow. Jak ja to zrobilem to nie wiem. Dworzec jest zaraz przy drodze, ktora szedlem i oprocz ogromnej (jakies 5 metrow na 3) tablicy informujacej, ze to dworzec, stoji tez dosc sporych rozmiarow lokomotywa. Tak czy inaczej miejsce odnalazlem, bilet zakupilem i udalem sie ogladac centrum Chiang Mai. W programie znow swiatynie. Juz mam dosyc, tak szczerze tych wszystkich swiatyn. Na szczescie te tajskie sa bardziej zroznicowane od laotanskich i moga sie spodobac (tymbardziej ze nie trzebabylo za nie placic).
Po obejsciu wiekszej czesci centrum C.M., jak juz sie zaczynalo sciemniac wrocilem powoli do hostelu, zatrzymujac sie jeszcze na piwko i kolacje (przepyszna potrawa z pasty chili i kurczaka).

13.03
Z rana sniadanko i jescze kilka swiatyn, ktorych nie zdazylem dzien wczesniej. Pozniej szybko na pociag, na ktory sie o maly wlos nie spoznilem. Pociag klasy trzeciej, siedzacej (taki nasz pkp bez przedzialow), za oknem dosc monotonnie, choc ciekawie. Pod wieczor w wagonie restauracyjnym poznalem kolesia z Hawajow, ktory mnie do siebie zaprosil, he moze kiedys.

14.03
Spac nie spalem bo a bylo niewygodnie, bo nie chcialem przegapic stacji, na ktora mielismy zawitac przed czwarta nad ranem. Pociag sie troche opoznil wiec okolo piatej doterlismy na miejsce. Plecak powedrowal do przechowalni, a ja sie wyciagnalem na lawce, zeby przeczekac do jakiejsc sesownej godziny.
Okolo siodmej wyruszylem cos zjesc i na podboj nowego miasta. Ayutthaya byla kiedys stolica, a biblia podaje, ze nie wolno przegapic tego miejsca. Tak wiec spodziewalem sie czegos. A w zamian dostalem ruiny stup i swiatyn za ktore kaza sobie placic. Niektore to doslownie sterta cegiel. Sa tez i ciekawe, ale nie do przesady. Jakos zgubila mi sie jedna ze swiatyn do ktorej sie kierowalem, a ze wracac mi sie nie chcialo, to w zamian udalem sie do muzeum. I tez daremne, malo eksponatow, a te co sa to albo nie sa wcale opisane, albo sa ale tak ze i tak nic nie wiadomo. Obszedlem wiekszoc tych ponoc (patrz LonelyPlanet) ciekawych miejsc i znudzony oraz zmeczony, okolo godziny pierwszej, wrocilem na dworzec.
Po dwoch godzinkach zawitalem do Bangkoku.