Posts Tagged ‘Boliwia’

Zdjecia w galerii.






17 – 19.02.10 – La Paz, Sucre i jeden z tych dni.

Jakze pieknie sie wjezdza do La Paz. Stolica Boliwii jest w dolinie a dookola piekne gory. Zdaje mi sie ze do centrum prowadzi zreszta jedna droga, naszczescie ta widokowa, bo kilka razy juz ja przejezdzalem.

Centrum La Paz tez niczego sobie. Ladne stare budynki, sliczne koscioly, choc dziwnie zamkniete i taki troszke chaosik na ulicach. Ale milo.

Schodzilem centrum w kilka godzin i w autobus nocny do Sucre.
Co za koszmar. Nie dosc ze trzesie, autobus sie zepsul (znowu), to jeszcze mnie jakies zatrucie pokarmowe chycilo (znowu) i to w pojezdzie bez wc. Jakos sie jednak udalo.
Rano sie ciut lepiej poczulem, ale na wszelki wypadek zakupilem w aptece jakies miejscowe specjaly na te miejscowe wirusy. I pomoglo.

Sucre, pierwsza stolica Boliwii, jest sliczne. Bialym miastem jest nazywane, bo biel budynkow czasem az oslepia. A prawie wszystkie w centum sa biale. I ladne kolonialne. Spacerkiem pochodzilem po miescie i nawet udalo mi sie zobaczyc Evo.
Evo, czyli Juan Evo Moralez, czyli prezydent Boliwii to taka postac ktorej twarz jest wszedzie. Chyba nawet w Wietnamie mniej jest wizerunkow Ho. Evo to postac ludu, indianskiej krwi – ziomek taki. Ludzie go pokochali, pozniej wygral wybory, wprowadzil do szkol jezyk keczua, wiec go jeszcze bardziej pokochali (z wyjatkiem bialej populacji Boliwii). Pozniej skumal sie z Chavezem i cala reszta bandy latyno-socjalistycznej i wprowadzil cla. Zaczely sie protesty ale Evo wybory znow wygral. I bedzie sie dalej usmiechal z murow, scian, pocztowek, itp. A na zywo ma ten sam usmieszek co z obrazkow.

Nocnym autobusem mialem zamiar opuscic Boliwie. Podjechal jakis zlom. No nic tam w koncu biedny kraj i juz nie takimi sie jezdzilo tutaj. Ten mi sie jakos jednak od poczatku nie podobal. Ciagle jakies problemy a to z biegami, a to ze sprzeglem, a to z gazem, a to gasl, i jeszcze jakos hamulec cos nie teges. A to wszystko na kolejnym bezdrozu. W ogole Boliwia ma chyba tylko jedna droge, ktora posiada asfalt i ma tutaj miano autostrady za ktora oczywiscie sie placi. Reszta jest w budowie, czyli jezdzi sie po szutrze lub piachu.
Wiec trzeslo niesamowicie i tej nocy. Bujalo we wszystkie strony. Predkosc okolo 20 moze 40 kilometrow na godzine. Spac sie raczej nie dalo.
A pozniej sie obudzilem (czyt. otwarlem oczy), rzuca niesamowicie, bardziej niz wczesniej – krzyki, piski. I stalo sie to czego sie obawialem od samego poczatku. Ten autobus do celu nie dojedzie.

Na szczescie nikomu nic sie nie stalo. W miare szybko przyjechala policja, popstrykali fotki i zabrali nas ciezarowka do Tupizy, skad znow busem pojechalismy do Villazon, miejscowosci przygranicznej.

Nastepnie zmeczony udalem sie po stepelek. Boze co za burdel na tej granicy. Dawno takiego syfu nie widzialem. Wkurzony niesamowicie odstalem swoje przy obu przejsciach, zeby kolejne pieczatki sie mogly znalezc w paszporcie i zebym mogl w koncu opuscic ten kraj. Jeszcze pan z imigracji argentynskiej pierwszy raz na oczy polaka zobaczyl, wiec musialem odpowiadac na dodatkowe pytania i zagadnienia. A to wszystko na pusty zoladek – dietke se zrobilem.

Potem juz kolejnym autobusem mialem szybko dojechac do Salty, ale…
Szybko nie bylo i do Salty tez nie dojechalem. W busie bawialnia dzieci. Spac to to nie da, wydziera sie jedno przez drugie. Za mna zaraz taka jedna mala to najpierw mialczala i buczala przez chyba godzine. Potem sie przespala kilka minut, zeby pozniej mogla zaczac sie bawic, czyli wydzierac. Tak sie swietnie bawila, ze udezyla swojego mlodszego braciszka i teraz ten sie zaczal drzec. Jak ten skonczyl, to ta zas zaczela. I tak do Jujuy.

Juz mnie wszystko draznilo – doslownie, wrzalo we mnie. Ze zmeczenia oczywiscie.
A na koniec sie okazalo ze przesiadka, ktora mialem miec od razu, bedzie za ponad dwie godziny. Tego juz mialem dosyc. Zajdlem bulke (jeszcze kelner przeginal – 3 razy mu mowie co ma podac, a ten kiwa glowa, odchodzi, a pozniej znow sie pyta co chce) i udalem sie do pierwszego lepszego hostelu, zebym mogl w koncu zamknac oczy i zeby sie ten jeden z tych najgorszych dni skonczyl.

15 – 16.02.10 – Copacabana – Titicaca.

Po krotkiej imprezie karnawalowej w Uyuni wsiedlismy nasza grupa do nocnego do La Paz. Alez trzeslo. Bezdroza jakies cholerne. To juz na pustyni tak nie rzucalo.
Rano sniadanko w stolicy i znow autobus – do Copacabany. Nie nie tej w Rio – tej nad jeziorem Titicaca. Jedno z najwyzej polozonych jezior zeglownych i drugi co do wielkosci zbiornik slodkowodny w Ameryce. Gitara kolejne naj na mojej liscie.
Zawsze marzylem zeby je zobaczyc, choc szczerze mowiac nie wiem czemu.
Samo jezioro jest ogromne. Plynie sie lodka i brzegow nie widac. A jak juz cos widac, to piekne gory otaczajace Titicaca.
Wybralem sie na krotka wycieczke na wyspe Slonca (Isla del Sol). Krotka bo wybralem sie za pozno. Rano troche zle sie czulem. Ciagle wysokosc daje znac o sobie. W koncu 4000 nad poziomem morza to nie Zakopane.
No w kazdym badz razie poplynalem na te wysepke, po to zeby pospacerowac godzinke i wrocic. Przyjemna wycieczka.
Samo Copacabana tez jest znanym w Boliwii miejscem. Taka Czestochowa – tyle ze duzo mniejsza. Jest tu urocza katedra, przed ktora codziennie swieci sie auta.
Tak samochody. Ludzie przyjezdzaja tu pokropic woda swiecona swoje autka. Przyzdabiaja je przy tym kwiatami, balonikami i czym sie jeszcze da. A po poswieceniu garsc petard pod auto i uroczysta kolacja.
W koncu widac jakis folklor na ulicach. Brakowalo mi tego w sumie od czasu Wenezueli, reszta to taka inna Europa.
I tanio jest. Naprawde tanio. Co wlasciwie jest troche zgubne, bo czlowiek mysli caly czas na zasadzie, ze skoro tanio, to mozna sobie na wiecej pozwolic, co ocywiscie jest prawda i konczy sie dzien na podobnym poziomie jak w drozszej Argentynie.
No wlasnie Argentyna – spieszno mi tam. Teraz bedzie juz tylko krotkie kilkugodzinne zwiedzanie kilku miasteczek po drodze, a poza tym juz same autobusy.

12 – 14.02.10 – Droga do Boliwii – laguny, wulkany, flamingi, lamy, salary.

Trzy dni przepieknych widokow. Jakos nie mam jeszcze ich dosyc.
Zdecydowalem sie na przejazd z Chile do Boliwii droga przez kompletne pustkowia, gdzie tylko piach, wiatr i reszta ja w temacie.
Droga w sumie impreza ale co tam – warto.
I tak dzipem po pustyniach wraz z fantastyczna grupa podziwialem widoczki.
Jak mam to opisac – nie wiem. Wkrotce beda fotki wiec bedzie mozna poogladac.
Byly piekne jeziorka.

Gejzery.

Mase flamingow.

Wulkany w oddali.

Spacerujace sobie lamy.

A na koniec najwieksza pustynia solna na swiecie – Salar de Uyuni.

A pozniej trafilismy do Uyuni w trakcie karnawalu. Duzo wody sie podczas niego leje. Taki nasz smingus tyle ze jest goraco i sa parady i tance.
Mnie tez sie oberwalo odrobina wody.