Posts Tagged ‘Chile’

Zdjecia w galerii.






12 – 14.02.10 – Droga do Boliwii – laguny, wulkany, flamingi, lamy, salary.

Trzy dni przepieknych widokow. Jakos nie mam jeszcze ich dosyc.
Zdecydowalem sie na przejazd z Chile do Boliwii droga przez kompletne pustkowia, gdzie tylko piach, wiatr i reszta ja w temacie.
Droga w sumie impreza ale co tam – warto.
I tak dzipem po pustyniach wraz z fantastyczna grupa podziwialem widoczki.
Jak mam to opisac – nie wiem. Wkrotce beda fotki wiec bedzie mozna poogladac.
Byly piekne jeziorka.

Gejzery.

Mase flamingow.

Wulkany w oddali.

Spacerujace sobie lamy.

A na koniec najwieksza pustynia solna na swiecie – Salar de Uyuni.

A pozniej trafilismy do Uyuni w trakcie karnawalu. Duzo wody sie podczas niego leje. Taki nasz smingus tyle ze jest goraco i sa parady i tance.
Mnie tez sie oberwalo odrobina wody.

10 – 11.02.10 – San Pedro de Atacama.

San Pedro de Atacama to mala wioska gdzies posrodku najsuchszego miejsca na ziemi. Sama w sobie nieciekawa, ale to co dookola zapiera dech w piersiach.
Takich widokow niema nigdzie indziej.



8-9.02.10 – Valparaiso. Droga na polnoc.

Po Santiago przyszla kolej na sasiednie miasteczko Valparaiso.
Slicznie polozone – nad oceanem i pomiedzy wzgorzami. Turystycznie ale milo.



A w ogole to jestem na etapie ze niewiele mi sie chce. Aspoleczny sie stalem. Nie che mi sie z ludzmi gadac, chce uciec gdzies, schowac na bezludziu jakims, zalozyc czpke, okulary, muzyka do uszu i skryc sie. Z dziecieca naiwnoscia zakryc twarz rekami i powiedziec nie ma mnie.
Wsiadam do autobusu i jade na pustynie. To znaczy do San Pedro de Atacama. Malej turystycznej miesciny na pustyni Atacama.

6 – 7.02.10 – Santiago.

Z rana zajechalem do Stolicy. I od razu zmiany – cieplo i slonecznie. Juz zaczynalo mi tego brakowac.
Sprobuj najlepszego sniadania w Ameryce Poludniowej! Prawdziwe sniadanie – jajecznica, tosty, kawa – zadna instant, prawdziwa kawa (no instant coffee, real one), mase owocow.
Tak sie oglaszal hostel wiec go wybralem – no sorry ale taka reklama na mnie zawsze dziala. I co … No niezupelnie jak w reklamie. Owszem byla jajecznica i kilka owocow ale…
A z kawa to przegieli spodziewalem sie kawy i czekam i czekam, przychodzi koles i daje mi cos co wyglada na slaba herbate. Chcialem juz mu powtorzyc ze kawe nie herbate por favor, ale zrobilem malego lyka i jednak kawa.
No niezupelnie takiej real one sie spodziewalem. No nic.
Jakos tak sie w ogole dziwnie sklada w tej mojej podrozy ze laduje w najwiekszych miastach w weekend lub jakies swieto. W Latino swiecie oznacza to jedno – wszystko zamkniete i na ulicach pustki. Tak bylo tez i tutaj.
W sobote po leku polazilem, poszwedalem sie po miescie. Przez przypadek tez na msze poszedlem.
Wieczorem zas spotkalem sie z Justyna i Christianem, parka polsko-chilijska poznana wczesniej w Torres del Paine. Poszlismy na piwko i pizze.
A w niedziele tylko spacerek popoludniowy. Zmeczenie daje sie we znaki i nie chce mi sie zawiele.
Wybralem sie co prawda do muzeum historii prekolumbijskiej w Chile. Mialo to byc jedno z najlepszych muzeow w Ameryce i w sumie moje pierwsze na tym kontynecie (jeszcze mi sie odbija British Museum i Luvrem). Mialo bo przyszedlem 5 minut przed zamknieciem.
Wiec pochodzilem troche – soczek tu, kawka tam.





Podoba mi sie Santiago. I tyle. Kropka.

3.02 – 5.02.10 – Chiloe.

Zajechalem do Chile. Znow byla smieszna granica. Smieszna bo Chilijczykom sie zachciewa sprawdzanie bagazy w poszukiwaniu zywnosci. I zaczeli skanowac wszystkie torby, a nam przyszlo czekac.

A w ogole to sniegiem sypnelo i droge zasypalo. Chcialem przed zima i sniegiem uciec na koniec swiata a tu masz. Gupi.

I jestem na wyspie Chiloe. Jako ze leje i jest brzydko i be, to nie jest za fajnie. Ale poza widokami, ktorych nie ma, jest tu co innego.

Przepyszne owoce morza. I tanie w ogole. Okolo dolara za kilo – przepysznie.

A teraz spadam do Santiago.

20 – 25.01.10 – Torres del Paine.

Przez ostatnie kilka dni chodzilem po parku. Nie jakims tam miejskim ale noszacym miano najlepszego parku w calej Ameryce Poludniowej – Torres del Paine w Chile.
Piec dni po gorach i dolinach, sto kilometrow pieknych szlakow. Mozna nawet wiecej, gdyz ja zrobilem tylko pieciodniowy szlak, popularne W, a mozna jeszcze kilka dni spokojnie sobie ogladac te cudne widoki. Mnie jak juz pisalem czas goni wiec stanelo na W.
Szczegolow co widzialem, kiedy w ile ktory odcinek przeszedlem, opisywac nie bede. Beda zdjecia, wkrotce. Napisze tylko, ze pogoda sie udala. Udalo sie zobaczyc wszystkie trzy wierze Torres naraz w sloncu (co zadko sie zdarza). Deszczu za bardzo nie bylo, ale za to wiatr szalal – do stu km na h. W nocy tylko sie budzilem i sprawdzalem czy namiot jeszcze ziemi sie trzyma, ale spisal sie swietnie. Choc z kepingu zwialo 10 namiotow. Nowe znaczenia slowa porywisty wiatr.
Drugiego dnia spotkalem dwoje Polakow i juz do konca razem przemierzalismy szlaki. Bardzo sympatyczni ludzie – kuzyni ona z Nowego Yorku, on z Tasmanii. Spotykaja sie zeby razem podrozowac.

Naprawde milo spedzony czas w cudownej scenerii.

18 – 20.01.10 – Autostop.

Mam ten problem z autostopem.
Raz ze nie bardzo lubie sie prosic o przyslugi, a o to przeciez chodzi, a dwa ze czasem sie po prostu odechciewa. Jak sie widzi jak niektorzy kombinuja zeby cie ino nie zabrac i klamia w zywe oczy, lub zgadzaja sie a potem se odjezdzaja beze mnie, jak mi sie przytrafilo w Comodoro Rividavii, gdzie czekalem dwie godziny bo koles obiecal a pozniej trzasnal drzwiami i odjechal. Lub jak w Rio Gallegos gdzie sie koles zgodzil ale pozniej cos sciemnial o doktorze na granicy i pojechal (jaka mial mine jak go spotkalem na tejze granicy). Albo stoi sie z paluchem godzinami w deszczu, a wszyscy pokazuja ze jada tylko tu, lub za chwile skrecaja. Ostatnio tez zauwazam znak, ze mam se zaplacic (pocieranie palcami o kciuk) – po prostu nie milo.
I tak tez stalem wyjezdzajac z Ushuaii, wiater szalal i deszcz padal i nic. W koncu po chyba dwoch godzinach ktos sie zatrzymal i zabral mnie do Rio Grande, 200 km blizej celu. Tam jednak musialem spedzic noc. Zadziczylem rozbijajac namiocik tuz pod znakiem zakaz biwakowania.

Nastepnego dnia bylo z poczatku nawet gorzej. Wstalem o 7ej zeby juz z samego rana lapac okazje a tu nic – wszystko pozamykane, wlacznie ze stacja benzynowa i nic nie jezdzi. Poszedlem na koniec miasta na wylotowke i stoje. Moze z 5 stopni ciepla, zimny wrecz arktyczny wiatr i deszcz. I tak stoje z tym kciukiem i marzne. W koncu zrezygnowany zaczalem wracac zeby wsiasc do autobusu, a tu mi sie koles zatrzymuje. Podwiozl mnie do punktu policyjnego za miastem (nie wiem czemu ale za i przed kazdym miastem w Argentynie sa posterunki policji – kontrola dokumentow i spisywanie danych wlacznie z skad i dokad sie jedzie; nie pytajcie po jaka cholere oni to robia), gdzie sie ciezarowki beda zatrzymywac. No jakos dzis sie nie chcialy zatrzymywac. I kolejne dwie godziny stania. Jak juz mi kciuk odmarzal, to byl dla mnie znak do kapitulacji. I znow w tym momencie sie zatrzymuje auto – tym razem do granicy, gdzie moglem z kierowcami oko w oko, tam ja mam przewage. Z granicy juz latwo. Pierwsza zapytana osoba zabrala mnie do samego Rio Gallegos. No ale wlasnie trzeba twarza w twarz. Babka tez juz kabinowac chciala ale zrzucila decyzje na meza, a ten tylko powiedzial ze jak sie zmieszcze to moge jechac. Co ja sie nie zmieszcze.
I tu przychodzi najlepsze co w autostopie – ta satysfakcja ze sie jedzie i poznani ludzie. Bo gdyby nie stop to nie poznalbym Julietty i Martina i nie zobaczylbym za wiele z Ziemi ognistej. Wiara w ludzi rosnie i to jest piekne.
Na stopa potrzeba tez czasu, a mnie, niestety zaczyna juz gonic – a tyle jeszcze miejsc przede mna.

Dotarlem do Chile, do Puerto Natales.
Ide do parku Torres del Paine – wracam za kilka dni.