Posts Tagged ‘Chiny’

12 – 17.04 – Shenzhen, Hong Kong. Powrot do domu.

Samolot wyladowal na lotnisku w Shenzhen, w Chinach, tuz przed polnoca. Chwile poniej bylem juz w autobusie do miasta. Nie wiedzialem dokladnie gdzie jechac, wiec wypytalem o droge. Jedna dziewczyna zdecydowala sie mnie zaprowadzic do hostelu. Zanim go jednak znalezlismy minelo kupe czasu, na miejsce zaszlismy kolo 2 w nocy. Hostel Loft w Shenzhen sam w sobie jest super, ale lokalizacja jest okropna.
Na miejscu, poznalem Krzyska z Lodzi i razem w trojke poszlismy … na masaz stop. Jakis taki dziwny kaprys. Masaz gitara, 80 minut za niecale 5 dolarow. Do hostelu wrocilismy nad ranem.
Po kilku godzinach snu sprobowalem obdzwonic wszystkie mozliwe biura w sprawie biletu lotniczego (wczesniej w Singapurze niczego nie zalatwilem). I nic. Niedziela. Wszystko pozamykane. Zdecydowalem, ze zostane jeszcze ten dzien w Shenzhen, a do Hong Kongu pojade nastepnego dnia razem z Krzyskiem.
Tymbardziej, ze zaproponowal mi nocleg u niego w mieszkanku. W miedzyczasie poszedlem do dzielnicy "elektrycznej". I tak jak bylem prawie w szoku w sklepach o podobnej tematyce w Singapurze, czy wczesniej w HK, tak teraz
szok byl wiekszy, bo do czynienia mialem nie z jednym budynkiem, a z cala ulica pelna kilkupietrowych budynków o asortymencie stricte elektryczno-elektronicznym. Po kilku sklepach i bardzo pobieznym ich obejsciu mialem juz dosc. Tymbardziej, ze spalem zaledwie 3 godziny. Wrocilem do hostelu posiedzialem chwile i razem z Krzyskiem udalismy sie znaleac jakas knajpke na kolacje. Bez powodzenia. Co za beznadziejne miejsce.
Shenzhen, a szczegolnie miejsce w ktorym znajduje sie hostel jest chyba jedynym miastem w Chinach, gdzie nie idzie znaleac jakiejkolwiek jadlodajni. Zakupilem wiec jakas zupke i przyrzadzilem ja w hostelu.
Poniej spac.

Nastepnego dnia wyruszylismy do Hong Kongu. Przejscie graniczne bez problemu, troche jazdy kolejka i juz bylismy na miejscu. Nastepnie ruszylem do agencji obslugujacej ofiary bankructwa "OasisHongKong". W sumie niczego
nowego sie nie dowiedzialem, mam dzwonic do biur lotniczych i pytac, a o kase musze wypelnic formularz i czekac, nawet do pol roku. Jako, ze byl juz wieczor obejrzelismy na nabrzezu Hong Kong Central pokaz swiatel i laserow i wrocilismy do mieszkania. Na miejscu kilka piwek w towarzystwie Krzyska i Shili, jego dziewczyny i spac.
Z samego rana zaczalem dzwonic po biurach lotniczych, z nadzieja, ze cos sie znajdzie. Wiekszosc biur juz nie miala miejsc na najblizsze kilka tygodni. Najlepsza oferta to Quantas Air Lines, na 21 kwietnia. Zostalo mi tylko zadzwonic do Air New Zealand i opcje by sie wyczerpaly. Na dzien dobry ze zmarnowanym glosem poprosilem o pierwszy wolny termin i chwile pozniej uslyszalem – 16 kwiecien. Czyli tak jak planowalem i nawet zdaze na WizzAira z Londynu do Polski – bomba. Godzine poniej juz mialem bilet w rece.
Reszte dnia spedzilem na kreceniu sie po HK Central oraz Kowloon, dokanczajec to czego nie zrobilem bedac tu za pierwszym razem, czyli przejazdzka najdluzszymi ruchomymi schodami swiata oraz hongkongskim dwupietrowym tramwajem.
Takie banalne, a cieszy.
Wieczorem spotkalem sie z Krzyskiem, ktory caly dzien spedzil na targach elektroniki i razem, po malym jedzonku w mojej ulubionej knajpce z pierwszych odwiedzin HK, udalismy sie na targ elektroniczny w Sham Shui Po oraz Mong Kok.
Poniej do domku, gdzie czekala juz Shila oraz jej znajomi – won ton i whisky.
Samolot mialem o 8.45, a stawic na lotnisku 2 godziny przed lotem, a wiec czekala mnie wczesna pobudka. Postanowilem wcale sie nie klasc spac.
Na lotnisko autobus mialem prawie spod mieszkania i po kilkudziesieciu minutach jazdy bylem juz na miejscu.
Szybka odprawa, chwile czekania gapiac sie z oddali na wschodzace slonce nad Hong Kongiem (uwielbiam to miasto – jest po prostu genialne) i wylot do Londynu.
Dwanascie i pol godziny pzniej wyladowalem w stolicy Wielkiej Brytanii. Jako, ze mialem piec godzin czasu do nastepnego lotu, postanowilem odwiedzic Sanjego, ktory mieszka niedaleko. Po malym piwku i porcji smazonego ryzu,
czas bylo zbierac sie na kolejny lot – ostatni na tej wyprawie.
16ty kwietnia byl najdluzszym dniem mojego zycia, dzieki zmianom czasu doba dla mnie miala 31 godzin.

Dnia 17tego kwietnia po 230 dniach wyprawy wyladowalem w domu. Na lotnisku juz czekala moja niezastapiona kuzynka Marta i po kilkudziesieciu minutach moglem sie zameldowac w domu, gdzie nikt sie mnie nie spodziewal.

14 – 19.01 – Chiny – epilog. Kunming, Yuanyang.

Pociagiem wygodnie sobie zajechalem do Kunmingu z planem spedzenia kilku dni w klasztorze cwiczac kung-fu. Plan ten jednak szybko uleg zmianie. Po pierwsze kilka dni nic mi nie da, kilka tygodni jakies efekty by dalo. Po drugie czas i budzet powoli zaczynaja gonic (szczegolnie budzet). Po trzecie Chiny zaczynaja mnie meczyc. I w koncu po czwarte nie chcieli mi sprzedac najtanszego biletu do Dali. To ostatnie zadecydowalo.
Wsiadlem w autobus i udalem sie do hostelu, a nastepnie do konsulatu Wietnamu. Wiza do odbioru za dwa dni. Koszt bagatela 350 juanow – niezle sobie licza.
I tak wiec kolejne dwa dni spedzalem na szlajaniu sie po hostelu, ogladaniu filmow, graniu w bilarda i pingponga oraz kilku piwach. Sloneczko grzalo i bylo fajnie.
Wietnamcy wklepali mi na wize dokladna date wjazdu do ich jakze socjalistycznego kraju, ktora odbiegala o caly dzien od moich planow. Szybkie spojrzenie do spiewnika i zakup biletu do Yuanyang gdzie podziwiac mozna tarasy ryzowe. A ze jest to po drodze to czemu nie.
W Yuanyang wyladowalem o swicie, nie wiedzac gdzie wlasciwie jestem. Wszedzie dookola mgla. Po ustaleniu, gdzie jestem, co trwalo dosc dlugo, udalem sie znalezc jakas kwatere. Na miejscu poznalem Stevena, Belga, ktory niemalze od razu zaroponowal mi, zebym sie do niego dolaczyl na ogladanie tarasow. Kilku godzinna wycieczka 200 rmb za auto. Chwile pozniej poznalismy dwie Izraelki, ktore sie wybiora z nami (co obnizylo koszty do akceptowalnej sumy).
Kierowca zabral nas w njalepsze miejsca, a i pogoda sie zdecydowala poprawic. Widoki niesamowite, pozostawie je bez komentarza – odsylam do galerii..
Po powrocie do miasteczka, poszlismy cos zjesc i wybralismy sie na kilkukilometrowy spacer do kolejnych tarasow. Zachod slonca tylko upiekszyl widoki.
Nastepnego dnia rano udalem sie juz na autobus do Hekou – miasta granicznego z Wietnamem. Wlasciwie nie tak z samego rana. Budzik mi nie zadzwonil tak jak mial i musialem jechac pozniejszym autobusem. I zamaist cztrech godzin jechalismy szesc i pol, co moglo skutkowac dotarciem na miejsce tuz po zamknieciu granicy. Na szczescie byla otwarta. Przejscie z kraju do kraju odbylo sie gladziutko, pieczatka tu, formularzyk i pieczatka tam i juz China za plecami.
Alez zonka mieli chinscy celnicy jak nie znalezli u mnie przewodnika po chinach, juz chcieli sobie zawlaszczyc, a tu nie ma. Ksiazke wczesniej, razem z kurtka zimowa wpakowalem w pudelko i wyslalem do domu. Ciekawe czy po otwarciu paczki ja sie nie zdziwie – na pokwitowaniu przesylki widnieje napis – paczka moze byc otwarta oficjalnie. Tak ze sie zobaczy czy aby Chinski rzad oficjalnie nie zapierdzieli mi spiewnika.
Chiny zakonczylem po prawi trzech misiacach wedrowki, wliczajac Hong Kong i Macau. Mozna tu jednak spedzic zdecydowanie duzo wiecej czasu. Kraj ten ma strasznie wiele do zaoferowania. Ja jedynie obejrzalem czesc Panstwa Srodka. Ludzie na ogol sa bardzo sympatyczni i pomocni, choc na drogach trzeba sie miec na bacznosci, a niektore ich zachowania budza wrecz odraze (z glosnym odchrzakiwaniem i pluciem na czele).
Wydalem tez duzo wiecej kasy niz planowalem. Choc teraz musze przyznac, ze moje zalozenia byly nierzeczywiste. Na dzien szlo mi okolo 20-25 dolarow. Mozna oczywiscie obciac koszty, chociazby jezdzac tanszymi klasami kolejowymi (tzw. hard seater – wykle miejsce siedzace) zamiast kuszetek, ale z czasem i biorac pod uwage czasy przejazdow, po prostu nie chcialo mi sie meczyc.
Chiny tez potrafia wymeczyc pozadnie, jest to tego typu kraj za ktorem sie teskni tuz po opuszczeniu, a ktorego sie ma dosyc juz kilka godzin po wjezdzie. Ale zdecydowanie warto bylo.

3-13.1 Guangzhou, Yangshuo, Guilin.

Cos mnie niemoc jakas noworoczna dopadla. Nie mysle dostatecznie trzezwo i juz mnie kilka razy w ciula zrobiono – raz z tym pendrivem, a pozniej jak zajechalem do Yangshuo mnie kolo naciagnal.
Wczesniej spedzilem kilka dnie w Guangzhou. Kolejne duze miasto, nic ciekawego. Wnudzilem sie, oblazilem troche miasto. Park maja fajny. I to w sumie wszystko. Z Sehee sie spotkalem, ta koreanka z ktora jezdzilem po Yunanie.
Nastepnego dnia udalem sie autobusem nocnym do Yangshuo. I byl tu kolejny blad, bo wyladowalem na miejscu przed szosta rano, a ze w nocy w autobusie jakis bachor prawie przez caly czas beczal, i dodatkowo chinski wynalazek w postaci autobusow sypialnych nie pozwala na wygodne lezenie, nie spalem prawie wcale, co zaowocowalo znalezieniem sie nie w tym hostelu co chcialem. Koles na przystanku jeszcze upewnial mnie, ze jego hostel to ten do ktorego chcialem isc i ten co w przewodniku. Oczywiscie okazal sie byc innym i w dodatku drozszym i jeszcze dodatkowo policzyli mi za caly dzien te kilka godzin od szostej rano do poludnia. A ze bylem na tyle glupi i zmeczony to zaplacilem z gory za 3 dni.
Same Yangshuo jest niewielkim miasteczkiem polozonym wsrod przepieknych wzgoz. Duzo tu turystow i na tym sie opiera to miasteczko. Ale widok okolic jest wprost kapitalny. Polazilem wiec po gorkach i szlakach podziwiajac te widoki. Jednego dnia przelezalem w lozku caly czas, leb mnie bolal i nic mi sie nie chcialo. Slowem – niemocy ciag dalszy. Kolejnego poszedlem na caly dzien na szlak. Autobusem do jednej miejscowosci i z powrotem piechotka wzdluz rzeki. Widoki nie do opisania. Po drodze przyplatal sie jakis chinczyk i zaczal mi opowiadac o gorkach. Cos tam w sumie zrozumialem i milo mi sie z nim szlo.
Do Guilin zajechalem nastepnie. Pierwsze co uslyszalem w hostelu to: wow you are hot. Niestety nie tyczylo sie to mojej osoby jako takiej (a szkoda bo fajna dziewczyna to powiedziala), a jedynie faktu ze bylem w krotkich spodenkach. Pozniej jeszcze na ulicy mnie palcami pokazywali, choc zastanawiam sie czy to dlatego ze mialem krotkie galoty, czy dlatego, ze moje nogi sa troche owlosione, co w tej czesci swiata jest zadoscia. Poza tym Guilin jest dosc fajnym miastem, dosc czystym i nawet klaksonow tyle sie nie uzywa na ulicach.
Zaskoczyli mnie tutaj po raz kolejny. Pozytywnie tym razem. Widzialem juz ponad stupietrowy budynek, w Szanghaju, ktory wybudowano w rok czasu, a teraz wymyslili sobie zrobic wodospad z budynku dziesieciopietrowego. I to nie byle fontanna, tylko prawdziwy wodospad – woda leje sie z samej gory i na dlugosci calego budynku. Pomysl musze przyznac genialny.
Kolejny dzien pobytu w Guilin przesiedzialem prawie caly w hostelu. Powod jedyny – mroz za oknem. No nie do konca mroz, ale pizdzilo znacznie i wychodzic mi sie nie chcialo. Na dworzec sie ino przeszedlem po bilet na dalsza droge. I na kolacje wieczorem – dzis serwowali rybke w piwie – smaczniusia.
Wieczor na skypie ☺

23.12. – 3.1.2008 – Hong Kong i Macau

Swieta swieta i po swietach. W sumie nie bardzo nawet poczulem ze byly. Ok byly jakies wystawy, pseudo chinki, laseczki w czapeczkach Mikolaja, ale nic wiecej. Na wieczerze mialem nawet wolowine zamiast ryby. Slowem dzien jak codzien.

Za to Hong Kong jako miasto rzadzi. Kapitalne, po prostu. Jest tu chyba wszystko czego mozna chciec od miasta, a jak sie chce to pol godzinki i juz sie jest na lonie natury. A tak w ogole to musze przyznac, ze udezylem w kulture podczas tych swiat. Dwa muzea i kino, a jak. A takze byla plaza z kapiela w morzu oraz spacery po gorkach. O – tak sie bawilem.

W hostelu poznalem grupke gosci, glownie z Europy, studiujacych w Pekinie i z nimi tez spedzalem czas. Razem udalismy sie na wspolnego sylwestra. Hmm wlasciwie nie mozna tego nazwac sylwestrem (w naszym tego slowa znaczeniu). Po prostu grilowalismy sobie na plazy. Sylwestrowa noc zaprawilem kurczakiem i whisky z cola i tyle. Szampana nie bylo, fajerwerkow nie bylo, ba nawet muzyki nie bylo. Ale bylo spoko towarzystwo i to w sumie wystarcza. Fajerwerki przy glownej promenadzie ponoc byly bardzo kiepskie.

Na mp3ke wybralem wypadkowa wielkosci, jakosci i ceny (ktora tez odgrywala role) i wyszlo mi – Meizu M6 (8GB). Na forach zbieral bardzo dobre noty, a i ja jestem juz bardzo zadowolony. A za zaoszczedzone w ten sposob pieniazki zjadlem super zajebistego kurczaka w Macau (i mowie to z pelna odpowiedzialnoscia – kura po prostu paluchy lizac) oraz pendrivea sony 32 GB, ktory okazal sie byc trzydziestodwugigabajtowa niszczarka danych. Naiwnosc kwiatkowska nie zna granic – uwaga: jeszcze nie wymyslono tak duzych pendrivow!!!

W Macau spedzilem tylko jedna noc, a nastepnego dnia udalem sie spowrotem do Chin (w sumie stesknilem sie za tym absurdalnym krajem).

A czego zycze wszystkim i sobie na nowy rok:

I want a breeze and an open mind
I wanna swim in the ocean, wanna take my time for
me, it’s all free
So maybe tomorrow I’ll find my way home

16 – 22. 12 – Szanghaj, Suzhou, Hangzhou.

Alez sie nerwow najadlem. Z mojej winy oczywiscie, a jak. Pojechalem do Szanghaju z nadzieja, ze tam szybko mi wize przedluza. Dupa. 7 dni. Nie, tyle mi sie nie chce siedziec w tym pieknym, ale drogim miescie. Wiec wymyslilem sobie, ze swieta spedze w Honk Kongu i wjade tam z klasa, czyli wlece. Wlasciwie zadna to klasa, bo bilet lotniczy byl tanszy od kolejowego, nie mowiac juz o tym, ze zamiast 25 godzin podroz potrwa tylko 2. No i malo co sie nie spoznilem na samolot. To znaczy nie na samolot, a po odebranie biletu i nie malo tylko spoznilem sie 15 minut. Smaczku dodaje jeszcze fakt, ze za kilka godzin bede na terytorium Chinskiej Republiki Ludowej nielegalnie, z perspektywa swiat w chinskim pierdlu – po prostu bajka. Na szczescie udalo sie odebrac bilet bez problemu. Ale bylo blisko – za blisko.
Wczesnie jak juz wspomnialem bylem w Szanghaju. Ach coz za miasto. Olbrzym – 18 milionow mieszkancow. Za kilka lat aglomeracja przegoni Tokijska. A jakie urodziwe. Jeszcze do konca nie otrzasnalem sie po widokach natury z rejsu, a tu prawdziwe cuda natury chodza po ulicach. Na widok jednej takiej az nas z Abidem zamurowalo, musielismy sie zatrzymac, pokontemplowac widok i sprobowac wyrownac oddech.
A wlasnie, wchodze rano do nowego pokoju w hostelu patrze a tam Abid stoji. Juz myslalem ze chlopaka nie spotkam, a glupio by wyszlo, bo po zejsciu z lodki nawet czesc sobie nie powiedzielismy. Jaka jest szansa, zeby w tak wielkim miescie, z tyloma hostelami, przypadkiem znalesc sie w tym samym. Git. Tomas tez tu jest. Dzien pozniej mial dotrzec Tony, a nastepnego dnia Gerry. Gitara. Hostel w ogole tetni zyciem. Moj numer dwa w Chinach, tuz za Mama Naxi w Lijang.
Jednego dnia polazilem po miescie z Tomasem innego z Abidem. Szanghaj nie ma az tak duzo turystycznych miejsc do zaoferowania – mozna, jak sie chce, obskoczyc to w dwa dni. Ja przedluzylem do czterech. Spokojnie lajtowo, spacerkiem pochodzilem, pozwiedzalem. Odwiedzilem dwa punkty widokowe, jeden to 50te pietro jakiegos hotelu gdzie z Tomasem strzelilismy sobie po szklaneczce szkockiej (McCullan), a drugi to wieza Jinmao, pietro 88. Za sam wjazd zycza sobie 70rmb za wejscie do knajpy 120. Mnie udalo sie wykabinowac jak uniknac obu tych oplat. Widok super, chociaz mgla troche przeszkadza.
I przejechalem sie Maglevem na lotnisko i spowrotem. 30 km w 8 minut. Niestety nie mialem okazji mknac 420km/h, a jedyne 300, ale i tak bylo fajnie.
Nastepnie udalem sie do Suzhou, godzine jazdy pociagiem z Szanghaju. Miasto slynace ze starych ogrodow i najpiekniejszych kobiet w Chinach. Ogrody ladne nie powiem (choc do japonskich nie sposob ich porownac), a kobiety tez ladne, ale mialem wrazenie, ze w Szanghaju widzialem ladniejsze.
Nastepnego dnia busem do Hangzhou skad tez mam wylot do Guangzhou przy granicy z HK. Hangzhou od razu mi sie spodobalo i tylko szkoda, ze nie mam okazji zostac tu dluzej. Coz trzeba bedzie kiedys tu wrocic.
I teraz tylko samolot (air china – bajer wygoda, posilki daja i soczki), dwa autobusy, pociag i juz jestem za granica, czyli w Hong Kongu.

10 – 15.12 – Splyw Jangcy.

Mialo byc samotnie i nudno. Nie bylo. Zrobilo sie za to dosc osobiscie.
Kolejnego dnia mojego pobytu w Chongqing do miasta przyjechal Tony, wiec pojawila sie mozliwosc, ze splywac bede mial z kim. Zanim jednak Tony przyjechal, czekajac na niego, przegadalem caly dzien z jedna z dziweczyn z recepcji hostelu. Tony przyjechal kolo polnocy.
Nastepnego dnia zdecydowalismy ze poplyniem oddzielnie – glowny powod to ograniczony czas kolegi. Udalismy sie na wspolny obiad – hot pot, specjalnosc Chongqing – ostre! Po nim rozstalismy sie z nadzieja spotkania w Shanghaiu.
Po odprowadzeniu na prom, na dzien dobry poznalem moich towarzyszy podrozy. Abid – pakistanczyk mieszkajacy na codzien w San Francisco w USA, Judie i Bob rowniez z SF oraz Tina i Howard z Esex w Anglii. Bardzo mile towarzystwo. Jako ze po dotarciu na lodke bylo juz ciemno, udalismy sie prosto do baru i tam tez zakonczylismy wieczor. Na poczatku mialem tez maly zgrzyt z obsluga lajby. Otoz na wejscie do baru trzeba miec wejsciowke – 60 juanow. Oczywiscie nie mialem zamiaru tego placic wiec trzebabylo wykabinowac jak to obejsc. Po dlugim naleganiu, narzekaniu i przekonywaniu udalo mi sie uzyskac zapewnienie ze bede mogl spokojnie korzystac z baru bez placenia. Dodatkowo Abid zaprosil mnie do swojego pokoju – wiec za free przeskoczylem z klasy trzeciej do pierwszej;)
Nastepnego dnia gralismy sobie spokojnie w karty kiedy podeszlo kilku chinczykow z pytaniem w co gramy i czy moga sie przylaczyc. Alez czemu nie. I tak poznalismy grupe nauczycieli z Hangzhou. Wieczorem zaprosili nas na kolacje za ktora oni w calosci zaplacili. Bylo kupe zarcia, wina, chinskiej anyzowki i dobrej zabawy.
Nastepnego dnia ogladalismy trzy male przelomy. Na szczescie pogoda dopisala i mozna bylo ogladac przelomy w calej okazalosci i kolorystyce. Naprawde szokda ze to zostanie wkrotce zalane.
Wieczorem zeby sie zrewanzowac za wczoraj, my zaprosilismy naszych chinskich przyjaciol na kolacje. Padlo na dosc droga knajpe ale za to zarcie wysmienite. Nastepnie udalismy sie na krotkie przedstawienie, a pozniej do kulbu gdzie zaszalelismy do … Hmm … ja do okolo pierwszej. Dokladnego czasu nie znam;)
Nastepnego dnia musielismy sie rozstac wczesniej. Ja jako jedyny nie pojechalem ogladac tamy. Jakos nie mam ochoty placic kupy kasy za ogladanie kawalka muru ktory w dodatku niszczy cos co mi sie podoba. Przed zejsciem z lodki przegadalem kilka godzin, podobnie zreszta jak w poprzednie dni, z pewna nauczycielka angielskiego. Bylo … niezwykle milo. Troche ze smutkiem ale w sumie bardzo zadowolony ruszylem w dalsza droge.
Wybierajac oferte splywu zdecydowalem sie na bilet trzeciej klasy plus wycieczka do malych przelomow. W sumie po targowaniu sie wyszlo mnie to 500 juanow. Bez biletu udalo mi sie wslizgnac do miasta duchow Fengdu.
Kolejna nocke spedzilem juz sam w Wuhan w jakims podrzednym hoteliku. Dojechalem tam bardzo pozno, bo jeszcze w Yichan, czekalem na Abida i reszte, zeby razem z nimi sie zabrac do Wuhan, ale chyba czekalem nie na tym dworcu autobusowym co mialem. Dzis rano szybko zakupilem bilet na dalsza droge i juz jutro rano zawitam do Szanghaju, gdzie czeka mnie spotkanie z Tonym, Tomasem, Gerrym i (mam nadzieje) z Abidem. A i z PSB biurem bezpieczenstwa. Nie nic zlego nie zrobilem, musze wize przedluzyc i tyle;)

6 – 9.12 – Kunming, Chongqing – 100-dniowka.

Wlasnie mija sto dni moich wojazy. Jak mi z tym jest – w sumie – git. Bujam sie, troche leniwie, ostatnio, po Chinach. Cieplo bylo fajnie w Banna, owocow pelno i cieplo bylo. Nawet w Kunming, ktory troszke bardziej na polnoc, ale ciagle cieplo. I leniwie. Tak mi sie dupsko rozlezalo na sloncu i krzeslach barowych, ze nie bardzo chce mi sie ruszac w dalsza droge.
Kunming fajne miasto. Duze i dosc ladne. Na tyle na ile mi sie udalo je obejrzec, a nie poswiecilem zwiedzaniu zbyt duzo czasu. Troche polazilem, jakis park ze stawem, kilka uliczek. Fajne. Opuszczenia przyszedl czas i ruszenia w dalsza droge. Do Chongqing, w rodkowych Chinach, skad promem po rzece Jangcy. Malo co sie nie spoznilem na pociag. Noc wczesniej poszlismy z Tomasem do klubu. I fajnie bylo. I drinki tanie. I kobitki fajniuchne. I potancowalo sie, do czwartej. A pozniej trzabylo wstac i spakowac sie. No i kawe trzebabylo wypic. Pozniej musialem juz taksowka dupsko na dworzec podwiesc, bo autobusy juz mialy weekend.
Do Chongqing z Kunmingu dosc daleko i pociag jechal 20 godzin. Nasz maly przedzialek byl najbardziej rozmowny, reszta byla jakos dziwnie cicha. Ja niestety nie bylem zbyt rozmowmowny ze wzgledow lingwistycznych, wiec oddalem sie czytaniu ksiazki i sluchaniu muzyczki. I nawet zejsc z wyra nie chcialo zejsc zeby cos zjesc i tylko wczesniej kupione owoce wcinalem. Tak czy inaczej moglem byc w koncu sam ze soba i podroz minela.
Wyszedlem z dworca i …. Dawno sie nie czulem taki zagubiony. Ogromne miasto i tylko dwa hostele, na dwoch kompletnie odleglych miejscach i zadnej mapy ani informacji jak sie tam dostac. W koncu po kilku godzinach odnalazlem hostel. Zostawilem bagaz, zjadlem pyszny obiadek i na miasto. Chcialem sie rozeznac w ofertach promow. W sumie wszystko to samo – kilka dni, ten sam program, tylko rozna cena. Wrocilem do hostelu juz po zmroku. Kolacja, piwko i rozmowy z rodzinka i przyjaciolmi do poznych godzin.
O tym jak wyglada dzienne zycie mieszkancow panstwa srodka – innym razem.

1.12 – 5.12 – Xishuangbanna

No i zdecydowalem sie zjechac do cieplejszych rejonow Chin.
Autobus nocny – sypialny. Kuszetki w autokarze widzialem juz w Indiach ale te chinskie sa zleksza inne. Dwa pietra trzy, rzedy pryczy i mniej miejsca na nogi. A przy okazji przez spory kawal drogi wystepowal znaczny brak nawierzchni afaltowej na drodze, co objawialo sie trzepaniem na prawo i lewo ile wlezie. Suma sumarum – zero snu. Poranek znacznie cieplejszy niz w Dali, ale mglisty. Mgly tutaj utrzymuja sie do poludnia, pozniej jest juz slonecznie i cieplusio.
Na nocleg wyladowalismy w hoteliku w pokoju trzyosobowym (z Thomasem i Sehee), a glownym posilkiem ostatnich dni byly pyszne hamburgery w MeiMeiCafe (jakzesz sie mozna stesknic za kawalkiem karminadla w bulce) – zdecydowanie najlepsze jakie jadlem dotychczas w Chinach.
Dni zlecialy leniwie. Drugiego dnia pobytu w Jinghong (stolica regionu) wybralismy sie na wycieczke rowerowa po okolicy i do gorcych zrodel. Nastepny dzien juz caly na siodelku. 50 km do i z pobliskiego miasteczka. Cala trasa wzgluz Mekongu, pomiedzy palmami w sloneczku. Po drodze przystanki na owoce.
Ach blogo tu jest. Wlasciwie reszte czasu przeznaczylismy na nicnierobienie. Troche poszlajalismy sie po miescie. Wybralismy sie tez na masaz – calkiem bolesne, ale relaksujace doswiadczenie.
Duzo piwa i zachodniego zarcia – rozleniwilem sie strasznie. Nie specjalnie chce mi sie wracac do zimnych czesci Chin, ale tak juz postanowilem. Dzis wsiadam w nocny bus do Kunmingu, gdzie zabawie jeden moze dwa dni.

28.11 – Dali

Dokladnie nie jestem pewien ile juz siedze w Dali, gdzies sie po drodze zagubilem w czasie. Pasowaloby sie ruszyc z miejsca i poddac dalszej eksploracji. Dali jakies specjalne nie jest. Kolejne stare, lub starowygladajace, miasteczko, pelne turystow. Milo sie tu siedzi, popija piwko w towarzystwie roznych dziwnych ludzi. Dzis przyjechalo kolejnych kilkoro poznanych wczesniej w Lijang. W ogole jestem w dziwnym hostelu gdzie koty sa trzymane w klatce (bo poluja), a psy na dachu (nie udalo mi sie dowiedziec czemu), a oprocz tego jest sliczniutka obsluga. Towarzystwo zagraniczne, niechinskie, zagraniczne puby z normalna muzyka i europejskie zarcie (choc nie wiedzac czemu trzeba czekac na nie szmat czasu – ok godziny na pizze lub zwyklego hamburgera) przyblizaja troche do domu i ogolnie umilaja czas.
Nie chce mi sie juz jezdzic po Chinach. Nie zebym jakos nie lubil tego kraju, ale pizdzi za bardzo, a nie lubie jak mi jest zimno. Opcje sa dwie. Opuszczam Chiny i jade do Wietnamu, z mysla ze bede w chinach na wiosne, w drodze powrotnej. Lub dokonczam szybko trase chinska, omijajac kilka miejsc z nadzieja powrotu i jade do Wietnamu. Chyba sie zmusze do tej drugiej opcji, ale pewny nie jestem. Rusze w trase pojutrze, prawdopodobnie. Musze sie wykurowac, bo z nosa mi leci ciut za bardzo. Najprawdopodobniej pojade na poludnie, na pogranicze z Birma. Niewiele wiem co tam jest, ale wlasnie to moze byc wystarczajacym powodem, zeby tam pojechac. Zadecyduje jutro wieczorem.

19 – 26.11 – Wawoz Skaczacego Tygrysa, Lijang, Dali.

19.11
Rozleniwilem sie ostatnio i znow wyszlo inaczej, znaczy sie niedokonca zgodnie z planem. Spoznilismy sie na autobus jadacy do Quitao. Na sniadanie wybralismy sie na pizze. Mala knajpka prowadzona przez Wlocha Marco. Pizza wporzatku, pyszna kawa. No i zagadalismy sie troche. Pozniej pojechalismy obejrzec miejscowy klasztor. Dzieki wskazowkom Marco udalo nam sie ominac bramke i wejsc do klasztoru za free. Sam klasztor jest ladny i godny uwagi, ale nie za 30 yuanow.
Nastepnie wrocilismy do miasta i zmienilismy hostel – na tanszy i bardziej towarzyski. Na dziendobry poznalem grupke gosci podrozujacych podobna trasa, z ktora nastepnego dnia pojechalismy do Quitao, gdzie zaczyna sie szlak wawozu. Siedmioosobowa miedzynarodowa grupa, wlasciwie europejska, wkroczyla na szlak. Kierowca byl dodatkowo bardzo uprzejmy i zadzwonil po Jane, wlascicielke hostelu, tuz za bramka. Ominiety kolejny bilet (50rmb). Widczor przesiedzielismy przy piwku.
Nastepnego dnia wstalismy wczesnie rano, sniadanie juz czekalo, ale ze bylo ciagle ciemno wrocilem do wyra. Chlopaki nie czekali. Wstalem kolo 10tej i razem z Antonem ruszylismy na szlak. Pogoda byla piekna, a ja w zaskakujaco dobrej formie trekingowej. Szlak sliczny, napotkani ludzie przemili. Podczas postoju na kawke poznalismy parke polsko-finska – Magda i Mikka. Razem przeszlismy cala trase, spedzajac dwie noce na szlaku. Drugiego dnia na szlaku zeszlismy na dno wawozu. Slynny kamien i niesamowity huk wody robia niesamowite wrazenie. W drodze w gore stoczylismy ostra momentami utarczke slowna, z gosciem ktory kasowal za przejscie sciezka. Stanelo na 10 juanach i moglismy wrocic na szlak.
Spowrotem nastepnego dnia pojechalismy busikiem. Wrocilem do Janes guest house, gdzie zostawilem wczesniej plecak, i gdzie umowilem sie z Antonem, ktory sie troche rozchorowal i zostal na szlaku. Czekajac na Antona oddalem sie sluchaniu muzyki, czytaniu i wygrzewaniu na sloncu.
Popoludniu wsiedlismy w minibusa prosto do Lijang. Na miejscu przywitali nas Magda z Mikka, z ktorymi umowilismy sie na wieczorne piwko. Wczesniej w Mama Naxi Guest House zjedlismy pyszna kolacje. 10 juanow i wlasciwie jesz ile chcesz.
Wieczor na starym miescie przy piwku.
Przez kolejne dwa dni uprawialem slodkie nicnierobienie – pozne wstawanie, placek z miodem i bananami i kawka na sniadanie, wygrzewanie sie na sloncu i wieczorne gry pijackie konczace sie nad ranem. Jednej nocy udalismy sie z poznanymi w ShangriLa chlopakami i malutka koreanka do chinskiego disco clubu. Smiesznie bylo ale klub zamykali kolo 1 w nocy, a na parkiecie bylo wiecej chopow niz kobiet. Z koleji nastepnego wieczoru w grupie okolo 15tu ludzi wbilismy sie do jakiegos pubu. Ogolnie dobra zabawa do poznych godzin.
Ranek dnia nastepnego byl ciezki. Nikomu nic sie nie chcialo, a trzabylo ruszyc sie do Dali. Niedokonca przekonany o checi wyjazdu z Lijang wsiadlem do busa i po kilku godzinach bylem w Dali. Udalem sie prosto do Friends Guest House, gdzie dzien wczesniej przyjechala grupka wczesniej poznana. Zaraz po rozpakowaniu sie poszlismy na kolacje i kilka piwek. Wieczor skonczyl sie o 4tej nad ranem.
Nastepnego ranka czyli kolo poludnia, poszlismy na sniadanie, po czym czesc chlopakow opuscila Dali udajac sie do Kunming. Zostalem sie z Matsim z Izraela i Sehee z Koreii. Z Matsim wybralismy sie obejrzec miejscowe pagody. Na poczatek skromna stojaca na uboczu pagoda, zupelnie opuszczona. Niby obiekt remontowany, ale kobitka wpuscila nas za piatke. Nastepnie poszlismy zobaczyc slynne 3 pagody. Po obejsciu dookola obiektu, prubujac wejsc nieplacac, podeszlismy pod kasy – 121 juanow. Pass. Szybkie zdjecie i powrot do miasta.
Ubzduralem sobie, ze na kolacje chce pizze. Gotow bylem na to wydac 30 juanow. Czas oczekiwania bagatela godzina. Efekt dziwny, ale dosc smaczny. Wieczor przy piwie.