Posts Tagged ‘Japonia’

7-9.10 – Himeji, Okayama, Hiroshima i Shimonoseki

7.10
Do Himeji docieram z samego rana. Udaje sie prosto na zamek. Kupuje bilet laczony na zamek i ogrody, zostawiam plecak w szafce i wchodze. Jakos nie mam najlepszego dnia. Zamiast cieszyc sie widokiem zamku wkurzam sie, ze tyle kasy na wszystko idzie, a przyeciez jeszcze kilka dni w Japonii zostalo. Denerwuje mnie to ciagle przeliczanie i wydawanie kasy w tysiacach jenow. Oczywiscie naiwnym byloby wczesniejsze myslenie, ze bedzie inaczej. Mimo to wkurza mnie to.
Zamek swoja droga jest ogromny i przepiekny. Obchodze go dookola, wchodze do srodka. Wewnatrz za duzo do ogladania nie ma, podobnie jak w Matsumoto – kilka wystaw i to wszystko. Wychodze ide do ogrodow. Ogrody sa przepiekne. Staje sie juz pewnie nudny z tymi ogrodami, ale co zrobic podobaja mi sie i nie ukrywam, ze byl to jeden z powodow odwiedzenia Japonii. Siadam przy stawie na jakas chwile i gapie sie na karpie. Jest ich mnostwo (ponoc 250), a kazdy innego koloru. Ide dalej. Namawiam samego siebie na filizanke zielonej herbaty. Miala to byc ta slynna ceremonia herbaciana, jednak bylo to bardziej nastawione na turystow. Babki w kimonach przynosza miseczke matchy (zielonej herbaty), kilka uklonow i po wszystkim. Po wyjsciu ide szybko na dworzec i prosto do Okayamy.
W okayamie spedze noc w hostelu, a pozniej, po obejrzeniu tutejszych slynnych ogrodow, bede musial podjac decyzje jak dalej jechac. Czy probowac stopa, zeby zaoszczedzic kasy, czy wsiadac w pociag i nocny bus prosto do Shimonosenki lub Fukuoki. Nie wiem, chetnie bym sprobowal stopa, ale to moze potrwac, a to sa duze koszty, a strasznie meczy mnie tutejsza drozyzna.
W hostelu poznaje Szkotke, Amerykanina i Koreanczyka, gadamy do poznych godzin, glownie wypytujac kolege z Korei jak jest u niego jakie sa roznice. Lance ze stanow ma podobna trase co ja – Japonia, Korea i Chiny, tak wiec mielismy wspolne
pytania.

8.10
Leje. Bedzie czeba jakos w deszczu obejrzec ogrod i spadac do Hiroshimy. Pociagiem. Kasa kasa, ale nie usmiecha mi sie lapac aut w deszczu.
Zjadlem sniadanie, ogolilem sie, deszcz ustal, humor mi sie poprawil. Pozegnalem sie z chlopakami i poszelem ogladac ogrod. Ogrod nie na darmo zaliczono do trzech najpiekniejszych w Japonii, choc jakakolwiek gradacja tutaj sesu nie ma. Japonskie ogrody sa piekne i tyle. Z ogordu poszedlem cos zjesc i na zamek. Do srodka wchodzic mi sie nie chcialo. Z zewnatrz, choc to replika, zamek bardzo ladny. Wchodzac na dziedziniec zamkowy, zalapalem sie na wesele. Wszyscy poubierani w tradycyjne japonskie stroje, przy odglosach bebnow. Robilo to niezle wrazenie.
Z zamku pomaszerowalem prosto na pociag do Hiroshimy i po niecalych trzech godzinach bylem juz na miejscu. Na kolacje wybralem specjalnosc miasta – specjalna ichniejsza odmiane okonomijaki – pyszne. Poszedlem nastepnie do Parku Pokoju – miejsca nad ktorym wybuchla bomba atomowa. Byl juz pozny wieczor, wiec w zupelnej samotnosci i spokoju moglem obejsc wszystkie pomniki. Poszwedalem sie troche po czym zasnalem gdzies na lawce.

9.10
Rano obszedlem jeszcze raz park i udalem sie do muzeum upamietniajacego tamte wydarzenia. Przez caly czas zastanawialem sie jak sami japonczycy podchodza do tego co sie wtedy stalo, czy i w jakim stopniu widza swoja wine. W muzeum w kilku miejscach bylo napisane, ze to Japonczycy zaczeli wojne na pacyfiku, ale odczulem tez, ze obwiniaja Amerykanow. W muzeum tez byla grupka starszych Amerykanow, pamietajacych czasy wojny. Ciekawie sie sluchalo ich uwag i pogladow, a takze wspomnien co poniektorych. Krzatajac sie po parku zauwazylem ze w budynku z informacja turystyczna, ktory tez znajduje sie w parku, jest souvenir shop. Nie dawalo mi spokoju jakiez to suweniry w miejscu detonacji atomowki mozna sprzedawac, totez podazylem tym tropem. Tym ktorzy sie spodziewali jakichs rewelacji ala szczatkow, czy np napromieniowania malego palca za jedyne 500 jenow, musze rozczarowac – poza t-shirtami, ciastkami, dlugopisami i temu podobnym, nic ciekawego nie zauwazylem.
Nastepnie wsiadlem w pociag prosto do Shimonoseki skad mam nadzieje wyplynac do Korei. Po dotarciu do Shimonoseki dokonalem czynu, w niektorych kulturach karalnego, a mianowicie przeszedlem szybko przez bramke nie regulujac opaty za bilet. Sprawa z biletami kolejowym ma sie nastepujaco: podchodzisz do automatu, wrzucasz kase i wyciagasz bilet. Jak nie wiadomo ile bilet kosztuje wrzuca sie dowolna kwote wybiera sie dowolny bilet, a na dworcu docelowym reguluje sie oplate. Kolo z okienka byl tak zajety rozmowa z jakims pasazerem, ze nie zauwazyl, ze moj bilet jest o polowe tanszy niz powinien byc. Traktuje to jako prezent pozegnalny od Japan Rail i drobna rekapensate tych drozyzn.
Po wyjsciu z dworca udalem sie szybko do przystani promowej. Sa miejsca – sa – to prosze. I tak sie wlasnie konczy japonski etap mojej podrozy.

Japonia jest niesamowicie cudownym krajem. Wszystkie moje oczekiwania sie spelnily z nawiazka. W sumie spedzilem tu 3 tygodnie, wiec nieco dluzej niz myslalem. Pogoda mi dopisywala, z malymi wyjatkami, jedzenie jest pyszne, w zabytkach i atrakcjach mozna przebierac do woli i tylko koszty stanowia jakas bariere. W sumie wydalem 125000 jenow, co jak na trzy tydnie jest chyba niezlym wynikiem. Podrozowanie po Japonii nie sprawia zadnych problemow. Jest bardzo bezpiecznie, a i z jezykiem nie ma problemu. Wszystkie stacje kolejowe, wazne miejsca czy atrakcje turystyczne sa podpisane po angielsku, a ludzie tez chetnie pomagaja. Czasem idzie wyczuc pewien dystans miejscowych wobec gaijinow, ale w wiekszosci ludzie sa bardzo sympatyczni i skorzy do pomocy, nawet jak nie znaja angielskiego. Japoneczki specjalnie ladne nie sa, moze z wyjatkiem Tokyo, ale sa niesamowicie slodkie i urocze.
Wroce tu, jestem tego tak pewien, jak tego, ze slonce wschodzi, a na wiosne wisnie zakwitaja.

2-6.10 Kyoto

2.10
Do Kyoto zajechalem juz wieczorem, tak ze zostalo juz mi tylko cos zjesc i ewentualnie poszlajac sie po miescie noca – na co ochoty nie mialem. Posiedzialem na kompie troche, wypilem piwko i poszedlem grzecznie spac.

3.10
Wstalem niezbyt wczesnie bo po jedenastej, zanim cos zjadlem i wypilem kila kaw, ktore akurat w tym hostelu sa za darmo, minelo troche czasu. Stwierdzilem, ze zrobie sobie lajtowy dzien i poszedlem na spacer po okolicy. Na pierwszy rzut poszedl zamek Nijo. Calkiem fajny z zarabistym ogrodem. Nastepnie udalem sie do parku cesarskiego. Niestety publiczna czesc parku jest kompletnie niespecjalna, a na ogladanie palacu i ogrodow trzeba sie umowic i dostac zezwolenie. Zostawie to sobie na piatek. Poszedlem nastepnie do starej dzielnicy kupieckiej, gdzie mialy sie gejsze krecic. Niestety gejsz brak. Polazilem wiec, krecac sie bez celu, az zglodnialem. Wzucilem dwie miski ryzu z miesem do zoladka i wolnym krokiem udalem sie do hostelu.

4.10
Mam ambitny plan zwiedzenia polowy Kyoto – dzisiaj. Budzik dzwoni juz o osmej. Dostaje jednak w leb i wylacza sie. Wstaje godzine pozniej niz planowalem, o dziewiatej. Jem szybkie sniadanie i ruszam w droge. Wpierw jednak musze rozwiazac maly problem. Karta pamieci w aparacie jest juz pelna, a komputery w hostelu to maci, ktore nie toleruja mojego dysku. Musze isc do kafejki. Wybieram taka w miare po drodze i po pol godzinnym kopiowaniu, moge ruszac zwiedzac. Na pierwszy strzal idzie najwyzsza w Japonii pagoda, niestety za podejscie blizej niej zycza sobie 600 jenow. Dziekuje ide dalej. Kolejna swiatynia to Nishi-honganji , rzucam szybko okiem i ide dalej. Przemieszczam sie do wschodniej czesci Kyoto. Po drodze zauwazam maly sklepik z nozami. Zagaduje babke i dowiaduje sie, ze to reczna robota. Ogladam, ogladam, robie zdjecia. Kupuje miecz. Ide dalej. Odwiedzam kolejno swiatynie Kiyomizu, pagode Yasake gdzie spotykam dwie mlode gejsze i ide do swiatyni Kodaiji, gdzie spedzam wiecej czasu (i pieniedzy). Sliczny ogrod. Dalej udaje sie do swiatyni Chion-in niestety z okazji pazdziernika zamykaja wczesniej. I w ten wlasnie sposob planu nie uda sie zrealizowac. Wchodze jeszcze tylko zobaczyc chram Heian i jego ogordy, ktore wygraly nawet kilka nagrod w Japonii. Ogrod przepiekny. Spedzam w nim troche czasu, nie spieszac sie juz nigdzie. Wychodze. Powolnym krokiem ide do hostelu. Cos zjesc. Zrobic pranie. Wypic piwo. Spac.

5.10
Kolejny dzien pelny zwiedzania zaczynam o 9.30 w palacu cesarskim. Nie ma zadnych problemow z uzyskaniem zezwolenia, czysta formalnosc. Wchodzi sie grupa z przewodnikiem. Do samego palacu oczywiscie nie wchodzimy, ale i to kompleks robi wrazenie. Dla mnie perelka byly ogrody. Po palacu zdecydowalem sie wyrobic zezwolenie na drugi kompleks palacu cesarskiego – Sento. Mam byc na wpol drugiej. Prawie biegiem przenosze sie do swiatyni Nanzenji, oddalonej od palacu o kilka kilometrow. Dochodzac decyduje sie jednak zwolnic tempa kosztem palacu. Takie bieganie za duzo sesu nie ma. W swiatyni znow najwieksze wrazenie na mnie wywieraja ogrody. Obchodze spokojnym krokiem. Ogladanie swiatyni i ogrodow zajelo mi jednak tylko pol godziny. Zdaze do Sento. I zas prawie biegiem. Zdazylem. Kolejna grupa juz gotowa do wejscia. Tym razem wchodzi tylko 15 osob, a nie jak wczesniej kilkadziesiat. Caly kompleks dla kilku osob. Przepiekne ogrody.
Okolo 15 po chwili oddechu i kubku kawy w hostelu. Ide do zlotego pawilonu. Dochodze tuz przed zamknieciem. Ludzi mase. Znajduje chwilke zeby nacieszyc oko pawilonem i pedze do swiatyni zen – Ryoanji. Swiatynia glownie znana jest ze swojego ogrodu skal. Wchodze zaledwie pietnascie minut przed zamknieciem. Ludzi jeszcze troche bylo, ale wewnatrz i na balkonie na ogrod panowal calkowity spokoj. Posiedzialem chwile i powolnym krokiem kieruje sie w strone hostelu. Jeszcze kolacja i spac.
Nastepnego dnia w planie bylo opuszczenie wczesnym rankiem Kioto. Bylo bo, tak od niechcenia spytalem, czy maja w hostelu moze jeszcze jakies miejsca na sobote i okazalo sie, ze sa i to w dodatku za jedyne 9 dolarow. Tak wiec zostaje dzien dluzej.

6.10
Wstaje pozno, po jedenastej. Dzis robie sobie luzny dzien. Dzieki Simonowi w koncu moge zajac sie stronka i powrzucac zalegle relacje. Siedze na kompie do 15tej. Pozniej robie sobie spacer po wschodnim Kioto. Lajtowo, spacerkiem przechadzam sie po miescie, zagladam do swiatyn, spaceruje szlakiem filozofow. Zchodze do centrum. Tu odnosze wrazenie jakby cale kilkusettysieczne miasto plus goscie, wyszli wlasnie tu i wydaja kase w sklepach, barach czy klubach pachinko. Robie kolko i wracam do hostelu. Te wszystkie zapachy uliczne zrobily mi cholernego smaka i gloda. Udaje sie na yakitori – japonskie szaszlyki. Biore kilka, plus miska ryzu. Niby nie wiele. Rachunek 1600 jenow. Cholera duzo. Ale smak niesamowity. A ten sos….

p.s. Na Kioto trzeba przeznaczyc znacznie wiecej czasu niz te moje cztery dni. I znacznie wiecej pieniedzy. Na obejscie wszystkich swiatyn i chramow potrzebaby okolo 10 dni, a prawie kazde wejscie kosztuje od 400 jenow (przewaznie 500, 600). Ja zaledwie liznalem kilka ciekawych miejsc.

1-2.10 Ise i Nara

1.10
Na dzien dobry zostalem niezle wkuzony. Szafka okazala sie byc nie 24o godzinna, ale o polnocy zegar sie kasowal i kto co mial zamknietego musial doplacic zeby to wyciagnac, jak np. ja. Nastepnie ide do bramki, a tam moj biet, ktory kupilem dzien wczesniej, nie dziala. Podchodzi straznik i mowi, ze bilety sa tylko na dany dzien i nastepnego juz nie mozna go uzywac. Patrze na kolesia i uprzejmie mu przekazuje informacje, ze to jest bez sesu, a ode mnie ani jena nie dostana. Koles okazal sie nadzwyczaj kumaty, bo nie czekal az dodam: otwieraj ta bramke do cholery i wypisal mi jakis kwitek na ktorym moglem w spokoju przejechac. Dalej juz poszlo sprawnie.
Dojezdzam do Ise, ciagle leje. Plan prosty – oblatuje szybko swiatynie i jade do Nary. Ise jest znana w Japonii ze swiatyn shinto, jednych z najswietszych. Okazalo sie, ze sa tylko dwie (dwa kompleksy swiatynne), a na dodatek glowny gmach jest otoczony poczwornymi plotami i wlasciwie zobaczyc go nie idzie. Pierwszy kompleks, blisko dworca jest dosc kiepski, zeby nie powiedziec, ze rozczarowuje. Z koleji do drugiego juz warto isc, super ogrod i swiatynie jakby lepszej jakosci. Po wyjsciu ze swiatyni wszedlem do starej kupieckiej dzielnicy, gdzie cala zabudowa byla drewniana i pamietala dosc odlegle czasy – wyglada to super, kojazylo mi sie ze sredniowieczna japonia, jaka mozna od czasu do czasu zobaczyc na filmach. Po obejsciu, kieruje sie szybkim krokiem na dworzec i wskakuje do pociagu do Nary
W Narze jestem kolo czwartej. Na szczescie z noclegiem nie ma problemu – laduje w hostelu, troszke oddalonym od centrum i z jakimis klasztornymi regulami, typu 23 – gaszenie swiatla, 6.30 – pobudka, lazienka od 18 do 21. Zostawiam bagarze i ide sie przejsc. Swiatynie juz zamkniete, sklepiki tez juz sie zwijaja. Szwedam sie chwile, zjadam kolacje, jeszcze chwile ogladam swiatynie, ktore zostaly podswietlone i spadam do hostelu. Jestem padniety.

2.10
Na szczescie niekt nie probowal mnie obudzic o 6.30, bo kiepsko by sie to dla niego skonczylo. Wstac jednak i tak musze wczesnie, bo wypis z hostelu jest o 8.30. Zostawiam bagaz i ide ogladac. Po drodze jakies jedzonko. Wiekszosc najciekawszych swiatyn w Narze skupia sie w parku Nara-koen. Ide spacerowym krokiem od jednej swiatyni do drugiej. Z poczatku nic szczegolnego. Wybieram sie na najwyzszy szczyt w okolicy. Okazuje sie, ze gora jest otoczona plotem i trzeba zaplacic 150 jenow za wejscie. Nie wiem co mnie podkusilo, ale zaplacilem, a mozna w sumie bylo isc troche przez las omijajac bramki, a pozniej wejsc na szlak. Na bilecie, ktory dostalem pewnie jest napisane: naiwny glopek, albo cos w tym stylu. Dochodze prawie do szczytu, a tam kolejna budka straznicza i kolejny napis 150 jenow. Przechodze przez bramke, nie zatrzymujac sie tym razem. Nikt za mna nie wolal wiec chyba spoko. Widok z gory super, widac cala Nare, wiekszosc swiatyn. Spowrotem kieruje sie inna droga. Z poczatku droga tylko dla aut, pozniej skrecam gdzies w las. Jest jakis szlak wiec ide. Szlak sie jakby konczy, ale ide dalej. W koncu udaje mi sie wydostac z lasu i to wprost na swiatynie, ktora chcialem – Nigatsu-do. Tym razem swiatynia robi wrazenie. Jest duza, ladna, z pieknym widokiem z balkonu, mozna sie napic herbatki i to wszystko za free. Dalej kieruje sie do glownej atrakcji Nary – Todai-ji. Olbrzymia budowla cala z drena (jak mowi przewodnik – najwieksza w Japonii), w ktorej siedzi najwiekszy w Japonii budda z brazu. Robi to wszystko wrazenie – musze przyznac. Dalej ide juz tylko pod piecio i trzy kondygnacyjna pagode. Nastepnie po plecak i w droge do Kyoto.

27-30.09 Nikko, Kamakura, Hakone i Nagoja

27.09
Dojezdzam do Nikko o czasie i to bez przesiadek. Znow rzeczywistosc okazala sie byc lepsza niz plan ze strony internetowej. Wysiadam, zostawiam plecak w szafce na dworcu i ide zwiedzac. Niestety zwiedzac tego dnia juz nie ma co, bo wszystkie swiatynie juz pozamykane. Rownie dobrze moglem zostac jeszcze jeden dzien w Tokio. Krzatam sie troche po miasteczku i ide cos zjesc. W koncu, bo wlasciwie nie jadlem caly dzien. Po pysznym posilku kieruje sie poza miasteczko, w strone jeziora nad ktorym moznaby sie rozbic. Po godzinnym marszu, dowiaduje sie, ze do jeziora jeszcze 15 km. Rezygnuje z dalszej drogi. Znajduje sciezke i podazam nia nad rzeke, gdzie rozbijam pseudo oboz i zasypiam.

28.09
Wstaje kolo 9tej i ruszam prosto do swiatyn. Swiatynie i chramy Nikko sa przepiekne. Niesamowicie zdobione budza prawdziwy podziw. Nie ma ich jednak na tyle zeby spedzac tu caly dzien. Troche zle to rozegralem. Trzabylo zabookowac sobie jeszcze jeden nocleg w Tokio i przyjechac tu tylko na chwile.
Wsiadam w pociag i znow do Tokio. Tu postanawiam isc na chwile jeszcze do palacu cesarskiego, ktorego ogrody ostatnio byly zamkniete. Docieram na miejsce i co slysze – przykro mi w poniedzialki i piatki ogrod jest zamkniety. Wracam na dworzec i jade pociagiem do Kamakury – starej stolicy Japonii. Na miejsce docieram juz po zmroku, chociaz to dopiero w pol do siodmej. Ide cos zjesc, zostawiam plecak w szafce i wyruszam w miasteczko. Probuje znalezc laznie publiczna, lecz obie, ktore udaje mi sie znalezc, sa juz zamkniete. Ide na plaze. Wypijam piwko i ide spac.

29.09
Wstaje budzony przez deszcz. Nie zadna ulewa, taka se mrzawka, ale przeszkadza w calonocnym plazowaniu. Ide ogladac swiatynie. Po drodze szukam jakiegos sniadania. Po ogladnieciu kilkunastu wystaw barowych, z jedzeniem i cenami, decyduje sie na zakup czegos ze spozywczaka. Jakies sushi, kilka slodkich bulek, 5 bananow, cos do poiicia – zielona herbata z automatu i juz 800 jenow nie moje. Swiatynie juz nie tak ladne jak w Nikko, niektore wrecz rozczarywuja. Jest tez jedenasto metrowy Budda z brazu. Najwieksze wrazenie zrobila na mnie swiatynia Kenchji – duza i ladna, ale najlepszy byl nieduzy, ale przesliczny ogrod zen. Moglbym tam przesiedziec caly dzien. Ale kilka minut musi mi wystarczyc. Trzeba isc dalej. Sposrod kilkudziesieciu swiatyn buddyjskich i chramow shinto wybieram tylko kilka. Na wiecej nie mam ani czasu, ani ochoty, ani pieniedzy. A te ida w niesamowitym tepie. Ide na dworzec, biore plecak z szafki i szybko wskakuje do pociagu. Dwie godziny i tysiac jenow pozniej jestem juz w Hakone – takie japonskie Zakopene, ino zamiast Giewontu maja Fuji. Caly dzien siapi z gory. Nie ma nawet mysli o spaniu na placu. Ide sie spytac o nocleg. Oba hostele maja juz kaplet. Najtansza opcja to ryokan za 7700 z posilkami. Szybki rachunek w myslach – jak wezme bez posilkow to i tak tyle samo, jak nie wiecej wydam na miescie – ok biore. Dzis bedzie rekord. Hotelik dosc przyzwoity, maja onsen wiec jest super bo i tak mialem isc sie wymoczyc w goracych zrodlach. Po rozpakowaniu sie w pokoju ide sie kapac. Tego mi bylo trzeba. Kolacja. Dostalem duzy polmisek wazyw i mies do samodzielnego usmazenia, do tego miska ryzu i jeszcze jakies salatki. W koncu pojadlem. Jest mala satysfakcja z dokonanego wyboru. Jednak musze jakims sposobem wlaczyc taryfe oszczednosciowa bo mnie Japonia zrujnuje, jak tak dalej pojdzie.

30.09
Wstaje na sniadanie dosc ciezko, ale z nadzieja, ze se tak pojem jak wieczorem. Niestety, az tak nie pojadlem, a nawet po raz pierwszy w Japonii dostalem do jedzenia cos co mi nie smakowalo. Jakies ohydne kulki. Reszta spoko. Po sniadaniu jeszcze szybka wizyta w onsenie. Na dworze dosc chlodno i leje, a ja sie grzeje w goracej wodzie.
Nie ma sesu, zebym tu zostawal dluzej i wypatrywal Fuji. Niebo jest cale zachmurzone i niewiele widac. Ze stopa tez rezygnuje. Jade pociagiem do Nagoji.
W Nagoji jestem juz kolo czwartej po poludniu. Zostawiam plecak w szafce i ide sie pokrecic po miescie. Zanim sie jednak zebralem, zdazyli juz zamknac zamek, nawet do ogrodow wejsc nie mozna. Krece sie bez wyraznego celu. Chce po drodze znalezc citibank i internet. Citibank dlatego, z jest to jedna z niewielu instytucji obslugujacych miedzynarodowe karty platnicze. Dostrzegam zalety wielkich korporacji. Sa pozyteczne. Chcesz kase – jest Citi (choc rownie dobrze moglby to byc HSBC czy Royal Bank of Scotland). Chcesz zjesc cos normalnego restauracji do wyboru. Chcesz sie napic pozadnej kawy (za czym w Japonii trzeba polazic) – Starbucks i McDonalds sluza. W tym drugim przypadku trzeba jednak glosno krzyczec, ze chce sie kawe na goraco. Ja tylko powiedzielem kawe, a do pol litrowego kubka nasypali mi kilo lodu i zalali zimna kawa. I tak sie wlasnie szlajalem od maca gdzie mial byc wifi i ciepla kawa (wifi byl tylko glab za lada nie wiedzial, ze haslo jest potrzebne i mi go nie dal- wiec i z jednego i z drugiego nici), do citibanku, ktory byl tylko jeden w Nagoji i trza go bylo znalezc. Az zglodnialem. Znalazlem, w celu zaspokojenia tego pozadania, niezla knajpke. Serwuja obfite zarcie z mozliwoscia dokladania sobie ryzu (z czego skozystalem dwukrotnie), za jedyne 620 jenow. W koncu sie zmeczylem i wrocilem na dworzec skad pierwszym mozliwym pociagiem jade do Ise.

23-27.09 Tokyo

23.09
Tokyo powitalo mnie deszczykiem. Wychodze, zostawiam plecak w szafce metra i ide poznawac Shinjuku – rozrywkowo biznesowa dzielnice stolicy. Miasto ktore mialo nigdy nie zasypiac, drzemie smacznie. Od czasu do czasu przejedzie taksowka pusta. Inni taksiarze spia w autach. Gdzieniegdzie w drapaczach chmur pali sie jakies pojedyncze swiatlo. Przechodze przecznice dalej, tam dobiega mnie lekki jazz wydobywajacy sie z jakiegos pubu. Jakis podchmielony biznesmen wraca, albo moze lepiej idzie w blizej nieokreslonym kierunku. Przechodze dalej. Moze masaz – podchodzi do mnie jakas babka. Wszedlem do dzielnicy uciech. Naganiacze stoja na kazdym rogu. Najpiekniejsze japonki w miescie, to moze filipinke. Oddalam sie. W tle jazz miesza sie z j-popem. Przechodze przez ulice wielkich biurowcow. Ide do parku, klade sie na lawce, jest 4ta nad ranem. Wstaje o wpoldo siodmej. Shinjuku.

24.09.
Ide do banku wyciagnac kase z karty, na szczescie udaje sie. Przez chwile sie obawialem, ze moge nie znalezc bankomatu obslugujacego karty inne niz japonskie. Nastepny przystanek – centrum Tokyo. Z shinjuku jedzie sie ekspresem ladne pare minut. Krotka wizyta w informacji turystycznej i wsiadam do metra, linii Ginza, jadacego do dzielnicy gdzie mam nocowac. Zostawiam plecak i ruszam zwiedzac miasto.
Zaczalem od Asakusy i swiatyni Senso-ji. Duzy kompleks swiatynny w samym centrum dzielnicy. Ladna piecio pietrowa pagoda i setki ludzi. Do swiatyni prowadzi pasaz, na ktorym mozna kupic wszystko, od paleczek po kopie mieczy japonskich.
Nastepnie jade do Akihabary dzielnicy elektroniki. Palesam sie po sklepach, niektore male sklepiki inne wielkie kilkupietrowe gmachy, gdzie na kazdym pietrze inny rodzaj sprzetu. Ceny nie powalaja. Porownywalne z tymi, ktore widzialem w internecie. Choc przyznam, ze niektory sprzet robi wrazenie. Nic nie kupilem.
Po Akihabarze udaje sie do Shibuyi, metrem kolejne 20 minut. Dzielnica sklepow, barow i mlodych ludzi. Starszych sie jakos nie zauwaza. Zaraz po wyjsciu ze stacji wchodzi sie na skrzyzowanie pieciu ulic. Na chodniku gromadza sie tysiace ludzi, zeby za chwile na jeden sygnal wlaczylo sie zielone swiatlo dla wszystkich. Tlum rusza we wszystkich kierunkach, wpadacjac na siebie. Opisac sie tego nie da, trzeba to widziec. Krece sie chwile po dzielnicy neonow i jade do hostelu – kolejne pol godziny w metrze. Miasto jest ogromne. Zmeczony udaje sie jeszcze do baru na darmowego drinka dla gosci hostelu. Tam poznaje Briana z Kanady oraz Sharit z Izraela. Przegadalismy kilka godzin, umawiajac sie na nastepny dzien, na wspolne zwiedzanie.

25.09
Rowno o 11tej wyruszylismy w miasto. Moi towarzysze poszli jeszcze ze mna do nowego hostelu i moglismy smialo wyruszyc. Wpierw sniadanko i kawa. Nastepnie palac cesarski. Po obejsciu parku przy palacu chcielismy wejsc do samego ogrodu, ale niestety okazal sie byc zamkniety. Musielismy sie zastanowic co dalej, bo zostalismy wytraceni z planu. Postanowilismy przejsc sie so Tokyo Tower – wiezy tkijskiej, gdzie pierwszy balkon widokowy jest na 150 metrze. Wejscie na wieze cholernie drogie i w sumie gdyby nie Brian i Sharit nie poszedlbym tam. Ale widoczek naprawde niezly. Na wiezy dolaczyla do nas Ashley, tez z Kanady. Wspolnie udalismy sie w kierunku Roppongow, dzielnicy sklepowo- barowej, gdzie skorzystalismy z tej drugiej opcji. Po kilku piwach udalismy sie jeszcze do Shibuyi, kolejnej dzielnicy glownie modszej czesci spolecznosci Tokio. Tam wyglodniali posanowilismy poszukac sushi, serwowanego na ruchomej tasmie. Po zjedzeniu kilkunastu porcji, pokrecilismy sie jeszcze troche po Shibuyi, odwiedzajac miedzy innymi kilku pietrowy salon gier automatycznych. Probowalem zrozumiec na czym poega gra Pachinko, ktora japonczycy wrecz uwielbiaja, ale nie do konca ta sztuka mi sie udala. Po chwili wrocilismy do hostelu, a wlasciwie do baru hostelowego. Po spozyciu kilku drinkow Brian wyciagnal mnie jeszcze do baru karaoke. Tam pijac i spiewajac z japonczykami przesiedzielismy do czwartej nad ranem.

26.09
Rano umowilem sie znowu z Brianem na kolejny dzien zmagan z Tokio. Mielismy isc do miejscowego onsenu, czyli lazni publicznej z goracymi zrodlami. Wpierw jednak znowu musialem zmienic hostel. I cos zjesc popijajac kawa. Kawa byla niezbedna dla nas obu, bo ciagle spalismy. Laznia byla w dzielnicy Ueno, przy parku pelnego muzeow oraz zoo. Dotarlismy do onsenu, ktory po raz kolejny okazal sie byc zamkniety. Na szczescie tylko do wpol do czwartej. Na zabicie czasu poszlismy do zoo. Zoo jak to zoo, poza tym ze drogie, to jest tam kilka stworzen, ktore widzialem po raz pierwszy w zyciu. W koncu onsen byl otwarty i moglismy sie oddac kapieli. Po wyszorowaniu ciala, do basenu z goraca woda. Niestety woda byla tak goraca, ze nie szlo tam wejsc. Chwilowe wsadzenie nogi skutkowalo oparzeniem. Niezadowoleni wyszlismy z lazni. Roztalismy sie do wieczora. Brian musial jechac do hostelu, a ja chcialem zobaczyc jeszcze jedna swiatynie – ponoc najpiekniejsza w miescie. I co – znow zamknieta. Ogrod niedaleko od niej tez. Niech to szlag.
Poszedlem cos zjesc, a nastepnie udalem sie na czterdzieste piate pietro budynku wladz metropolitarnych, skad rozciaga sie przepiekna panorama miasta, zdecydowanie lepsza niz z Tokyo Tower, a na dodatek za darmo. Po powrocie Brian znow mnie wyciagnal do baru i na karaoke. Znow spac poszedlem o 4tej.

27.09

Oczywiscie wstalem pozniej niz powinienem. Dzis jade do Nikko, a musze jeszcze z kompa skozystac i zabookowac nocleg w Kyoto. Nie chce, zeby sie powtorzyla sytuacja z Tokio, ze co rano musze zmieniac hostel.
Glodny szybko wsiadam do pociagu. Tokio jest ogormne. Z dzielnicy Asakusa, w ktorej mieszkalem i ktora wydaje sie byc juz na krancach Tokio jedzie sie jeszcze ponad pol godziny, zeby mozna bylo powiedziec, ze to juz nie miasto.
Na Tokio trzeba przeznaczyc duzo wiecej czasu, niz 3 dni, jak ja. I duzo pieniedzy.

22-23.09 Matsumoto

22.09
20 moze 30 minut stania z lapa wyciagnieta zajelo mi zlapanie pierwszego stopa w Japonii. Mlode malzenstwo podrzucilo mnie do Hirayu 30km od Takayamy. Koles troszke gadal po angielsku, wiec udalo sie zamienic kilka zdan. Wysadzili mnie na parkingu wylotowym w strone Matsumoto, gdzie nie minelo nawet 5 minut, a juz siedzialem w drugim autku, prosto do celu. Tym razem zabralo mnie malzenstwo w wieku srednim (jak to sie ladnie mowi). Po angielsku nic. Zawiezli mnie pod sam dworzec w Matsumoto, skad udalem sie do turist info znalezc nocleg. Maly hotelik o rzut kamieniem od zamku. Zostawilem plecak i prosto na zamek, gdzie mial sie odbywac jakis koncert. I rzeczywiscie byl – usiadlem na trwce przed zamkiem I rozkoszowalem sie jego pieknem oraz japonska muzyka ludowa.
Okolo 20tej do wykonawcow muzyki dolaczyl jeszcze moj zoladek. Poszedlem czegos poszukac i po zlazeniu miasta dookola udalem sie do knajpki poleconej przez pewnego murzyna. Koles z Ghany, zaczepil mnie by zaproponowac prace jako szofer weselny. Ponoc szukaja bialych do tej roboty. Podziekowalem i poszedlem jesc. Lokal dosc tani jak na japonie, wiec zamowilem dwa dania (no co glodny bylem) – ryz i makaron z dodatkami owocow morza.
Po kolacji spacerkiem poszedlem do hoteliku. Jeszcze tylko filizanek kilka zielonej herbaty i spac.

23.09
Pobodka troche pozniej niz planowalem. Sie rozpadalo i deszcz stukajacy o parapet zmusil mnie do wysilku umyslowego, co doprowadzilo do zmiany planu. Zamiast stania z paluchem wyciagnietym, kupilem bilet autobusowy do Tokyo. Jade poznym wieczorem i bede w Tokyo w nocy. A na teraz, zwiedzanie zamku Matsumoto. Zamek w srodku juz nie robi takiego wrazenia jak na zewnatrz. A na dodatek strasznie tloczno.
Po zamku udalem sie jeszcze pokrecic po miescie, posluchac znowu koncertu na zamku. Pod wieczor spakowany juz i z plecakiem, poszedlem na kolacje, a pozniej szybko na autobus.

20-22.09 Takayama

20.09
W Takayamie bylem juz poznym wieczorem. Biuro informacji turystycznej dawno juz zamnkniete.Podszedlem do mapy miasteczka, bo moze jest napisane co i gdzie ze spaniem, albo cos. Podchodzi do mnie koles i ze mnie do hostelu zaprowadzi. Dziekuje mu, ale mowie ze wpierw chcialbym cos zjesc, w sumie na odczep sie. A on mi, ze zna dobra knajpke i ze tam tanio mozna zjesc. No to ok. Zaprowadza mnie tam i nawet pomaga zamowic danie – ryz z kurczakiem zapiekane w jajku. Calkiem niezle. Wcinam sobie spokojnie, a ktos mnie po plecach poklepuje. Z trudem ale jakos sie porozumiewam z czworka japonczykow. Jeden z nich stawia mi piwo, a pozniej miske makaronu – ramen. Po chwili do knajpki wchodzi dziesieciu rozbawionych podchmielonych japonskich biznesmenow. Troche gadamy. Smiejemy sie. Pytaja sie mnie gdzie sie zatrzymalem. Ja, ze jeszcze nie wiem (byla 22ga). A ten co mi postawil piwo i ramen, ze zaprasza mnie na noc do siebie do domu. Wow tego sie nie spodziewalem. Nie odmawialem nawet przez chwile. Po skonczeniu bardzo obfitej kolacji, za ktora w calosci zaplacil, udalismy sie do jego domu. Tam czekalo mnie jeszcze kilka piw i rozmowa do polnocy z panstwem Kanayama (zona w angielskim sobie lepiej radzila niz pan domu). Jeszcze cieply prysznic i do spania.

21.09
Rano pyszne typome japonskie sniadanko – ryz, ziemniaki zapiekane z serem, kielbaski i jeszcze kilka innych skladnikow ktorych nazw nie znam.
Po sniadaniu podwiezli mnie do centrum i tam sie rozstalismy.
W info polecili mi nocleg w schronisku przyswiatynnym. Udalem sie tam, zostawilem plecak i poszedlem zwiedzac Takayame. Na pierwszy rzut poszla Takayama Jinya – historyczny budynek rzadowy. Wiele ciekawych eksponatow, miedzy innymi makieta zamku Takayamajo, z ktorego nawet ruiny nie zostaly. Nastepnie w trakcie pieszej wedrowki odwiedzilem kila swiatyn – buddyjskich, jak i shinto. Wrocilem do hosteliku – swiatyni, wzialem prysznic i udalem sie jeszcze szybko cos zjesc. Tym razem padlo na miejscowa specjalnosc Hoba Miso Beafsteak. Cholernie drogie i malo tego bylo, ale za to pyszne. Niedojedzony wrocilem spac

22.09
Wstalem znow wczesniej i po szybkim sniadaniu, kawa i tosty z jajkiem, znow nie pojedzony poszedlem skozystac z inernetu do ratusza, gdzie byl za free. Po godzinie zabawy na kompie ujrzalem kartke mowiaca, ze kozystac mozna tylko przez 15 minut, ale na szczescie nikogo nie bylo i nikt sie nie rzucal. Po skonczeniu szybko udalem sie z plecakiem na droge numer 158, gdzie zaczalem kciukiem lapac transport do Matsumoto.

19.09 Japonia, Kanazawa

Japonia przywitala mnie bezchmurnym niebem i trzydziestoma stopniami. Na lodce zgadalem sie z Wiktorem, ze jego znajoma podrzuci mnie na dworzec w Toyamie, to troche oddalona miejscowosc od portu i najwieksze miasto regionu, stolica prefekturey Toyama-ken. Takze punkt startowy dla mnie, bo z dworca udaje sie prosto do Kanazawy – miasta slynnego z jednego z trzech najpiekniejszych ogrodow w Japonii. A jako, ze ja mam ostatnio hopla na punkcie wschodnich ogrodow, nie moge przegapic i tego.
Znajoma Wiktora (rosjanka pracujaca z pakistanczykami w japonii) podrzuca mnie na dworzec, a jej kumpel z roboty, pakistanczyk kupuje mi nawet bilet. Pociag przyjechal punktualnie i punktualnie dojechal do Kanazawy. W biurze informacji turystycznej polecili mi najtanszy nocleg w miescie (a wlasciwie juz poza nim) za jedyne 3700 jenow, czyli bagatela 33 dolce. Za drogo mi bylo w Rosji to teraz mam za swoje;) Do hostelu nie bylo juz tak latwo sie dostac (znaczy bylo, ale nie dla mnie). Wsiadlem w, jak sie wydawalo wlasciwy autobus i jade. Jedziemy juz troche dlugo a ja nie slysze nazwy swojego przystanku. Podchodze do kierowcy i w slicznym japonskim sie go pytam, czy mi powie kiedy moj przystanek. A on mi cos, ze to nie to i skrecil na parking, gdzie autobus konczy bieg. Powiedzial mi jeszcze, ze moj hostel jest dosc daleko stad. Ale mam sie nie martwic i kazal usiasc. Za chwile przychodzi z telefonem i daje mi go. Po drugiej stronie koles z hostelu, ze po mnie juz przyjezdza. Oplacalo sie robic rezerwacje w info. Okazalo sie, ze sa dwa autobusy o tym samym numerze.
Po zostawieniu rzeczy w pokoju, udalem sie jeszcze na chwilke na miasto. Mimo, ze byla dopiero 19ta bylo juz ciemno. Polazilem troche po miescie (znalazlem hot spota ale moja strona znow sie nie otwiera, chyba czas zmienic hosta) i powrot do hostelu gdzie czekala na mnie laznia i piwko.

Czwartek zaczal sie wczesnego ranka. Trzabylo wczesniej wstac skoro, slonce zachodzi tez wczesniej. Wstalem, umylem sie i wyszedlem zwiedzac Kanazawe. W planie ogrod Kenroku-en i park zamkowy. Na wiecej i tak czasu nie starczy.

Ogrod jest istotnie piekny, wielki i jeszcze raz piekny. Warto tu bylo przyjechac tylko dla niego. Spedzilem w nim ponad dwie godziny, a nastepnie udalem sie cos zjesc, bo juz mi w brzuchu burczalo. Padlo na niewielka restauracyjke niedaleko ogrodu. Zamowilem, niezle na zdjeciu wygladajace, danie – happosai. Gesta zupa z mnostwem dodatkow, warzyw i mies. Nie zawiodlem sie. Po sniadanku/lanczu wstapilem do dwoch swiatyn shinto Ishiura Jinja i Oyama Jinja, a nastepnie do parku zamkowego. Zblizal sie czas wyjazdu wiec musialem szybko wrocic do hostelu po plecak i na dworzec. W kierunku Takayamy. Zgodnie z internetowym rozkladem jazdy, dojechalem do Toyamy, a nastepnie do Inotani, gdzie mialem spedzic nocke, bo juz mialo nie byc daleszych polaczen. Okazalo sie jednak, ze polaczenie bylo i to bezposrednio do Takayamy (na rozkladzie bylo, ze musialbym sie jeszcze przesiasc). Tak wiec znow sie udalo.