Posts Tagged ‘Kambodża’

19 – 25.02 – Siem Reap i swiatynie Angkor. Droga do Laosu.

Nastepnego dnia z rana wsiedlismy do kolejnego autobusu, zeby wyruszyc w droge do Siem Reap, ktore jest miasteczkiem wypadowym do swiatyn Angkor. Swiatynie wybudowane za czasow panowania imperium Kmerow, pomiedzy 9 a 13 wiekiem. Masywne, pieknie zdobione, niesety zniszczone.
Do swiatyn wybralismy sie wieczorem dnia nastepnego, a przez caly dzien szwedalismy sie po miasteczku, odwiedzajac glownie targi (wiele wiecej do zobaczenia tam i tak nie ma). Wieczorem poszlismy kupic bilety do swiatyn i tego samego dnia udalismy sie do jednej z nich, na szczyt wzgorza, zeby poogladac zachod slonca, ktory nie byl zaden spektakularny. W droge powrotna postanowilismy sie udac na stopa. Wystawilismy paluchy i po trzech autach zatrzymal sie miniwan. Jestes z Niemiec? – uslyszalem. Nie z Polski – szybka riposta. To jeszcze lepiej, wsiadajcie chlopaki – padla odpowiedz. I tak znalezlismy sie w wanie z kilkoma amerykanami. Spoko goscie, pogadac mozna bylo i posmiac sie troche. Wysadzili nas niedaleko naszego hostelu i tam sie pozegnalismy.
Po sniadanku dnia kolejnego wsiedlismy na rowerki i udalismy sie na caly, pierwszy z trzech dni, ogladac swiatynie. Na pierwszy strzal poszla najwieksza z nich – Angkor Wat – uwazana za ajwieksza swiatynie na swiecie. Bajka.
I tak od swiatryni do swiatyni zlecialy dwa dni. Wymieniac kolejnych nazw nie bede, bo spamietac tego wszystkiego w stanie nie jestem.
Trzeciego dnia udalismy sie, rowniez na rowerkach, do swiatyni Bantey Srey, oddalonej od glownych swiatyn o ok 30 km. Droga mijala zmudnie i dosc bolesnie, glownieze wzgledu na niezbyt wygodne siodelko. W koncu dotarlismy na miejsce i … ucielismy sobie dzemke w hamakach w restauracyjce. Pozniej poszlismy obejrzec swiatynie. Dosc mala, ale bardzo bogato zdobiona i w sumie dlatego tez warta odwiedzin.
Po powrocie do hostelu niemalze spadlem z rowera. Jakies 80 km, tego dnia stanowi moj skromny rekord na tym pojezdzie.
Nastepnego dnia wyruszylismy juz w kierunku Laosu. Mialo byc ekstremalnie i odludnie. Miala byc przeprawa przez bardzo malo odwiedzana czesc Kambodzy. Bylo inaczej. Wsiedlismy jak kazdy inny w autobus i ruszylismy droga, mozna by rzec turystyczna. Powod jeden – koszty. Odludna droga byloby bardzo drogo.
I tak na jedna noc zatrzymalismy sie w miasteczku Kampong Chom, w ktorym niczego ciekawego nie ma. A na kolejna wyladowalismy w Stung Treng, oddalonym o dwie godziny od granicy z Laosem.

11 – 18.02 – Sihanoukville.

Z samego rana wsiedlismy do autobusu i po kilku godzinach zatrzymalismy sie w nadmorskiej miejscowosci Sihanoukville. Miasteczko niewielkie, slynace glownie ze swoich plaz oraz nieustajacych imprez. Troche nam zajelo znalezienie lokum, gdyz nasi angielscy znajomi szukali czegos o wyzszym standardzie, a ja z Jonathanem nie koniecznie (byleby taniej). W koncu sie rozdzielilismy i znalezlismy osobne lokum. Oni za 20 dolarow za pokoj, my za free. Dokladnie za darmo. Taniej byc juz nie moze. W miasteczku jest kilka miejsc gdzie mozesz spac za darmo, a w zamian zobowiazujesz sie u nich jesc i pic, co juz takie tanie nie jest, choc oczywiscie nikt cie nie pilnuje.

Kolejne dni spedzalismy na plazowaniu, piciu i imprezowaniu.
Ktoregos dnia wybralismy sie na rowerki, zwiedzic okolice, a przy okazji zagrac z miejscowymi w siatkowke plazowa, innego dnia poplynelismy na wycieczke o wdziecznej nazwie Booze Cruise. Czas plynal wolno i milo.
I tak zasiedzialem sie prawie tydzien, ramiona sie troche spalily, a organizm zmeczyl sie ciaglymi imprezami i promocjami w stylu happy hour. Na kilku takich happy hour bylo co pojesc. Raz zaserwowali bufet spagetti, a innym razem byl pizza bufet. Alez sie wtedy nazarlem.

Czas nadszedl wracac do Phnom Penh, odebrac wizy z ambasady Laotanskiej i ruszyc w dalsza droge.

8 – 11.02 – Phnom Penh. Kambodża.

8.02
Przejscie graniczne bylo dosc zwariowane, ale dla nas okazalo sie dosc sprawnie zorganizowane. Jako ze wsiadlem do bezposredniego autobusu relacji HCMC – Phnom Penh nie mialem sie martwic o nic. Przewodnik skasowal nas po 25 dolarow za wize (normalnie powinno byc 20, piec wzial, jak to sie wyrazil za bezpieczenstwo) wzial paszporty i zniknal, niewiele nam mowiac. Chwile pozniej przyniosl podbite paszporty z nowa wlepka i mozna byl jechac dalej.
W autobusie poznalem calkiem sympatyczna parke z anglii i po dotarciu do PP razem udalismy sie do hostelu.
Po rozpakowaniu wzielismy tuk tuka (taka zmotoryzowana riksza) i kazalismy sie obwiezc po miescie. Miasto duzo ladniejsze od Saigonu.
Wieczorem smaczna kolacja, troche bilardu, kilka piwek.

9.02
Z rana po sniadanku, wzielismy sobie rowerki i udalismy sie w wycieczke po miescie. Zatrzymujac sie co jakis czas, by cos przekasic, lub napic sie czegos. Wrocilismy wieczorem, po odwiedzeniu, kilku miej turystycznych miejsc w miescie. Kolacja w tym samym miejscu, jakis film wieczorem i kima.

10.02
Wieczorem dnia poprzedniego dolaczyl do nas Johnatan, Holender, ktorego poznalem wczesniej w Wietnamie. Razem udalismy sie z rana, do muzeum – wiezienia S-21. Byla szkola z ktorej Pol Pot i jego swita uzodzila miejsce tortur setek tysiecy Kambodzan. Niektore prezentacje robia dosc wstrzasajace wrazenie. Po muzeum na rowerkach udalismy sie na pola smierci. Droga byla calkiem niezla i pedalowalo sie milo, ale jakos zjechalismy z wlasciwej drogi i uswiadomiono nas o tym dopiero jakies 10 km pozniej.
Pola smierci to z kolei miejsce w ktorym wczesniej torturowanych w S-21 ludzi, zabijano. Robiono to w dosc bestialski sposob, zeby oszczedzic drogocennych kul – bito ciezkimi narzedziami, kijami bambusowymi, lub podrzynano gardla.
Z powrotem do miasta dotarlismy bez przygod, szybko i sprawnie. Wieczorem udalismy sie do, innego pensjonatu do znajomego Johnatana, na partyjke bilarda i kilka piwek.

11.02
Nastepnego dnia, pojechalem z Johnatanem do ambasady Laosu – wyrobic wizy, a nastepnie udalismy sie obejrzec palac krolewski. Musze przyznac, ze robi wrazenie. Pieknie ozdobione budynki, wokol wszedzie zielen i kwiaty. Szkoda tylko ze cudzozeimcy musza placic 25 razy wiecej od miejscowych.
Po palacu szybko przemiescilismy sie do innej czesci miasta, zeby obejrzec swiatynie Wat Phnom. Ladna swiatynia na wzgorzu, z Budda w srodku. Prawie udalo nam sie obejrzec nie placac. Prawie bo straznicy kapli sie i opuscilismy miejsce ciut szybciej niz planowalismy.
Wieczorem troche kart, piwa i takie tam.