Posts Tagged ‘Korea’

18-22.10 Jeonju, Seul

18.10
Do Jeonju zajechalem dosc sprawnie. Wysiadlem z autobusu i … no wlasnie co tu robic. Gdzies tam od kogos uslyszalem, ze jest tu ladnie, ze to stara stolica i takie tam. Poszedlem do biura informacji a tam mnie od razu wyslali do starej wioski Jeonju Hanok Village, tak jakby to bylo jedyne miejsce godne uwagi. Pytam sie jeszcze o jakis tani nocleg. Brak. Ok to ide zobaczyc Hanok. W sumie nic specjalnego, kilka starych budynkow, reszta odnowiona, bardzo ladna brama wjazdowa. Polazilem troche, az zrobilo sie ciemno. Trzebaby postanowic co tu dalej robic, gdzie spac, no i cos zjesc. Wpadlem na pomysl zeby dzien wczesniej uderzyc do Seulu. Poszedlem na dworzec autobusowy i okazalo sie ze sa jeszcze bilety. Gitara. Poszedlem na kolacje i najedzony wsiadlem w autobus do stolicy korei.
Po przyjezdzie odnalazlem jimjibong (saune z mozliwoscia nocowania) i po wymoczeniu sie w basenie, poszedlem spac.
19.10
Wstalem kolo 10tej, na zewnatrz leje. Wsiadlem w metro i prosto do guest hausu zabukowanego dzien wczesniej. Na miejscu wypilem dwie kawki, posiedzialem na necie i kolo 4tej poszedlem sie przejsc po miescie. Centrum robi wrazenie. Ladne, duze, zywe miasto. Kupe straganow z jedzeniem. Pokrecilem sie do wieczora, az mi sie zimno zrobilo, poszedlem zasilic zoladek ulicznym jedzonkiem, prubujac po trochu z kilku straganow i wrocilem do hostelu.
20.10
Znow pozna pobudka, kawa, kilka drozdzowek, znow na dworze pizdzi. Na dzis zaplanowalem sobie troche zwiedzania – do zobaczenia wybralem dwa palace i muzeum wojny. Ale zanim sie zebralem bylo juz popoludnie. Doszedlem do palacu Changdeokgung i nie wszedlem do srodka. Mozna tylko z grupa i przewodnikiem. A nastepna wchodzi o 15.30, wiec mialem jeszcze godzine. Poszedlem zatem do drugiego palacu, tam to samo. Pokrecilem sie troche po okolice, odnajdujac jednoczesnie ambasade Polski i wrocilem, zeby zalapac sie na grupe. Na teren palacu weszlismy dosc liczna grupa i nastepnie podazalismy grzecznie za przewodniczka. Czulem sie jak na wycieczce szkolnej. Kompleks swoja droga bardzo ciekawy, kilka ladnych pawilonow, rownie ladny ogrod (choc do japonskich sie nie umywa – po prostu inny). Wycieczka sknczyla obchod palacu juz po 17tej wiec nic wiecej tego dnia nie zobaczylem. Spotkalem natomiast trojke polakow. Wchodzili ta sama grupa do palacu. Mimo, ze bylem spragniony rozmowy w rodzimym jezyku, jakos nie podszedlem do nich zagadac. Nie wiem czemu ale jakos mi nie wygladali na zainteresowanych.
Po palacu, zmarzniety (dobrze, ze zdecydowalem sie zalozyc kurtke), obszedlem kilka straganow z jedzeniem. Na jednym dostalem tak pikantnego szaszlyka, ze mnie pozadnie wypalil. Odwyklem od ostrego jedzenia. Sprzedawcy mieli ubaw widzac jak mi lzy ciekna. Po kilku innych straganach wrocilem do hostelu, wipilem kika herbat i kaw, posiedzialem troche na kompie i poszedlem spac.
21.10
Dzien wyborow. I znow kawa i drozdzowki- od jakiegos czasu moje ulubione sniadanie. Udalem sie do palacu Gyeongbokgung, pominietego dzien wczesniej. Tutaj tez mozna bylo zwiedzac z przewodnikiem, choc nie trzeba. Dzien wczesnie zle spojrzalem na godziny oprowadzania darmowego przewodnika i mialem godzine czasu do wejscia. Poszedlem wiec spelnic moj demokratyczny obowiazek i udalem sie do ambasady oddac glos. W ambasadzie nie bylo wielu ludzi, jak sie pozniej dowiedzialem w Seulu do glosowania zglosilo sie jedynie 98 osob. Chwile zamienilem kilka slow z kilkoma osobami, pracujacymi dla samsunga i przywitalem sie z jakas szycha, moze nawet samym ambasadorem. Jak wszedl to od razu skupil cale zainteresowanie wszystkich na sobie. Podalem mu reke przedstawilem sie grzecznie i wyszedlem, na dalsze zwiedzanie.
W koncu udalo sie wejsc na teren palacu. Tym razem grupa liczyla 6 osob. Przewodniczka orowadzila nas po calym kompleksie, a pozniej jeszcze samemu troche polazilem, wchodzac miedzy innymi do, znajdujacego sie na terenie palacu, muzeum etnograficznego. Kilka ciekawych eksponatow historycznych oraz kulinarnych – pokazany byl caly proces wyrobu kimczi wraz ze skladnikami potrzebnymi do przygotowania tej narodowej potrawy.
Z palacu udalem sie szybkim krokiem do muzeum wojny. I szkoda, ze zaszedlem tam tak pozno bo jest co ogladac. Niby mialem cala godzine na obejscie, co normalnie starcza, ale nie w tym przypadku. Mase eksponatow i projekcji z wojny polnocy z poludniem z 1950tego roku, ale rowniez innych historycznych wojen koreanskich. A przed muzeum na dziedzincu wystawione sa czolgi, mysliwce, bombowce i inny sprzet bioracy udzial w wojnie z polowy ubieglego wieku. Naprawde warto tam spedzic czas.
Z muzeum juz metrem, nie piechty wrocilem do hostelu. Jeszcze tylko kilka straganow zaliczyc i mozna isc spac.
22.10
Dzis ostatni dzien w Korei. Po opuszczeniu hostelu, wsiadam w metro prosto do Incheon, skad odplywaja promy do Chin. I znow, podobnie jak w Shimonoseki w Japonii, przybywam za piec minut odjazd – dokladnie za pol godziny. Kasjerka nawet powiedziala zamiast have a nice day – please hurry up. Szybka odprawa i jestem na promie. Chyba ostatni prom w mojej podrozy, chyba ze mi cos jeszcze do lba wpadnie. I chyba najgorszy, biorac pod uwage cene, czas plyniecia i komfort.
Jutro rano Dandonng w Chinach

12-17.10 Gwangju

12.10
W rytmie comy zajechalem do Gwangju gdzie Brian juz na mnie czekal. Po rozpakowaniu i prysznicu uderzylismy w miasto. Wpierw poszlismy do kumpla Briana – Stu, a po chwili poszlismy na kolacje – tradycyjny koreanski gril – pycha ale troche malo. Po zasileniu zoladkow, lazilismy od baru do baru, gdzie poza koreanskimi browarami, poznawalem coraz to kolejnych znajomych Briana. Do domu wrocilismy nad ranem.
13.10
Leniwie wstajemy i po sniadaniu udajemy sie do sauny. Koreanskie sauny to cala instytucja. Jest ich pelno, sa tanie i czesto zatloczone (nasza na szczescie byla pusta). Wchodzi sie do budynku sauny, zostawia wszystkie rzeczy i ciuchy w szafce i idzie sie do wlasciwego pomieszczenia z sauna. Z tym, ze tam jest nie tylko sauna, a wlasciwie powinienem powiedziec, ze typowa sauna to tylko jedna czesc. Po wejsciu trzeba sie dokladnie umyc, a nastepnie zaczac delektowac kilkoma rodzajami basenow, biczow wodnych, masazy no i sauna (kilka osobnych pomieszczen z roznymi temperaturami). Bylo super.
Po saunie pojechalismy na festiwal latarni do Jinjoo, dwie godzinki autobusem od Gwangju. Dojechalismy okolo 19tej. Na miejscu czekala juz reszta ekipy. W sumie bylo nas 14, towarzystwo mieszane narodowosciowo z przewaga anglosasow. Sam festiwal odbywal sie nad rzeka gdzie plywaly kolorowe, latarnie. Po chwili ogladania latarni, uderzylismy cala paczka do restauracji, na swinie z rusztu. Bylo smacznie, choc malo tego bylo. Na dokladke sprobowalem wraz z kilkoma innym (nie wszyscy sie odwazyli) miesa wieloryba. Nic specjalnego. Posiedzielismy kilka browarkow dluzej. Ja w miedzyczasie probowalem poznawac wszystkich, zamieniajac z kazdym kilka slow. Co jakis czas tylko ktos opuszczal towarzystwo. Po jakims czasie udalismy sie na karaoke. I znow musze przyznac ze bylo zarabiscie. Zabawa skonczyla sie kolo czwartej. Rozeszlismy sie do moteli. Ja z Brianem nie mielismy zadnego noclegu jeszcze, ale zostalismy zaproszeni na ogladanie polfinalu mistrzostw swiata w rugby – Anglia kontra Francja. Mecz wytrzymalem tylko do polowy, pozniej padlem. Zreszta nie tylko ja, wszyscy padli, procz Briana, on ogladal do konca.
14.10
Wstalismy kolo osmej i poszlismy prosto na autobus do Gwangju. Po przyjezdzie poszlismy spac. Ja w sumie nie zasnalem, ogladalem telewizje – jakies filmy i fusbal oraz basebal. Niedziela byla leniwa. Nic w planie nie bylo, na nic nie mielismy ochoty. Wieczorem spotkalismy sie ze Stu i Julie i poszlismy razem na szabu-szabu. Potrawa w sumie japonska, ale w koreanskim wydaniu. Pycha i nawet nie drogo. Po powrocie puscilismy sobie jeszcze mecz hokeja NHL.
15.10
Po szybkim sniadanku, udalem sie z Brianem do jego szkoly. Budynek wcisniety gdzies miedzy bloki, ciezko znalezc. Szkola prywatna, niewielkie klasy. Zajecia prowadzone z ksiazki, wlasciwie nie potrzeba do tego nativ speakerow, ale widocznie tak ma byc – lepiej dla dzieciakow. I dla nauczycieli takich jak Brian i Stu – prosta robota i niezla kasa. Dzieciaki jak dzieciaki, rozwrzeszczane, jedne mniej, inne bardziej bystre.
Posiedzialem chwile i pojechalem na krotka wycieczke zobaczyc cmetarz ofiar demokratycznego powstania z 18 maja 1980 roku. Protest studentow przeciw autokratycznym rzadom przyniosl wiele ofiar, ktore bez rozpoznania i godnego pochowku zostaly wywiezione poza miasto. Cmetarz jest dosc kawalek poza miastem. Zlapalem busa i po chwili (dluzszej chwili) bylem na miejscu. Miejsce dosc rozlegle i robiace wrazenie. Spedzilem tam troche czasu i wrocilem do miasta. Bilet kosztuje 1000 wonow, a ja mialem cala dyche. Daje kolesiowi i zaznaczam ze to dycha. On ok, ale reszty mi nie daje. Ja mu na to, po koreansku, ja dalem 10000, ty mi 9000 prosze dac. A on mi wyciaga kartke i daje jakis numer, zebym zadzwonil. No to powtarzam to samo, pomagajac sobie gestykulacja i kartka papieru. W koncu zalapal. I co zrobil, wyciagnal i dal mi cala dyche, nie chcac reszty. Wszystko sie odbywalo przy pelnym autobusie, na przystanku i w dobrej atmosferze z usmiechem (choc przyznam ze z poczatku nie bylo mi do smiechu). Brian zlapal mnie po drodze i poszlismy do baru, gdzie wczesniej siedzial ze znajomymi.

16.10
Kolejny dzien w Gwangju. Wstaje dosc wczesnie, bo kolo 9tej i jade do swiatyn Unjusa, jakies 40 km od miasta. Nie jest to typowe miejsce ze swiatyniami, jest to wlasciwie park z setkami kamiennych pagod i posagow budd. Na miejscu przywitalo mnie kilkaset dzieciakow. Bylem tam jedyna atrakcja. Obskoczyly mnie ze wszystkich stron. Niektore zadawaly proste pytania po angielsku, typu jak masz na imie, skad jestes, itp. Nie umialy tez sie nadziwic dlaczego mam takie owlosione rece (choc wcale az tak bardzo owlosione nie sa). Sam park byl bardzo ciekawym miejscem. Kiedy udalo mi sie oddalic od dzieciakow, wszedlem na szlak, prowadzacy na gore skad rozciaga sie piekny widok na kompleks. Polazilem troche i wsiadlem w busa powrotnego do miasta. Dzis bez przygod, choc malo co bym nie przespal przystanku. Wieczorem udalem sie jeszcze Brianem na bilard. Wrocilismy pozno, lekko wstawieni.
17.10
Dzis pobudka pozno, wlasciwie juz popoludniu. Wypilem kawe i udalem sie na miasto. W planie stadion z mistrzostw. W drodze na stadion pomylilem autobus i zamiast na poludnie pojechalem do zachodniej czesci miasta, a jest ono dosc spore. Stadion nie jest duzy ale bardzo ladny. Udalo mi sie nawet dostac na plyte – jedna brama byla otwarta. Po stadionie pospacerowalem do parku 18 maja (upamietniajacego te same wydarzenia co cmetarz odwiedzony przeze mnie dwa dni wczesniej). W parku jest kilka swiatyn i trzypietrowy pawilon z ktorego jest bardzo ladny widok na czesc miasta.
Z parku pojechalem prosto do domu. Dolaczyl do nas Stu i przy pizzy (nie do wiary jak przez te poltora miesiaca stesknilem sie za pizza) obejrzelismy sobie kolejna rozgrywke NHL.
Jutro z rana zbieram sie do nastepnego miasta, opuszczajac tym samym Briana. Dobrze mi tu, podladowalem baterie i nie moge sie juz doczekac Chin. Innym powodem (poza odpoczynkiem i podladowaniem baterii) bylo zahaczenie sie w jednym miejscu i zaczekanie na niedziele 21.10 – czyli dzien wyborow w Najjasnieszej Rzeczpospolitej. Tak 21go jestem umowiony z urna wyborcza w ambasadzie RP w Seulu. Tym razem nie przegapie wyborow i nie odpuszcze co poniektorym, korzystajac z tego przywileju jaki demokracja daje (mam nadziej ze nie traci to zbytnio populizmem i ciekim patosem)

10-12.10 Korea – Busan, Gyeongju

10.10
Z biletem na prom nie bylo zadnych problemow. Wsiadlem cieszac miche tak samo jak wtedy we Wladydostoku. Nie to zebym sie cieszyl, ze opuszczam Japonie, ale raczej swiadomosc rozpoczecia kolejnego etapu, tak mnie ucieszyla. Na promie bez ekscesow. Ostatnie jeny wydalem na piwo. Szybko poszedlem spac.
Z kraju krzaczkow przenioslem sie do kraju kwdaratow, kolek i kresek. Po przybyciu do Busan udalem sie prosto do biura informacji turystycznej, a nastepnie do hostelu. Zostawilem rzeczy, wypilem herbate i udalem sie cos zjesc. Ze zdjecia w knajpie wybralem jakas potrawe, ktora pozniej okazala sie byc makaronem z owocami morza w sosie paprykowym. Ostro. Nawet bardzo. Ostatnio odwyklem troszke od ostrego jedzenia – w Japonii nawet musialem sobie doprawiac niektore potrawy. Ale smaczne i tanie. Jedyny problem to metalowe paleczki, wszystko sie wyslizguje. Trzeba sie bedzie nauczyc.
Nastepnie wybralem sie na spacer po Busan. Z mapy wydawalo sie calkiem niedaleko, w rzeczywistosci przez wieksza czesc drogi w ogole nie wiedzialem gdzie jestem. Celem miala byc plaza, z widokiem na most podobny do tego z San Francisco. Po tym jak sie gdzies potracilem, w jakis sposob udalo mi sie znalezc droge. Ludzie mi raczej w tym nie pomagali, nikt z zapytanych o droge nic nie rozumial i ani troche nie gadal po angielsku. W koncu po ladnych kilku kilometrach dotarlem do mostu. Busan jest dosc bardzo rozleglym miastem, na dodatek poprzecinanym gorami i kanalami. Do plazy zostalo mi jeszcze jakies dwa kilometry na ktore kompletnie nie mialem ochoty. Chwile popatrzylem, wskoczylem w metro i prosto do hostelu.

11.10
Wstalem zrobilem se tosty, kawe, dokonczylem galerie zdjec z Japonii i byla juz 12ta. Nie chcialo mi sie nic robic. Ani lazic po Busan, ani jechac dalej. W koncu zmusilem sie do pojscia na targ rybny. W Busan jest najwiekszy w calej Korei. I istotnie jest duzy. Jest tam chyba wszystko co morze dac moze. Polazilem pomiedzy straganami z najrozniejszymi rybami, wegorzami, osmiornicami, krabami, krewetkami, matwami, malzami itp, wszystko swiezutkie – albo jeszcze plywa, albo juz nie, albo wlasnie sie wykrwawia, w konu zdecydowalem sie na specjalnosc Busan – wegorza z grila. Calkiem niezly. W koncu wsiadlem w metro i busa do Gyeongju. Miatso bylo kiedys stolica jakiegos krolestwa i jest niby tym dla Korei, czym Kioto dla Japonii.
Po dojezdzie okazalo sie niewielkim miastem z rozrzuconym swiatyniami i gobowcami po okolicy. Jakos mam juz przesyt swiatyn i nie mam zamiaru odwiedzac wszystkich. Wybieram te najwazniejsza i zostawiam ja na nastepny dzien. Dzis szwedam sie po okolicy hostelu. Nic specjalnego. Zdjec tez mi sie juz nie chce robic. Wyrazny spadek formy. Wczodze obejrzec trzy stare pawilony i staw i ide na jakas koacje. Padlo na kregoslup wolowy w zupie, a dodatkowo dostalem ryz, kimczi i kilka innych przystawek. W sumie najadlem sie.

12.10
Wstaje dosc wczesnie, czeka mnie wyjazd do swiatyni Bulguksa, oddalonej o kilka kilometrow od centrum, a pozniej przejazd do Gwangju gdzie ma na mnie czekac Brian. Wsiadam w autobus miejski i jade, i jade w autobusie pelnym dzieciakow, wsrod wrzaskow czasem przypominajacymi te zaslyszane w hentaiach. W koncu pytam sie kolesia gdzie ta swiatynia. Okazalo sie, zesmy juz ja dawno przejechali i wlasnie wracamy do miasta. Na szczescie stracilem tylko czas (ktorego na nieszczescie za wiele nie mam), koles okazal sie na tyle spoko, ze zaprowadzil mnie do nastepnego autobusu, powiedzial kierowcy, ze ja juz placilem i zeby mi powiedzial gdzie wysiasc. Druga proba, okazala sie juz udana. Na teren swiatyni wchodze w asyscie kilkuset dzieciakow. Na miejscu kolejne kilka tysiecy bachorow. Co trzeci do mnie macha i wola hello. Na szczescie mam lepszy humor i mi to nie przeszkadza. Laze szybko dookola, robie szybkie foty. W pewnym momecie jakis dzieciak, oburzony, zwraca mi uwage na napis no foto. Ok, tyle ze w swiatyni obok przy takim samym napisie urzadzaja sobie cale sesje zdjeciowe. Nic spadam. Wsiadam w busa, dojezdzam do miasta i wiadam w nastepnego busa do Gwangju.