Posts Tagged ‘Paragwaj’

19 – 22.12.09 – Paragwaj.

Do Paragwaju zajechalem w poludnie. Po przekroczeniu granicy (czytaj poprzedni post ), poszwedalem sie troche po Ciudad del Este. Miasto ciekawe chyba tylko dla mrowek. Tani sprzet elektroniczny, reszta – kicz. Wieczorem wyjechalem wiec do Asuncion.

Stolice przywitalem w niedziele wczesnym rankiem, co oznaczalo mniej wiecej jedno – kompletne pustki na ulicach. Jedynymi ludzmi na ulicach zdawali sie byc policjanci stojacy gdzies po rogach ulic.

Po krotkiej drzemce wybralem sie na miasto. I tu mile zaskoczenie. Po raz ktorys juz nie spodziewalem sie wiele, a tu calkiem ladna architektura nadajaca mily klimat centrum miasta. I tak pochodzilem, pokrecilem sie po uliczkach, do wieczora kiedy to nadeszla burza.

Nastepnego dnia udalem sie juz do miejscowosci Encarnacion lezacej przy granicy z Argentyna, a takze niedaleko ruin jezuickich misji. Asuncion na jeden dzien zupelnie wystarczy.

Misje jezuickie w tej czesci globu to byly takie utopijne zamkniete spolecznosci zarzadzane przez jezuitow, ktorzy to w ramach akcji chrystianizacyjnej sprawowaly rowniez wladze swiecka, zakladajac specjalne osiedla dla tubylcow (tzw. redukcje paragwajskie). I jak to z wszystkimi utopiami w historii bywalo – skonczylo sie ruinami i tym razem.

Ten dzien zalicze do takich z cyklu „ciekawe czy sie uda”. Do Encarnacion dojechalem poznym wieczorem, z 72000guarani w kieszeni (lokalna waluta, jeden dolar to jakies 4500). Trzabylo cos znalezc, zeby sie kimnac. Biblia mowi, ze tuz przy dworcu autobusowym jest tani hotelik. Nie taki tani jak sie okazalo (hmm jeszcze nigdy sie nie okazalo zeby cos bylo tansze niz w lonelyplanet napisane) i rudera w dodatku.
Jak mi pokazali pokoj economico to … powiem tylko tyle ze w najwiekszej norze w Indiach czy Kambodzy bylo ladniej i czysciej. Wiec zostalo juz tylko 37tys.

Rankiem ide na dworzec zeby dojechac do ruin w Trinidad. Kupuje bilecik i prosze pana zeby mnie uprzedzil gdzie wysiasc. Powiedzial gdzie wysiasc, ale zaraz potem dowiedzialem sie ze mialem wysiasc jakies 3 km wczesniej (w praktyce okazalo sie okolo 5). Cos mi mowia ze zaraz jakis busik przyjedzie czy cos i mnie moze zabrac.
Nie mam kasy, ide. Po chwili zatrzymalem kolesia, a ten na motorku mnie pod same ruiny podwiozl. Usmiech zadowolenia na twarzy, wiatr we wlosach. Ide do kasy z przekonaniem ze bilet bedzie kosztowal gora dyche. 25 – sie okazalo (oni chyba tez czytaja LP). Zostalo 12 w kieszeni. Ruiny owszem ciekawe, ale jak to ruiny. Szkoda ze nie postarali sie zadnych tablic informacyjnych umiescic.

Ide dalej do kolejnych ruin – miejscowosc Jesus. Oddalona o 12km od Trinidad. Daleko. Wyciagam palucha. Zatrzymal sie pickup. Usmiech zadowolenia na twarzy, wiatr we wlosach.

Te ruiny to wlasciwie tylko pozostalosci dosc pokaznego kosciola. Na szczescie bilet obejmuje obie atrakcje.

Czas wracac. Z nieba ukrop taki ze wytrzymac nie idzie, musze kupic wode bo nie wytrzymam. Do miejsca skad odjezdza bus do Encarnacion jedzie busik za jedyne 5000. Musze odmowic. Znow lapie stopa. Idzie znacznie gorzej a w dodatku idzie burza, i to wyglada na dosc powazna. W koncu udaje sie – zatrzymuja sie starsi panstwo pickupem. Usmiech zadowolenia na twarzy, wiatr we wlosach.

Docieram do Encarnacion. Zostaje ostatni odcinek jazdy – do Argentyny. W kieszeni ostatnie 5 tysiecy…

19.12.09 – Tres frontieras.

Granice w Ameryce Poludniowej to calkiem ciekawe zjawisko. Szczegolnie mozna to zaobserwowac tu na pograniczu Brazylii, Argentyny i Paragwaju.
Niby nic szczegolnego bo jak na kazdym przejsciu granicznym trzeba sie zglosic po pieczatke na wyjazd z kraju, a zaraz pozniej stempelek na wjazd do kraju. Z tym ze tu nikt tego nie pilnuje. Jak chcesz pieczatke to se przypilnuj tego. Mozesz sobie po nia isc, o tam jakies 3 km. Bo straznice imigracyjne sa sporo od siebie oddalone.

W Wenezueli autobus zatrzymal sie przy odprawie wenezuelskiej i sobie pojechal. Po pieczatke brazyliska z kolei czekalem ponad dwie godziny, bo sieste mieli.

Natomiast jadac z Brazylii do Argentyny trzeba sie upomniec kierowcy, zeby raczyl sie zatrzymac. Zatrzymie sie owszem, ale nie zaczeka. Bo po co. Trzeba czekac na drugi bus bo Argentynskiej budki to nawet nie widac. Po jakiejs godzinie ta sama historia. Zatrzymie sie pan kierowca a jakze, ale nie zaczeka. I zas czekanie.

A jeszcze fajniej jest na przejsciu z Argentyny do Paragwaju. Wsiada sie do busika w Argentynie i sie jedzie na granice. Tam o dziwo pan czeka. Pozniej wjezdzamy do Brazylii i przejezdzamy przez cale miasto, bez kontroli, az do granicy z Paragwajem. No a tam to juz trzeba dac znac kierowcy bo pogna dalej i trzeba sie bedzie wracac z 15toma kilogramami na plecach w 35cio stopniowym upale.
Tak wiec mozna granice przekraczac busikami. Ale mozna tez piechty, o czym sie niechcacy przekonalem. Wsiadlem do autobusu miejskiego w Paragwaju i sobie jade. Po jakims czasie skaplem sie skad znam mijana okolice – to granica. Trzabylo krzyknac zeby sie kierowca zatrzymal, ale jakos nie bylem na silach (no bo niby co mu da ze jakis gringo do niego bedzie en ingles). Wiec jade dalej. Po chwili juz bylem w Brazylii, bez zatrzymywania sie, bez kontroli. Wysiadlem w koncu jakis kilometr za granica. I co, no trzeba wrocic. I tak sobie ide. Granica Brazylijska – wszedlem do budynku celnego, przeszedlem spokojnie, bez niepokojenia celnikow, w przeciwnym kierunku do zmierzajacych do Brazylii setki ludzi. Pozniej most kilkaset metrow i emigracja Paragwaju. Nikt nawet na mnie nie spojrzal. No co w sumie to moja sprawa czy jestem w danym kraju legalnie czy nie, nieprawdaz.