Posts Tagged ‘Polska’

Zagwostka

Ostatnio pisałem że trzeba będzie zegarek założyć i na kalendarz spoglądać, i co – na zegarek spoglądam żeby się do roboty nie spóźnić i żeby o odpowiedniej porze z niej wyjść, a na kalendarz to ostatnio jakoś zerknąłem i wyszło mi że już dwa miesiące pracuje. Więc póki co nie jest ze mną tak źle. Nie wszystko się zmienia.
Zmieniło się tylko to że zostałem urzędnikiem ;)
No i w sumie włączył się tryb praca-dom. Później włączyła się konieczność wczesnego snu – bo rano jakoś tak nie bardzo do siebie dochodzę, a w sumie trzeba by jakoś do pracy dojechać, a później dożyć do pierwszej kawy.
Sama robota fajna a towarzystwo jeszcze fajniejsze. I tyle o robocie. Bo nie o tym chciałem.
Wytrzymałem jakiś czas, około trzech czterech miesięcy, a później jakoś tak samo z siebie… Kapłem się że znów jedynym słusznym kanałem jest Travel Chanel, a pierwsze strony oglądane za pośrednictwem www to blogi tych co w trasie. I jakoś tak samo z siebie, podświadomie jakoś znów zacząłem planować, wiercić się i marzyć.
Na pierwszy plan Maroko. Już chyba w październiku. W pierwszej wersji był grudzień, ale jakoś termin się przesunął. Bywa.
Będzie krótko, bo urlop mały, i będzie chilloutowo, tak jak lubię – kawka tu kawka tam.
No właśnie urlop. Mam zagwostkę (takie nowe modne słówko oznaczające że chyba ma się problem i nie ma się zielonego pojęcia na jego rozwiązanie). Jak tu zrobić żeby co roku było ze dwa (tu i tak idę na kompromis z własnym jestestwem) miesiące urlopu w roku i kasa na jedyne słuszne zagospodarowanie tej kasy w różnych klimatycznych krajach? No właśnie jak? Czekam na jakieś pomysły.

You Can’t Always Get What You Want

Kilka slow
… o tym co sie skonczylo

Skonczyl sie kolejny okres w moim zyciu. Latwiej mi liczyc okresy zycia niz lata. Od kilku lat (tych kaledarzowych) okresy zaczynaja sie gdzies na wiosne i trwaja okolo roku. Tak bylo jak przyjechalem ze Szkocji za pierwszym razem. Tak bylo jak pojechalem do Anglii zeby zaraz potem wyjechac do Azji. I pozniej znow Szkocja.

I tak tez bylo w tym roku (okresie). Koniec z Wyspa, Wlochy, Kobieta a pozniej Ameryka. Dzika Wenezuela – lubie takie niezorganizowane klimaty, taka Polska przelomu lat 90tych. Droga Brazylia ze swoimi pysznymi owocami. Dwa krotkie epizody z Paragwajem i Urugwajem. I w koncu Argentyna – kraj w ktorym w sumie moznaby zamieszkac. Piekna stolica na poczatek, pozniej jeden wielki suchar, i w konu widoki nie z tej ziemi na Tierra del Fuego i pograniczu z Chile. Cud.
W Chile kolejne widoki nie z tej ziemi, przepyszne owoce morza, a na koniec troche folkloru w Boliwii.

Ameryka troche mnie rozczarowala jesli chodzi o kuchnie. Spodziewalem sie wiekszej roznorodnosci, a bylo dosc jednolicie. Pomijam oczywiscie wolowine ktora tu jest po prostu przepyszna.

Ciezko mi sie troche mentalnie jezdzilo. Ciezko ze wzgledow osobistych, a takze ze wzgledu na poczucie ze podrozowanie sie konczy i czym blizej konca tym bardziej jakis taki smutek ogarnia. Podrozowanie w sensie bilet w jedna strone, kupe czasu i plecak na plecy.
Wlasnie plecak – kocham i nienawidze zarazem tego wora. Nienawidze bo zawsze za ciezki, zawsze niewygodny, nigdy nie moge tam znalezc czego szukam i zawsze jest spakowany inaczej, nigdy tak samo. Ale kocham bo utozsamia pewna wolnosc. Moja mala szafka ktora pozwala mi byc gdzie chce i ile chce. Kawalek szmaty z szelkam ktory mowi innym ze jestem panem swojego losu i zawsze mozna zaciepnac na pukiel i do widzenia (lub zegnaj).
Zylem przez te okresy. Tak na prawde nie tam jakas egzystencja tylo ZYCIE pelna geba. Spelnianie marzen.

… O tym co bedzie

Teraz bede zyc … inaczej.
Boje sie tego co bedzie, co nadchodzi. Ustatkowac sie czas, rodzina praca – te klimaty. Cholera. Nieznane wody. I boje sie ze gdzies nie dam rady. Boje sie ze zawiode tych na ktorych mi zalezy.
Jestem uzalezniony od podrozowania.
W chwili w ktorej wyladowalem w Caracas uswiadomilem sobie jak bardzo jestem zakochany – w podrozowaniu.

Najbardziej obawiam sie chyba jakiegos zamkniecia. Tej pieprzonej monotonnosci dnia codziennego. Zycia z zegarkiem na reku (na poczatku podrozy po Azji mialem zegarek, pozniej go sciagnalem i nie zalozylem do dnia dzisiejszego – to juz ponad dwa lata i czuje sie z tym faktem swietnie – i co z tego ze sie czasem spozniam;)) i kalendarzem w kieszeni (sic!).
I to nie tak ze ja tego zycia nie chce. Pewnie ze chce. Ale chce tez podrozowac. A tu trzeba bedzie wrzucic plecak na dno szafy, uspic i wyciagac okazyjnie – od urlopu do urlopu (sic!!).

Z drugiej strony, znajduje mase plusow tej przyszlej rzeczywistosci. Bede w koncu mial czas (zywie taka wielka nadzieje) na sprawy ktore nie byly mozliwe jak mnie nie bylo.
W koncu bedzie czas zeby zwiedzic Polske. Zeby spedzic troche czasu z rodzina i przyjaciolmi. Zeby napic sie wodki. Zeby wybrac sie na jagody, poziomki, borowki (i zrobic z nich nalewke;)), a pozniej grzyby (moze w koncu naucze sie je rozrozniac). Uderzyc w kulture ciut wyzszych lotow niz kino (o Gieksie i Minersach nie zapominajac;)). I na projekt o argentynskiej nazwie „motorhome” (wiem nie brzmi argentynsko ale tam sie tak gada). I na motor.

I na kupe innych rzeczy, ktore teraz mi nie przychodza do glowy.
Mam tez dzialke na ktorej bede budowac powoli swoja zen-oaze – miejsce gdzie bede uciekac, zeby pobujac sie w ciszy na hamaku, posaczyc mate i pogapic sie na zamek w oddali.

Wsystko sie okaze. Wiosna nadeszla – nowy okres sie zaczyna. Na pewno bedzie ciekawie.
Czas pokaze.


You can’t always get what you want
But if you try sometimes you just might find …
You get what you need,

19.02 – Risotto z letrgu

Swiateczno noworoczny letarg jak to ktos gdzies napisal. Powinienem dodac jeszcze karnawalowy (karnawalowy letarg – dziwnie to troche brzmi). No ale o czym tu pisac jak tu tylko praca i dom.

W Swieta, tuz przed dla scislosci i w Sylwestra to przyznam w robocie bylo goraco. Ale dalismy dzielnie rady. Choc dzwiek drukarki pozostawil nieodwracalne zmiany i taki dziwny, dosc niemily odruch.

Po Swietach na chwile odwiedzilem Polske. Ochrzcilem dzieciatko, wypilem odpowiednia ilosc wodki i spotkialem sie z kilkoma znajomymi. Niestety nie ze wszystkimi, co maja mi za zle.

Pozniej powrot na wyspe i znow tryb – praca-dom. Ale juz spokojniej i mniej godzin, bez szalenstwa. I tak sie kula.

Z dzialu kulinarnego (nosze sie ze stworzeniem takiego, moze bedzie wiecej do pisania).

Chodzila jakis czas za mna jakas potrawa z owocow morza. I jako ze pracuje we wloskiej knajpie, wymyslilem ze zrobie sobie Risotto Frutti di Mare.


A wiec:

Na patelnie olej, czosnek, chilli i imbir – rozgrzac dodac sos sojowy i wrzucamy owoce. Ja mialem pod reka malze, krewetki i przegrzebki. Po chwili smazenia dodaje troche sosu rybnego. Tu uzylem produktu pod nazwa Thai Fish Sauce. Z tym czeba uwazac ma bardzo specyficzny smak i zapach. Kojazy mi sie troche z sosem Worcester – jak sie go odpowiednio uzyje jest super, a wystarczy troche za duzo i pierdoli cala potrawe. Tak wiec sos rybny, pozniej zalewamy winem (jak dla mnie biale wytrawne wloskie) i dusimy.

W miedzyczasie rowniez na czosnku, chili, imbirze i oliwie smaze cebule, dodaje trawki cytrynowej, straczkow soji, troche marchwii (pokrojonej w cienkie prazki). Nastepnie zalewam tym wywarem spod owocow morza i dodaje ryzu (podgotowanego wczesniej). Troche sosow sojowego i rybnego, wino i swieza koledra oraz mieta. Smaze tak dlugo az ryz nie wypije calego wina i nie stanie sie miekki.

Na koniec wrzucam owoce morza. I na talerz.

Fusion Risotto w mojej autorskiej wersji. Na walentynki idealne. Jak dla mnie wysmienite.

18.12 – Check On

Ale ten czas zapieprza. Jeszcze ciagle mi w glowie wyjazd z Polski a tu juz Swieta za tydzien.

No wlasnie troche sie dzialo przez ten czas w moim zyciu.
Wpierw jeszcze w Polsce. Mialem dwa wesela – u kumpla i u kuzynka. Na tym pierwszym weselu cos sie zaczelo dziac w moim zyciu osobistym. Pozniej byl tydzien w Turcji, a pozniej to cos zaczelo kwitnac. I tak sie porobilo ze juz nie jestem sam a z Agnieszka (kumpela z kung fu). No pozniej bylo kolejne wesele gdzie juz mialem partnerke. Pozniej jeszcze zostalem ojcem chrestnym, a pozniej niestety trzabylo wracac do Szkocji.

Zastanawialem sie gdzie pracowac po powrocie – obie opcje czyli budowa i restauracja byly ciagle akutualne. Pomyslalem chwile i zglosilem sie do knajpy. Na poczatek bylo malo godzin i juz sie zaczalem obawiac czy aby dobry to byl wybor ale pozniej sie to zmienilo. Jak mi godzin dowalili to az sie zdziwilem. Zapieprz niezly – non stop slychac jak sie zamowienia drukuja i okrzyk ze wlasnie kolejne przyszlo czyli "check on". Az mi sie to cale kucharzenie, krojenie i deserowanie po nocach sni. A po drodze oznajmili ze moge zapomniec o przyjezdzie do Polski na Swieta. Jakos tak tu dziwnie jest ze to jest wlasnie najgoretszy okres w branzy restauracyjnej.

No a teraz wlasnie jest juz najgoretszy czas w tym najgoreszym okresie. Jutro jest tzw. Czarny Piatek – czyli robota na pelnych obrotach od 8ej do 11ej wieczor. Drukarka z zamowieniami ma sie rozgrzac do czerwonosci, a my w duzym skrocie mamy przerabane.
Sie okaze – The Check is On

Slajdowisko

Czas jakos leci. Od przyjazdu staram sie poskladac do kupy i jakos przystosowac do otaczajacej rzeczywistosci. Jakos sie udaje. Na szczescie pomoca sluza rodzina i przyjaciele.

Juz w krotce nowy wyjazd. Nowy – stary powinienem napisac bo jade do Glasgow czyli mojego ulubionego miejsca na wyspie Brytyjskiej i jej lepszej czesci czyli Szkocji. Wyjazd czysto zarobkowy – wstepnie do pazdziernika (pozniej sie zobaczy).

Wyjazd 11tego maja a wczesniej bo 8ego bede organizowal maly skromny pokaz slajdow z tego co sie ostatnio w moim zyciu dzialo.

Slajdowisko odbedzie sie w Chorzowie przy ul. Kosciuszki 11, w szkole Stow. Rodzin Katolickich, w czwartek 8 maja o godzinie 19.00
Wszystkich chetnych zapraszam.

Wkrotce tez bedzie przebudowa stronki, ktora nie ma zamiaru konczyc swej dzialalnosci.